Dziadkowie, Edmund, Henryk Serdakowscy i inni

Indeks

Zanim zacząłem pamiętać 
Wólka Dostojewska, Otołczyce, 1942-43 
Polesie w Historii i Literaturze 
Poleskie Przysłowia Ludowe

Teksty na tej stronie zostały wzięte z pierwszego tomu mojej autobiografii ukończonej na jesieni roku 2014-tego. Całość moich wspomnień wydana została w trzech tomach pod wspólnym tytułem: Migracje niespokojnego Polaka, z których każdy nosi podtytuł: tom 1 - Domy Pierwszy i Drugi, tom 2 - Dom Trzeci i tom 3 - Dom Czwarty. Zobacz notatki o moich książkach na stronie: Editions Szaser.

W przytoczonych poniżej dwóch rozdziałach z tomu Dom Pierwszy, opisuję sam i przytaczam opisy innych świadków, miejsc w których mieszkali i wydarzeń w których brali udział moi dziadkowie ze strony ojca, on sam, jego jedyny brat Henryk i inne osóby z ich rodziny i bliskich znajomych w latach trzydziestych XX-go wieku, ze specjalnym akcentem na pierwsze lata II-giej Wojny światowej.

Zanim zacząłem pamiętać

Poczatek strony

Moi rodzice wzięli ślub drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia roku 1936-tego, w Warszawie. Spotkali się na początku tego samego roku, na balu karnawałowym, kiedy to moja przyszła mama, bardzo ładna i zgrabna dziewczyna, kilkoma czarującymi uśmiechami zachęciła do zaproszenia jej do tańca, wysokiego i przystojnego, ale nieśmiałego i źle ubranego chłopca, który od dłuższego czasu nie spuszczał z niej wzroku. Maria miała już ukończone studia nauczycielskie, ale pracowała jako urzędniczka w Banku Polskim i mieszkała w centrum Warszawy w wynajętym mieszkaniu. Edmund studiował jeszcze w państwowej Wyższej Szkole Budowy Maszyn Elektrycznych imienia Wawelberga i Rotwanda i mieszkał w domu studenckim na Placu Narutowicza w Warszawie.

Rodzice Edmunda nie akceptowali związku ich najstarszego syna z "jakąś tam urzędniczką z Warszawy, chociaż zubożałą szlachcianką" i traktowali ten związek jako mezalians. Poza tym babcia Anna miała głęboką urazę do najstarszego syna za jej traktowanie przez niego kiedy zjawiał się w Otołczycach. Według opowieści stryja Henryka, Edmund wymyślał matce przy każdej okazji, że nie umie się zachować, nie chciał z nią jadać przy wspólnym stole i poniżał w obecności służby. Tak więc na ślubie moich przyszłych rodziców w katedrze św. Jana w Warszawie i na weselu zorganizowanym w warszawskim mieszkaniu Marii byli obecni jej rodzice, dalsza rodzina i znajomi, ale nie było nikogo od Serdakowskich!

Kilka dni po ślubie Maria złożyła wymówienie z pracy w Banku, Edmund przerwał studia i kilka tygodni później młodzi małżonkowie wyjechali na Polesie i zamieszkali w majątku Serdakowskich w Otołczycach. Edmund wymógł na swoich rodzicach przekazanie mu rodzinnych dóbr, jako najstarszemu synowi, a starzy Serdakowscy przeprowadzili się wraz z młodszym synem Henrykiem do Wólki Dostojewskiej, byłego majątku Koźlakowskich, rodziców mojej przyszłej babci Anny. Według opowieści stryja, dziadek Zygmunt pozostawił synom podział majątków i według tej umowy stryj otrzymał Wólkę Dostojewską oraz położone nieopodal Otołczyc Uroczysko o nazwie Mokre, porośnięte pięknym dębowym lasem – w sumie około 86-ciu hektarów, a mój ojciec Edmund objął w posiadanie całą resztę majątku Otołczyce – w sumie około 486-ciu hektarów, składających się z dwóch części zwanych: Turowszczyzna i Horowacha. Kiedy moi przyszli rodzice przyjechali do Otołczyc po ślubie, przywitał ich jedynie zarządca majątku, nazwany przez stryja Henryka "kozakiem dońskim".

Stosunki między Otołczycami a Wólką zostały całkowicie zerwane, ale i te między moimi przyszłymi rodzicami też nie układały się najlepiej. Edmund nie był zupełnie przygotowany do zarządzania kilkuset hektarowym majątkiem ziemskim i nie miał żadnych zdolności, ani do uprawy roślin czy hodowli bydła, ani kierowania ludźmi. Jego niecierpliwość i gwałtowny charakter od początku spowodowały niechęć, a często wręcz wrogość podległego mu personelu i poleskich chłopów pracujących na polach. Z młodą żoną stosunki też pogarszały się szybko, do tego stopnia, że pod koniec pierwszego roku, Maria, już w poważnie zaawansowanej ciąży, zdecydowała opuścić Otołczyce i męża i wyjechała do miasta Równe na Wołyniu, gdzie mieszkał jej starszy brat Wacław z rodziną i jej rodzicami. Tam, 27-go grudnia 1937-mego roku, czyli na trzeci dzień Bożego Narodzenia, jak się wtedy mówiło, urodziłem się ja, Krzysztof. Rodzice Marii, bardzo pobożni, nie byli zachwyceni decyzją córki i zareagowali dość ostro. Babcia Wanda powiedziała mamie:  
- Poślubiłaś twojego męża przed ołtarzem, w obliczu Boga i przysięgłaś mu towarzyszyć całe życie w dobrych, ale i w złych chwilach! Wracaj teraz do niego, bo tam jest twoje miejsce!...

I tak wiosną 1938-go roku wróciliśmy do Otołczyc, gdzie niedługo potem odbyły się moje uroczyste chrzciny. Prawdopodobnie dla nawiązania stosunków z dziadkami Serdakowskimi, babcia Anna została zaproszona jako moja matka chrzestna i nadano mi imiona Krzysztof Jan. Podobno mój ojciec upierał się trochę przy imieniu Wiesław, ale woli mamy stała się zadość. Moim ojcem chrzestnym został Wacław Szaniawski, brat mamy, a w drugiej parze - według starych tradycji - trzymali mnie do chrztu Teresa (Renusia) Jagiełłowicz i Józef Szczawiński.

Po powrocie mamy ze mną stosunki w Otołczycach nie wiele się poprawiły. Z późniejszych opowiadań mojego ojca wynikało, że otrzymał on majątek bardzo zadłużony w banku wileńskim i że musiał dokonywać prawie cudów, aby nie został mu odebrany przez żydowskich wierzycieli. Według stryja Henryka, mój ojciec popełniał błąd za błędem podejmując katastrofalne decyzje, zadłużając majątek, a mama narobiła poważnych długów jeszcze w Warszawie, a teraz do nich dokładała urządzając wystawne bale i zapraszając całą swoją rodzinę i wielu znajomych na wielotygodniowe wakacje. Również według opowieści stryja Henryka, w tym okresie nastąpiło całkowite zerwanie stosunków między nim a bratem Edmundem z powodu samowolnego wycinania starych dębów w należącym do Henryka uroczysku Mokre i sprzedawania ich Żydom na pokrycie długów. Doszło do konfrontacji braci w obecności ich ojca Zygmunta, który starał sią synów pogodzić, a Edmundowi przypomniał, że według umowy Mokre nie jest jego i żeby zaprzestał samowoli. Podobno Edmund podporządkował się woli ojca, ale stosunki z bratem stały się jeszcze bardziej napięte.

Z perspektywy lat i po osobistych obserwacjach rozmiaru animozji między braćmi, wydaje mi się że oba powody zadłużenia Otołczyc były przesadzone. Majątek Otołczyce był zadłużony jeszcze przed rozpoczęciem rządów przez mojego ojca. W części pierwszej tej pracy, zatytułowanej: "Moi Przodkowie", napisałem że mój dziadek Zygmunt przejął gospodarzenie w Otołczycach od ojca Jerzego, prawdopodobnie po pierwszej wojnie światowej. Dziadek był doskonałym myśliwym, niezłym rolnikiem, ale miał kłopoty z administracją. Jego najbliższy sąsiad, Leon Onichimowski, tak wspomina sąsiadów:

(…) Najbliższymi naszymi sąsiadami byli Serdakowscy. Właśnie stąd, ze wzgórza, na którym kiedyś był kościół, widać było pusty plac po czworakach dla robotników, zabudowaniach gospodarczych i domu mieszkalnym. Byli to dobrzy gospodarze, mieli około czterystu hektarów ziemi i lasów, stawy rybne, cegielnię i przez pewien czas młyn parowy. Ten właśnie młyn, kupiony kiedyś od Marii Rodziewiczówny, prawie ich zrujnował. Zerwał się kamień młyński i zabił młynarza. Odszkodowanie pochłonęło oszczędności i wpędziło w długi (...)

Moja mama też nie mogła tak strasznie zadłużyć majątku wizytami swojej rodziny i znajomych. Z późniejszych moich obserwacji wiem, że mama nie umiała dobrze administrowć domowym budżetem i stale zaciągała jakieś długi, ale nie była osobą rozrzutną i raczej starała się wszystkich swoich obdzielić z tego co posiadała. Jej pieniężny problem – tak jak i często mój – polegał na tym, że często "posiadała" więcej pieniędzy w swojej wyobraźni niż rzeczywiście w portfelu. Ten sam otołczycki sąsiad, Leon Onichimowski, tak zaczyna artykuł "Wieś spokojna niewesoła", opublikowany w numerze 28-mym "Wiadomości Kulturalnych" z 13-go lipca 1998-go roku:

Huknął strzał. Nad trzciną i tatarakiem uniosło się z głośnym kwakaniem stado kaczek. Wolnym od zarośli przesmykiem wody wypłynęła łódka z dwoma chłopcami. Ten niższy, krótko ostrzyżony, zwrócił się do wyższego, szczupłego, w okularach, trzymającego w rękach dubeltówkę: - Cóż, Józiu, pudło! - Ależ skąd, widziałem, jak spadała jedna w trzciny. - Możemy poszukać, chociaż wątpię, czy coś znajdziemy. Łódkę skierował w trzciny. Między trzcinami uwijała się para malutkich kurek wodnych. Młode kurki jak dwa puszki zręcznie nurkowały i uciekały przed nadpływającą łódką. Gdzieś z boku słychać było głośne cmokanie karpia, obskubującego kłącza tataraku. Jaskrawe słońce chyliło się ku zachodowi. - Już późno, wracamy i tak nic nie znajdziemy. Starczy ta jedna, z którą będziesz mógł wrócić do ciotki. Łódka dobiła do grobli, chłopcy nieco utaplani błotem ruszyli do domu. Ten wyższy, Józio Szczawiński, przyjeżdżał tu na wakacje z dalekiego Włocławka do swojej ciotki Marii Serdakowskiej. Było oczywiste, że zaprzyjaźnił się ze mną, jedynym w tej okolicy gimnazjalistą. Byliśmy w jednym wieku i w tych samych klasach, on w biskupim gimnazjum w Włocławku, ja w państwowym gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Pińsku. Nasz sąsiad Zygmunt Serdakowski przekazał swój majątek Otołczyce starszemu synowi Edmundowi, który ożenił się w Warszawie z panną z dobrego domu, Marią Szaniawską, sukcesorką na zawsze utraconych dóbr na Ukrainie. Cały jej majątek obok wykształcenia, stanowił stary ojciec z długą białą brodą i ślepy wuj ksiądz. Do niej właśnie przyjeżdżał na wakacje mój przyjaciel Józio (...)

Wierzę że mój ojciec bardzo chciał osiągnąć sukcesy w administrowaniu dobrami rodowymi, ale zamiast podpatrywać innych, co się na gospodarowaniu znali, czytać książki i wyciągać wnioski z popełnianych błędów, upierał się przy swoich najczęściej nieprzemyślanych decyzjach reagując na niezadowolenie członków rodziny, podwładnych i sąsiadów wybuchami wściekłości, a często i fizyczną przemocą. Znany w całej okolicy incydent nie tylko pogłębił złą o nim opinię, ale przyczynił się jeszcze do zwiększenia majątkowych długów.W tamtych latach na Polesiu drogi były złe i wyboiste, nie przystosowane do używania szybkich pojazdów mechanicznych. Mój ojciec chciał się przemieszczać szybciej niż bryczką zaprzężoną w konia i kupił sobie motocykl marki DKW.

Któregoś razu wracał do domu już późną nocą, kiedy jedna ze śrub trzymających błotnik motocykla odkręciła się i wypadła na wyboistej drodze i ojciec musiał się zatrzymać gdyż obluzowany błotnik nie tylko czynił straszny hałas, ale również dotykał koła i hamował pojazd. Nie mając zapasowej śruby ojciec zaczął się zastanawiać skąd wziąść kawałek drutu aby tymczasowo przymocować ten błotnik i dojechać do domu. Znając doskonale okolicę przypomniał sobie, że niedaleko znajdował się chutor i tam będzie mógł znaleźć ten drut. Pojechał dalej wolno, trzymając błotnik ręką, i zatrzymał się pod oknem samotnej chaty. Przy jednej z zamkniętych okiennic chaty znajdował się pożądany przez Edmunda kawałek drutu. Nie pukając do drzwi chaty, ani inaczej nie prosząc o pomoc, ojciec zaczął szarpać ten drut próbując go odczepić. W pewnym momencie z wnętrza domu rozległ się zatrwożony głos męski pytający kto jest za oknem i czego potrzebuje. Ojciec nie odpowiedział tylko jeszcze mocniej zaczął szarpać drut, klnąc wściekle. Mieszkaniec chaty otworzył okiennice z impetem i cofnął się w głąb izby, nadal pytając kto się dobija i czego chce. Edmund nie odpowiedział, tylko wyciągając rewolwer, z którym się prawie nigdy nie rozstawał, strzelił nie celując do wnętrza ciemnej izby. Głos w izbie zamilkł, a ojciec w końcu zdołał odczepić drut, umocował błotnik i odjechał nie zastanawiąjąc się nad ewentualnymi konsekwencjami tego strzału. Dowiedział się dopiero od policji, że jego kula przebiła kołyskę noworodka, o kilka centymetrów od głowy dziecka, na szczęście go nie raniąc. Chłop poleski rozpoznał ojca i złożył skargę na policji. Sprawa skończyła się w sądzie skąd Edmund wyszedł wolny, ale skazany na zapłacenie dużej grzywny i poważnego odszkodowania dla rodziny wieśniaka.    
Kiedy pierwszy raz poszedłem sam do lekarza, już jako nastolatek, usłyszałem że mam na jednym z płuc zwapnienie wielkości pestki od wiśni i że jest ono skutkiem silnego zapalenia płuc, które musiałem przejść w dzieciństwie. Nic o tym nie wiedziałem i trochę się przestraszyłem, więc przy pierwszej okazji zapytałem o to moją mamę. Zmieszała się mocno i właściwie zbyła mnie krótkim stwierdzeniem, że niańka mnie nie dopilnowała i jako roczne dziecko rozkryłem się w czasie codziennego wietrzenia mojego pokoju.

Dużo później dowiedziałem się, również od mamy, że to mój tata był przyczyną mojego zapalenia pluc. W zimie, na przełomie lat 1938-39 wpadł do domu w Otołczycach w furii wymyślając wściekle mamie, że rozpuszcza przeziębionych fornali rozdając im lekarstwa i pozwalając zostać w domu do wydobrzenia, a w majątku brakuje ludzi do pracy. Mama musiała mu coś ostro odpowiedzieć, bo jeszcze bardziej wściekły zaczął biegać po całym domu szukając czegoś. Wpadł również do pomieszczenia gdzie spałem w dziecinnym łóżeczku. Nie mogąc znaleźć szukanego przedmiotu cisnął stołkiem w okno i wybijając je wybiegł z pomieszczenia i z domu na zewnątrz, nie zamykając żadnych drzwi za sobą. A na dworze szalała śnieżna zawierucha,  Mama, która schroniła się przed ojcem w innej części otołczyckiego domu, dopiero po dłuższej chwili poczuła zimny przeciąg i wbiegłszy do pokoju znalazła mnie dygoczącego z zimna w przysypanym śniegiem łóżeczku. Zachorowałem na ciężkie obustronne zapalenie płuc i musiano wzywać lekarza z odległego o 26 kilometrów Pińska. Podobno nie wiele brakowało abym nie zakończył wtedy mojego krótkiego żywota. Wiele lat później jeden z moich młodszych braci nie przeżył podobnego wściekłego braku odpowiedzialności naszego taty, ale o tym szerzej w rozdziale: "Aleksandrów Łódzki, ulica Daszyńskiego 4, 1949-53", w części "Dom Drugi".

Wiem z opowiadań, że do Otołczyc przyjeżdżali członkowie bliższej i dalszej rodziny mamy. Bywali tam mamy rodzice, brat Wacław, jego syn Andrzej, kuzynka mamy ze strony babci Wandy, Jańcia (Janina) Jagiełłowicz, jej wychowanek Józef Szczawiński - o którym pisał wspomniany wyżej Leon Onichimowski, bratanica Jańci Renusia (Teresa) Jagiełłowicz - o których również już wspomniałem wyżej. Mój kuzyn, Andrzej Szaniawski, już wtedy siedmiolatek, bardzo dobrze wspomina mojego ojca z którym chodził czasami na polowania. Niedawno opowiadał mi jak to któregoś razu mój tata pozwolił mu strzelać z małej dubeltówki do brodzącego bociana, a kiedy chłopak po strzale ucieszył się że upolował pierwszą w życiu zwierzynę, mój tata powiedział: - O tak, dostał dobrze w dupę!. Andrzej był wtedy bardzo dumny, że go dorosły wuj potraktował też jako dorosłego i powiedział przy nim słowo"dupa", ale po powrocie do domu został skarcony przez ciotkę (moją mamę), że zabił bociana, zwiastuna wiosny i dobrych nadziei dla ludzi.

Do Otołczyc bardzo lubił przyjeżdżać dziadek Stanisław. Nie wiem czy zawsze przyjeżdżał z babcią, ale chyba najczęściej tak, mimo że Leon Onichimowski, w swoich opisach Otołczyc nigdy nie wspomniał o babci, natomiast pisząc o mamie wspominał dziadka i brata babci: (...) Cały jej majątek obok wykształcenia stanowił stary ojciec z długą białą brodą i ślepy wuj ksiądz (...)

Mama wspominała, że dziadek bardzo lubił spacerować samotnie po otołczyckim parku i dla zaspokojenia fizjologicznych potrzeb używał "sławojki" tam się znajdującej, jednakże nie zamykając drzwi w czasie posiedzeń. Zwiedziały się o tym wiejskie dzieciaki i przybiegały do pańskiego parku, aby zza drzew obserwować starego patryjarchę siedzącego w "sławojce" ze spuszczonymi spodniami. Doniosło się to i do dworu i któregoś dnia mama zrobiła ojcu wymówkę że czyni z siebie pośmiewisko w okolicy. Na co dziadek odpowiedział z uśmiechem: - A czegóż to moja duszko wymyślasz staremu ojcu. Słonko świeci, kwiecie pachnie, ptaszęta śpiewają, a ja mam przed tym wszystkim drzwi zamykać ...

Na wiosnę roku 1939-tego dziadek Stanisław napisał list do mojej mamy, że chciałby przyjechać do Otołczyc na lato. Mama chętnie się zgodziła i w maju wysłano na stację kolejową do Pińska konie - jak to się wtedy mówiło i umyślnie wysłany stangret odebrał dziadka z pociągu przybyłego z Wołynia i przywiózł do Otołczyc. Z późniejszego listu mamy do brata Wacława można wywnioskować, że z dziadkiem przyjechali wtedy do Otołczyc również babcia Wanda i jej brat, niewidomy ksiądz Stanisław. Jeszcze tego samego wieczoru dziadek oznajmił mamie, że przyjechał do niej aby umrzeć, bo jego życie dobiegło już końca. Kiedy mama żachnęła się i zbeształa ojca za takie ponure przepowiednie, ten uśmiechnął się spokojnie i powiedział, że on wie co mówi i że zawiadomi ją w odpowiednim czasie. Po kilku tygodniach, w przeddzień święta Bożego Ciała, dziadek powiedział mamie po kolacji: - To już jutro, chciałbym mieć dużo kwiatów dookoła ... Kiedy mama chciała protestować, że przecież dziadek dobrze wygląda, dobrze się czuje i jeszcze dzisiaj po południu spacerował po parku, on odpowiedział: - Tak duszko, ale to się stanie już jutro ... Mama nic już nie dodała, przygotowała pokój ojca i ustawiła w nim kilkanaście wazonów z kwiatami, przeważnie białymi. Następnego dnia rano dziadek już nie wstał z łóżka. Po wypiciu porannej kawy poprosił aby wszyscy domownicy przyszli się z nim pożegnać i specjalnie poprosił, aby przyprowadzono mnie, wtedy półtorarocznego chłopaczka. Trzymanego na rękach przez mamę, ucałował mnie w czoło, pobłogosławił i naznaczył znakiem krzyża świętego. Kiedy już się ze wszystkimi pożegnał, poprosił żeby tylko mama przy nim została. Kiedy zostali sami, zamilkł, przymknął oczy i przez kilkanaście minut leżał bez ruchu poruszając tylko ustami, tak jakby się modlił. W pewnym momencie westchnął lekko i jego usta przestały się poruszać. Kiedy mama wstała i nachyliła się nad nim, już nie oddychał. Zmarł mając osiemdziesiąt trzy lata i został pochowany na cmentarzu otołczyckim, który już dzisiaj nie istnieje. Ten cmentarz został całkowicie zdewastowany przez skomunizowanych poleskich chłopów, a później zaorany pod pole uprawne aby zatrzeć wszelkie ślady po otołczyckich "paniw", a między nimi ostatnich dziedzicach Serdakowskich.

We wrześniu roku 1939-go wybuchła Druga Wojna Światowa. Oczywiście nie mogłem tego pamiętać, mając niespełna dwa lata, zacytuję więc znów naszego sąsiada, Leona Onichimowskiego, który tak opisał w swoich wspomnieniach pierwsze tygodnie wojny:

(...) Wojna. Już od rana pierwszego września przez radio nadają komunikaty o wtargniąciu wojsk niemieckich w granice Polski. Przez miasto (Pińsk) w kierunku dworca przeciągały gromady poborowych z towarzyszącymi im rodzinami. Powołani do wojska oficerowie rezerwy dumnie paradowali w nowych mundurach.
Udałem się wraz bratem do szkoły. Powiadomiono nas o przesunięciu terminu rozpoczęcia nauki. Na zbiórce harcerskiej, drużynowy Edek Wiszniewski wygłosił patryjotyczne przemówienie i powiadomił o obowiązkach harcerzy w czasie wojny. Podzielono nas na patrole, które miały powiadamiać straż pożarną o ewentualnych pożarach powstałych wskutek bombardowań lotniczych w różnych punktach miasta (...)

Mimo krążących po mieście licznych patroli wojska, policji, marynarki wojennej, nie odczuwaliśmy jeszcze bezpośredniego zagrożenia. Wśród ludności krążyły horrendalne plotki o działalnożci szpiegów niemieckich lub o sukcesach militarnych naszych wojsk na froncie. Już jednak po kilku dniach sytuacja zaczęła się zmieniać. Do Pińska przybywali uciekinierzy z centralnej Polski. Mimo straszliwych opowieści o bombardowaniach lotniczych nadzieją napawało wypowiedzenie wojny Niemcom przez Anglię i Francję.

Jak grom gruchnęła wieść o dojściu wojsk niemieckich pod Warszawę. Nasiliła się ilość uciekinierów. Początkowo byli to ludzie zamożni, przyjeżdżający samochodami, ale już wkrótce szosą od Brześcia zaczęli napływać utrudzeni wędrówką piesi. Plotka głosiła, że do Pińska przyjechali wysocy urzędnicy państwowi i że wyjeżdżają dalej na południe. Nad miastem pojawiły się pierwsze samoloty niemieckie. Było trochę strzelaniny i spadło parę bomb. Na wsi jednak nie odczuwaliśmy bezpośrednio wojny. Przyjechała matka, żeby zabrać nas na wieś. Rodzice uważali, że na wsi będzie bezpieczniej, a poza tym chcieli być razem w tym trudnym czasie.

Gruchnęła wieść, że Niemcy zbliżają się już do Brześcia. Nastrój społeczeństwa był coraz bardziej nerwowy. Pękało poczucie bezpieczeństwa i wiary w niezłomną potęgę naszej armii. Z żalem udawaliśmy się na wieś. Tu w mieście było jednak ciekawiej. Na wsi w domu zastaliśmy pewne zmiany. Wyjechali Serdakowscy wobec szerzących się wieści o niepokojach wśród chłopów. W połowie września przyszedł do nas obdarty i zabłocony Józio Szczawiński. Opowiadał o dantejskich scenach rozgrywających się wśród rzeszy uciekinierów. Nie zastał swych krewnych więc zatrzymał się u nas. Wkrótce zaczęli napływać uchodźcy (...) Józio chciał poszukiwać swoich krewnych. Wyruszyliśmy więc razem z nim do Pińska. Przyjechaliśmy furmanką rankiem 17-go września. Już u państwa Dziedziulów dowiedzieliżmy się o wkroczeniu w granice Polski wojsk radzieckich. Trudno nam dziś opisać jak ten fakt wpłynął na mieszkańców miasta. Wśród Polaków zapanowała rozpacz. Czegóż można było się spodziewać od Państwa, które łamiąc traktaty, wykorzystywało słabość sąsiada, aby wbić mu nóż w plecy (...) Wyruszyliśmy z powrotem do domu na wieś. Już po drodze widzieliśmy gromadzących się chłopów żywo komentujących nowe wydarzenie. W większości chłopi z nadzieją witali wkraczającą Armię Czerwoną. Cóż, większość z nich nie miała nic do stracenia, a krążący po wsiach emisariusze bolszewiccy obiecywali ziemię i pozbycie się polskich panów (...)

Jak wspomina Leon Onichimowski, dziadkowie Serdakowscy opuścili Wólkę Dostojewską w początkach września i wyjechali do centralnej Polski, prawdopodobnie do rodziny babci Anny, do Mławy, lub do Płocka. Nie wiem dokładnie kiedy, ale tuż po wybuchu wojny mój ojciec w obawie przed zemstą chłopów wyjechał w popłochu z Otołczyc na motocyklu do dworku Rodziewiczów w miejscowości Hruszowa, położonej około 25-ciu kilometrów na wschód od Kobrynia i około 80-ciu kilometrów na zachód od Otołczyc. Nie wiem ile czasu tam przebywał, ale z pewnością niedługo, bo już 20-go września w miejscowości Ratno, o ponad 60 kilometrów na południe od Hruszowej, Wojsko Polskie - w osobie plutonowego-podchorążego Janusza Tarnowskiego - zarekwirowało ojcu motocykl na potrzeby polskiej armii. Z Ratna ojciec wrócił do Pińska. Dlaczego mój ojciec znalazł się w Ratnie mogę tylko podejrzewać? Miasteczko leży przy szosie z Brześcia Litewskiego na południe, w kierunku Wołynia. Można przypuszczać że ojciec nie mogąc dłużej pozostać w Hruszowej, gdzie lada chwila spodziewano się Niemców, postanowił uciekać na Wołyń, ale pozbawiony motocykla zdecydował jednak wrócić do Pińska. Z Hruszowej mój tata musiał wyjechać nagle i chyba w popłochu, bo zostawił tam swój kożuszek, który odebrał dopiero Józio Szczawiński zatrzymując się u Marii Rodziewiczówny w czasie swojej pieszej wędrówki z Włocławka do Otołczyc.

Wkrótce po ucieczce ojca do Rodziewiczów, mama z babcią Wandą, niewidomym bratem babci księdzem Stanisławem Zawrockim i mną wyjechali z Otołczyc do Pińska bryczką majątkową. Babcia Wanda i "dziadzio ksiądz" zostali na lato w Otołczycach po śmierci i pogrzebie dziadka Stanisława i tam zastała ich wojna. Nie wiem gdzie wtedy w Pińsku mieszkaliśmy. Z późniejszego okresu pamiętam dwa pińskie mieszkania, z których jedno należało do moich rodziców i prawdopodobnie w nim zamieszkaliśmy po przyjeździe z Otołczyc.

Przywiezionych środków do życia, głównie żywności, nie starczyło jednak na długo. Nie wiem jak i jak długo mama radziła sobie mając na utrzymaniu dwoje staruszków, dwuletnie dziecko, no i ojca, kiedy wrócił po rekwizycji motocykla, ale po pewnym czasie głód zaczął doskwierać i podjęła ryzykowną decyzję wyjazdu do otołczyckiego majątku po żywność. Jak pokonała samotnie te 26 kilometrów dzielących Pińsk od Otołczyc, nie wiem, ale kiedy tam dotarła wieczorem została aresztowana przez skomunizowanych chłopów otołczyckich i zamknięta w szopie na narzędzia; miano ją postawić przed sąd chłopski następnego dnia. Chłop zamykający ją na noc powiedział, że potrzymają i pomęczą ją tak długo aż dostaną jej męża Edmunda, z którym dopiero sobie pohulają i w długich mękach zapłacą mu za krzywdy doznane od niego. Przerażona i zziębnieta, przykryta jakąś brudną derką zdrzemnęła się. Około północy obudziło ją jakieś chrobotanie przy drzwiach. Przez chwilę zamarła w bezruchu, po czym zaczęła szukać ręką jakiegoś narzędzia do obrony. Drzwi od szopy uchyliły się powoli i usłyszała znajomy głos fornala, który za lepszych czasów rąbał i przynosił drewno na opał do naszego otołczyckiego domu: - Niech pani dobrodziejka się nie boi, ja przychodzę z pomocą za wszystko dobro co pani dla mnie i mojej rodziny zrobiła. Mój wóz już pełen żywności dla pani i jej rodziny i zaraz wyjeżdżam do Pińska, ale razem jechać nie możemy. Musi pani iść sama przez las, na piechotę. Nie wiem czy się spotkamy, bo ja, jak tylko wyładuję wóz u was muszę wracać, aby przed świtem być w domu, bo jak ktoś się dowie, biada mi ...

Nie spotkała mama bohaterskiego fornala już nigdy więcej. Zanim wrócił do Otołczyc, posłano po mamę do szopy, a kiedy jej tam nie znaleziono, przeszukano okolicę i ktoś zauważył wracającego od strony Pińska fornala na pustym wozie. Wzięto go na spytki, później na tortury i kiedy się przyznał zamordowano w bestialski sposób. Mama dotarła do Pińska dopiero późnym rankem po wielogodzinnym przedzieraniu się przez lasy i bagniska, co chwila potykając się o rozkładające się ludzkie trupy. Ale rodzina została zaopatrzona w żywność na wiele tygodni.

W połowie kwietnia roku 1940-tego mieszkaliśmy jeszcze w Pińsku z babcią Wandą i "dziadziem księdzem". Ojciec wczesną wiosną wyjechał do pracy w kołchozie w miejscowości Sary leżącej w połtawskiej "obłasti" na południe od Kijowa. Zmuszony zarobić na utrzymanie rodziny, zgłosił się dobrowolnie jako elektryk przy naborze ogłoszonym przez władze sowieckie. Mama, już w zaawansowanej ciąży, miała do niego pojechać po rozwiązaniu wypadającym pod koniec maja, już z dwojgiem dzieci, ale stale czekała na zezwolenienie od władz i nie było wykluczone, że Sowieci wywiozą nas gdzie indziej, gdyż ewakuowano masowo z Pińska wszystkich starych mieszkańców. Babcia Wanda z bratem też czekali na wyjazd, ale nie wiedzieli dokąd pojadą, chcieli być jednak razem.

Mój ojciec nie pracował długo w kołchozie koło Kijowa, zaledwie przez parę miesięcy. Kiedy dokładnie wrócił do Pińska nie wiem, ale musiało to być na początku lata roku 1940-go, gdyż już w drugiej połowie sierpnia mieszkaliśmy w Kostopolu na Wołyniu. W ciągu tych czterech miesięcy dzielących oba zachowane listy mojej mamy do krewnych zdarzyło się wiele w naszym życiu. Dlaczego mój ojciec wyjechał z kołchozu nie wiem i również nie wiem dlaczego wyjechaliśmy do Kostopola. Na podstawie późniejszych opowieści domyślam się tylko dlaczego, ale o tym później. Kiedy mama pisała ten list sierpniowy do Jańci Jagiełłowicz, ojciec pracował już jako szofer w odległych o 18-cie kilometrów kamieniołomach bazaltu w Janowej Dolinie. Dojeżdżał tam codziennie pociągiem z Kostopola.

Mieszkaliśmy na plebanii, jako jedyna rodzina przygarniętego przez miejscowego proboszcza, niewidomego brata mojej babci Wandy Szaniawskiej, "dziadzia księdza", Stanisława Zawrockiego. Babcia Wanda wyjechała wcześniej z Pińska do syna Wacława mieszkającego w Równem i tam ... zmarła 19-go lipca, na raka grubego jelita. Dlaczego rozdzieliła się z bratem nie wiadomo, może dlatego że już wiedziała że jest ciężko chora. Jeszcze w kwietniu tegoż roku pisała do syna Wacława: (...) Ja wujaszka zostawić samego nie mogę, a więc jedziemy razem polecając się Opatrzności Bożej (...)

Mój młodszy brat Zygmunt urodził się 27-go maja 1940-go roku w pińskim szpitalu, ale nie pożył biedak długo, zmarł 17-go czerwca na poważny uraz czaszki. Ta tragiczna historia zostawiła u mamy poważny ślad psychiczny i wszystkie jej następne pięcioro dzieci urodziło się poza szpitalem. Według opowiadania mamy było to tak: W tym czasie w pińskim szpitalu brakowało już lekarzy i pielęgniarek, głównie wywiezionych przez bolszewików do pracy w głąb Związku Radzieckiego. Poród odbył się normalnie i mamę umieszczono w pokoju szpitalnym, a dziecko w innym pomieszczeniu, razem z innymi noworodkami. Co kilka godzin przynoszono matkom ich dzieci do karmienia, a przynoszono je w osobliwy sposób, tak jak się niesie polana drewna na ogień, pełnymi naręczami. Prawdopodobnie brakowało wózków szpitalnych, które sowieci wywieźli razem z personelem. Pielęgniarki zastąpiono prostymi wiejskimi dziewczynami, bez żadnego szpitalnego doświadczenia. Taka to dziewczyna, niosąc "naręcz" dzieci do matek upuściła mojego braciszka na schodach. Przyniesiono go do mamy z bandażem na główce i wyjaśniono, że dostał jakiejś wysypki, ale że to nic poważnego. W czasie karmienia mama zajrzała pod bandaż i nie znalazła żadnej wysypki tylko ... pękniętą czaszkę! Zaczęła się buntować i wzywać głównego lekarza, ale nikt jej nie słuchał i odesłano ją ze szpitala do domu bardzo szybko. Dziecko marniało z dnia na dzień i zmarło po trzech tygodniach życia.

Na Wołyń wyjechaliśmy na początku lata 1940, ale prawdziwy powód nie jest mi znany. Przypuszczam, że albo ojciec dowiedział się o możliwości pracy i zamieszkania w nowocześnie zorganizowanych kamieniołomach bazaltu, posiadających piękne osiedle mieszkaniowe w Janowej Dolinie położonej koło Kostopola, albo "dziadzio ksiądz" otrzymał miejsce wikarego w kostopolskiej parafii i ojciec już tam na miejscu szukał pracy. Faktem jest, że zamieszkaliśmy na plebanii i nigdy nie przenieśliśmy się do osiedla w Janowej Dolinie, mimo że mój tata pracował tam przez rok. Był kierowcą ciężarówki wożącej złom bazaltowy. W liście do wnuczki (mojej córki Barbary) z lutego 1980-tego roku mój ojciec tak wspomina ten okres:

(...) Byliśmy na Wołyniu, w Kostopolu, piękne okolice, duże i piękne lasy przez które przewijała się rzeka Horyń; cudna panorama, gdyby nie wojna, jak to się mówi żyć nie umierać. Pracowałem w miejscowości Janowa Dolina, kopalnia bazaltu, druga w Europie. Osiedle nowoczesne w lesie wybudowane, ulice oznaczone literami alfabetu, na wzór amerykański. Zaczęło się nam możliwie żyć i trwało to około roku i tylko dziwnym zbiegiem okoliczności wyszliśmy cało. Osiedle przez Ukraińców zostało spalone, wszyscy pomordowani; my już mieszkaliśmy w Kostopolu i to nas uratowało. Niemcy sprzyjali bandom ukraińskim i front był już blisko (...)

Mojemu tatulowi z czasem dużo spraw się pomieszało i trochę pofantazjował. Według mnie nigdy nie mieszkaliśmy w osiedlu Janowa Dolina, gdyż prawdopodobnie jako szofer nie dostał on tam mieszkania od razu, a po roku dojazdów do pracy z Kostopola postanowił wrócić do Otołczyc, gdyż po napaści Niemców na Związek Radziecki, w czerwcu roku 1941-szego i szybkim zajęciu Polesia przez armię niemiecką, Niemcy odebrali rozdzieloną uprzednio chłopom ziemię, tworząc majątki zwane "Staatsgut", najczęściej z dawnymi właścicielami jako ich administratorami. Co do napaści Ukraińców na Janową Dolinę, to nastąpiło to dopiero półtora roku po naszym wyjeździe z Kostopola na Polesie, w Wielki Piątek roku 1943-ciego. Była to rzeczywiście straszna masakra, ale my byliśmy już stamtąd daleko, od dawna. W nocy, 23-go kwietnia, Ukraińcy podpalali dom po domu, a uciekających mieszkańców mordowali siekierami. Zginęło wtedy ponad sześciuset Polaków, mężczyzn, kobiet i dzieci, a drewniane osiedle zostało doszczętnie spalone.
Dzisiaj, w XXI-szym wieku, masakra polskich mieszkańców Janowej Doliny przez nacjonalistów ukraińskich jest powszechnie znana na całym świecie. Ciekawostką jest fakt, że na współczesnych szczegółowych mapach Ukrainy nazwa "Janowa Dolina" została zastąpiona przez "Bazaltowoje". To tak jak by chciano coś ukryć, wymazać to miejsce z pamięci jeszcze żyjących ofiar, a potomnym zasugerować, że nic się wielkiego nie stało. A przecież:

(...) Nazwa miejsca, według lokalnych przekazów, sięga czasów Jana Kazimierza, który w tutejszych lasach polował, a w dolinie nad Horyniem odpoczywał. Osada Janowa Dolina powstała jako osiedle zakładowe. Miejscowość została zbudowana w latach 1920-1930 przy nowopowstałych Państwowych Kamieniołomach Bazaltu, zatrudniających około 1200-stu pracowników. Rozrastała się w miarę rozwoju kopalni, osiągając w końcu lat 30-tych liczbę ponad 3000-cy mieszkańców, w tym 97% Polaków (...)

Kiedy w roku 2001-szym pojechałem na Ukrainę i znalazłem się na wsi niedaleko Lwowa, przypadkowo spotkana staruszka, kiedy tylko zrozumiała z mojego akcentu że jestem Polakiem, zaczęła się jakby tłumaczyć że za jej młodych czasów to Polacy i Ukraińcy żyli w wielkiej zgodzie?!

Wracając teraz do powodu naszego wyjazdu z Pińska do Kostopola. Jeżeli przyjąć wersję że to "dziadzio ksiądz" dostał posadę wikarego w kostopolskiej parafii i zabrał całą naszą rodzinę ze sobą, to staje się zrozumiałe dlaczego zamieszkaliśmy na plebanii. Możliwe jest że mój tata, znalazłwszy po przyjeździe pracę w Janowej Dolinie, otrzymał obietnicę otrzymania mieszkania w osiedlu pracowniczym, ale musiał poczekać, tym dłużej że był pracownikiem fizycznym (kierowcą). Możliwe, że przez pewien okres zaczęło się nam lepiej powodzić, ale nie musiało to trwać długo. Wkrótce po naszym przyjeździe do Kostopola moja mama znów zaszła w ciążę i opowiadała mi później, że latem 1941-go roku, już z dobrze widocznym brzuchem, musiała jeździć pociągiem na wieś w poszukiwaniu żywności, gdyż w Kostopolu panował głód. Jeździła zatłoczonymi pociągami, często na stopniach wagonów, albo na buforach między nimi, aby móc nakarmić rodzinę, a nadwyżki sprzedać na inne potrzeby. Te kłopoty z żywnością spowodowane były prawdopodobnie napaścią Niemców i szybkim zajęciem przez nich Wołynia. Kiedy 18-go sierpnia urodziła się moja siostra Ewa, nie miała jeszcze zupełnie uformowanych kości i mama musiała układać galaretowate ciało dziecka między wałkami z waty, aby uchronić je od przyszłego kalectwa. Brak wapna w organiźmie mamy w czasie ciąży mógł spowodować tą anomalję. Pierwsze tygodnie życia Ewy były koszmarem dla nas wszystkich. Ale Ewa nie tylko nie umarła, ale wyrosła na zgrabną, postawną i bardzo ładną kobietę. Jakim cudem mama tego dokonała tylko ona i sam Pan Bóg mogą wiedzieć. Co robił i gdzie był wtedy mój ojciec, nie wiem; mogę tylko przypuszczać że w tym czasie woził kopalnianą ciężarówką bazalt w Janowej Dolinie.

Wólka Dostojewska, Otołczyce, 1942-43

Początek strony

W roku 1942-gim wróciliśmy do naszego domu, pod niemiecki but, ale do siebie na Polesie. Od tego czasu moja pamięć zaczęła rejestrować większe dla mnie wydarzenia i niektóre pamiętam do dzisiaj. Moim pierwszym wspomnieniem jest poród Ewy, jeszcze w Kostopolu. Mama rodziła sama, bez absolutnie żadnej pomocy. W pomieszczeniu była tylko ona, wyjąc z bólu na małym polowym łóżku ustawionym koły drzwi wejściowych, niewidomy "dziadzio ksiądz", siedzący na fotelu i modlący się głośno i ja, trzy i pół letni chłopaczek stojący w dziecinnym łóżeczku i chlipiąc powtarzający w kółko: - Boziu daj zdrowie mamusi, Boziu daj zdrowie mamusi ... Ile czasu trwał ten poród i co się później działo, nie pamiętam. Również nie wiem czy ojciec jeszcze wtedy pracował w Janowej Dolinie i wieczorem wrócił do domu, czy już go w Kostopolu nie było. Zachował się ukraiński wypis metryki urodzenia Ewy datowany w Kostopolu dnia 6-go lutego 1942-go roku, wynika więc z tego że mama z nami dziećmi jeszcze stamtąd nie wyjechała.

Nie wiem dokładnie kiedy mój tata wrócił na Polesie, przypuszczać jednak należy że po powrocie dziadków Serdakowskich, gdyż oni to objęli rządy w Otołczycach, a ojciec osiadł w Wólce Dostojewskiej, co jak opisałem wyżej było w odwrotnym porządku niż przed wybuchem wojny we wrześniu roku 1939-go. Wspomniany wcześniej Leon Onichimowski tak pisze o tych momentach:

(...) Zbliżał się początek roku szkolnego i miejscowe władze samorządowe zaproponowały mi pracę nauczyciela w sąsiedniej wsi Nowosiółki. Podjąłem się tej pracy, gdyż trudno było wyżyć licznej przecież rodzinie z kilku hektarów ziemi (...) Wrócili do swego majątku Serdakowscy. Przybył senior Zygmunt Serdakowski z żoną i młodszym synem Henrykiem. Po powrocie zaczęli organizować majątek. Ściągnęli od chłopów zabrane z majątku mienie, zatrudnili parobków i za zgodą Landwirt'a rozpoczęli pracę jako administratorzy we własnym majątku. Po paru miesiącach pracy w szkole, Niemcy zamknęli wiejskie szkoły i musiałem szukać pracy. Serdakowscy zaproponowali mi pracę w majątku na stanowisku buchaltera. Rzecz jasna, przyjąłem tę propozycję z entuzjazmem (...)

Jak już wspomniałem, mój ojciec objął administrację byłego majątku Koźlakowskich w Wólce Dostojewskiej, położonej o około 10-ciu kilometrów na zachód od Otołczyc. Musiał wrócić na Polesie już po przyjeździe rodziców, którzy, po nieudolnych przedwojennych próbach Edmunda gospodarowania na prawie pięciuset hektarach dóbr otołczyckich, wracając wcześniej z wygnania, zdecydowali zająć się teraz sami ich administracją przy pomocy młodszego syna Henryka, który jako student szkoły rolniczej był lepiej przygotowany do tej pracy niż mój ojciec, elektryk-mechanik.

Z perspektywy czasu nie bardzo mogę zrozumieć dlaczego dziadkowie oddali mojemu ojcu administrację Otołczyc po jego ożenku z mamą i przyjeździe na Polesie na początku roku 1937-mego. O niezrównoważonym, wybuchowym charakterze, nie mając żadnego przygotowania ani doświadczenia rolniczego czy hodowlanego, mój ojciec nie miał żadnych szans na sukces, szczególnie administrując majątkiem poważnie zadłużonym. Moim zdaniem dziadkowie powinni byli kontynuować sami administrację Otołczyc, dawszy ojcu, jeśli by ją przyjął, jakąś funkcję w tej administracji, dla zdobycia doświadczenia. Ale ta rodzina o formacie 3+1 nie funkcjonowała w najlepszej zgodzie. Dziadkowie z młodszym synem Henrykiem to ta trójka, kochająca się i zżyta od zawsze. A jedynka to mój tatulo, chorobliwie nieśmiały, nie kochany od dzieciństwa, stale skłócony z młodszym bratem, któremu zazdrościł miłości rodziców, zmuszony stale walczyć o swoje miejsce w rodzinie. Dziadkowie zaprotestowali ostro przeciw nagłemu i ich zdaniem zbyt wczesnemu ożenkowi najstarszego syna, nie przyjeżdżając nawet na jego ślub do Warszawy. A kiedy już przyjechał do Otołczyc z młodą żoną, nawet nie przywitali młodej pary, przeprowadziwszy się wcześniej do Wólki Dostojewskiej i dopiero moje urodziny spowodowały nawiązanie jakich takich stosunków rodzinnych. W Otołczycach witał moich przyszłych rodziców jedynie zarządca majątku.

Moje wspomnienia z Wólki i krótkiej wizyty w Otołczycach są fragmentaryczne i nie potrafię ich ułożyć chronologicznie, ale mógłbym narysować w przybliżeniu fasadę dworku w Wólce Dostojewskiej, ładniejszego od zwykłego budynku w Otołczycach, który wybudowali prawdopodobnie moi pradziadkowie, Jerzy i Emilja, po spaleniu się starego dworu. Pamiętam rozmieszczenie innych budynków w obu majątkach i nawet częściowo ich wnętrza.

Był to okres burzliwy i bardzo nerwowy dla moich rodziców. We dnie trzeba było naganiać do pracy nie bardzo chętnych parobków, a po nocach spać jak zając pod miedzą w obawie przed kolejną "wizytą" włóczących się band, lepiej lub gorzej zorganizowanych partyzantów, lub najczęściej wprost rzezimieszków. Często budził mnie w nocy tupot nóg po drewnianych podłogach, podniesione głosy i przesuwanie mebli w poszukiwaniu rzekomo ukrytego złota, żywności czy wódki. Najgorze były bandy rabunkowe przemieszczające się po okolicznych dworach z całymi rodzinami. Rabowały one dosłownie wszystko. Pamiętam jak po jednym z takich napadów moi rodzice nie mieli rano co na siebie włożyć i ojciec, chyba zupełnie nagi, pobiegł o świcie do chaty ogrodnika pożyczyć jakieś spodnie i koszulę dla siebie i jakąś sukienkę dla mamy. Podobno tylko nas dzieci, malutką Ewę i mnie pięciolatka, baby z bandy nie rozebrały.

Którejś nocy nad ranem przyszli Ukraińcy, którym ktoś doniósł że ojciec ukrywa w Wólce duże zapasy wódki, nie chcieli nic innego. Kiedy ojciec zaprzeczył kategorycznie, że wódki w Wólce nie ma, przeszukali dokładnie cały dwór i dworskie zabudowania, rozbijając stare kufry na strychu i zrywając głucho dudniące pod uderzeniami kolb karabinów podłogi. Nic nie znalzłszy, Ukraińcy odbyli krótką naradę i przy pierwszych brzaskach nowego dnia ich dowódca wziął od jednego ze swoich ludzi karabin i kazał ojcu iść przed sobą do parku. Postawił ojca pod drzewem i jeszcze raz zapytał gdzie jest schowana wódka? Kiedy ojciec powtórzył że wódki w majątku nie ma, Ukrainiec wolno podniósł karabin do ramienia. Tata zamknął oczy i zaczął odmawiać: - Ojcze Nasz, któryś jest w niebie, bądź wola Twoja ... czekając na strzał ... Kiedy ten długo nie następował, otworzył oczy i powiedział zniecierpliwiony: - No strzelaj, czego się znęcasz ... Ukrainiec opuścił broń do połowy i z uznaniem w głosie powiedział: - Ho, ho, odważny jesteś! Wracaj żonkę pocieszyć, bo ona już ciebie opłakuje ...

Mama, która mi to później opowiadała, była przekonana że ojca już więcej nie zobaczy i oczekując na huk wystrzału modliła się za jego duszę. Należy tu dodać, że wódki w Wólce było dużo i to schowanej pod podłogą, tyle że ojciec przezornie przykrył schowek warstwą desek, na które nasypał warstwę piasku i dopiero na nim leżały deski podłogi. Ukraińcy stukali kolbami w tym miejscu, ale piasek tłumił echo znajdującego się dużo niżej schowka. 

Któregoś lata, a był to chyba rok 1942-gi, bo malutka Ewunia dopiero zaczynała chodzić, wybiegłem z domu zobaczyć dlaczego moja siostra tak rozpaczliwie płacze. U podnóża schodów zobaczyłem siedzącą na stopniu mamę pocieszającą rozryczaną i wyrywającą się Ewę. Obok, na ubitej ziemi, leżało kilka nieruchomych gęsiaczków. Okazało sią, że duża biała gęś z ufnością przyprowadziła pod schody stadko swoich malutkich jeszcze gęsiaczków, gdzie domownicy mieli zwyczaj regularnie wysypywać dla nich ziarno i gęsie pisklaki znalazły się w zasięgu rączek dwuletniej Ewuni bawiącej się w piasku. Moja siostrzyczka złapała pierwszego gęciaczka za szyjkę i tak go mocno ukochała, że kiedy go postawiła na ziemi był już martwy, uduszony. Taki los spotkał kilka innych, zanim mama się zorientowała i przerwała ten tragiczny dla gęsiaczków wybuch czułości mojej siostrzyczki. Jej rozpaczliwy płacz był buntem i nie dała sobie wytłumaczyć, że gęsiaczkom krzywda się dzieje.

Tegoż lata jeździłem z ojcem w pole na olbrzymim wtedy dla mnie traktorze marki "Lanz Bulldog", który tata ustawiał obok stojącej bezpośrednio na polu przenośnej młocarni i łączył długim pasem koło zamachowe traktora z kołem napędowym młocarni. Silnik traktora głośno i rytmicznie stukał, pas klekotał i syczał, młocarnia jęczała po każdym wrzuconym do niej przez parobków snopku zboża, a ja zachwycony siedziałem na metalowym siedzeniu traktora i próbowałem kręcić wielką kierownicą.

Nie wiem od kiedy i przez kogo zaczęty, ale obok starego dworku w Wólce był budowany nowy, chyba dwupiętrowy. W tym czasie budowa znajdowała się jeszcze na etapie szkieletu drewnianego. Na przynajmniej dwóch pionowych słupach konstrukcji przybito szczeble tworzące rodzaj drabiny pozwalającej robotnikom wejść na wyższe piętro i dach. Korzystając z nieuwagi mamy skorzystałem i ja z tej drabiny. Wdrapałem się na belkę sufitową i zacząłem po niej przechodzić na drugą stronę budowli, balansując o kilka metrów nad ziemią. Zaniepokojona moim zniknięciem mama znalazła mnie w końcu siedzącego okrakiem mniej więcej pośrodku tej belki, już trochę przestraszonego, bo nie wiedziałem jak zawrócić. Po chwili przybiegł również i ojciec i oboje zaczęli bardzo spokojnie i "słodziutko" mną dyrygować abym powoli przesuwał się okrakiem do przodu, do przeciwległego słupa, na którym była inna drabinka, podobna do tej po której wszedłem. Uspokojony chwalącymi moje przesuwanie się po belce głosami rodziców i dumny z wyczynu, dotarłem powoli do słupa i zaczęłem zwycięsko schodzić po drabince..., do momentu aż mnie chwyciły ojcowskie ręce. To co się później działo mój tyłek zapamiętał na długo.

Pamiętam również że chyba tego samego lata złożyliśmy dziadkom wizytę w Otołczycach. Musiała to być niedziela, bo byliśmy w kościele, a ja na chórze "pomagałem" organiście naciskając znienacka to ten to inny klawisz powodując zdziwione odwracanie się głów wiernych zgromadzonych przed ołtarzem. Z tej wizyty pamiętam rozkład podwórca majątkowego i wzajemne położenie głównych budynków, ale nie pamiętam fasady samego domu; pamiętam jednak że byłem rozczarowany, gdyż ten w Wólce podobał mi się bardziej.

Nieopodal domu otołczyckiego znajdował się piękny park z bardzo starymi drzewami, a między nimi ruiny jakiejś dużej budowli z częściowo obnażonym bardzo wysokim kominem. Z jakichś powodów przez kilkadziesiąt lat myślałem, że to były mury starej cegielni. Dopiero stryj Henryk powiedział mi w roku 1994-tym, że były to ruiny starego dworu. To do tego dworu wprowadził się prawdopodobnie Eustachy po kupnie majątku i w którym moi pradziadkowie Serdakowscy, Emilja i Jerzy, mieszkali przez jakiś czas. Jerzy zmarł w roku 1921-szym, a Emilja w latach 1930-tych. Pamiętam, że mówiło się w rodzinie o pożarze tego starego dworu, ale kiedy ten pożar miał miejsce, nie zapamiętałem. Najbardziej z Otołczyc utkwiło mi w pamięci duże suche drzewo ustawione w otołczyckim salonie, po którym skakała i na którym mieszkała ruda wiewiórka. Było to zwierzątko należące do stryja Henryka i przez niego oswojone. Kiedy tylko wchodził do salonu wiewiórka skakała mu z suchego konaru na ramię i przymilała się o orzeszki, których stryj miał zawsze pełne kieszenie.

Z Wólki wyjechaliśmy nagle, najprawdopodobniej późnym latem roku 1943-go. Którejś nocy zostałem gwałtownie obudzony przez mamę i szybko ubrany. Po chwili uciekaliśmy z dworu w pole i resztę nocy spędziliśmy schowani między snopkami zboża ustawionymi w kopy. Niedaleko płonęły zabudowania majątkowe. Według późniejszego opowiadania mamy był to krwawy napad nacjonalistów białoruskich na polskie dwory. Chyba tej samej nocy, o  kilka kilometrów od Wólki, została bestialsko wymordowana cała rodzina Skirmuntów, nam i tym razem udało się uciec. Nie wiem w jaki sposób, ale mama z nami dziećmi dotarła do Pińska, z którego już ani do Wólki, ani do Otołczyc nie wróciliśmy. Z książki sowieckiego partyzanta Wasilija Cwietkowa, szeroko cytowanej poniżej, wynika jednak że zabudowania i zbiory polskich majątków palili polscy partyzanci. Dwudziestego października 1943, Cwietkow zanotował:

(...) Do obozu przybył po dłuższej nieobecności "Bystrooki". W końcu września i na początku października wraz z Mieczysławem Juchniewiczem wziął on udział w akcji niszczenia zbiorów na polach, palenia stert nie wymłóconego zboża, oraz zabudowań w majątkach znajdujących się pod zarządem niemieckim. W dwóch takich akcjach puszczono z dymem między innymi majątki Chołożyn, Gliniszcze, Otołczyce, Mołodów, Opole, Nowoszyce, Motol. Operacja ta miała na celu uniemożliwienie wywiezienia zbiorów do Rzeszy (...)  
  
Tak więc wygląda na to że uciekaliśmy od pożarów w Otołczycach i Wólce wznieconych nie przez nacjonalistów białoruskich, ale przez ... naszych partyzantów, a między innymi przez mojego wuja Mieczysława Juchniewicza! Jakież to przedziwne potrafią być "czkawki historii"! Z opowiadań mamy wiem, że ojciec gospodarując w Wólce współpracował z polskimi partyzantami i dostarczał im żywności, alkoholu i paliwa. Ktoś musiał donieść o tym Niemcom, bo ojca aresztowano i po długim przesłuchaniu osadzono w pińskim więzieniu. Według mamy, znała ona dobrze ciemne sprawki pińskiego Volksdeutsh'a, który pracował dla tego, który mu więcej płacił. Poszła więc do niego i obiecała cały wóz żywności i dużą sumę pieniędzy za wyciągnięcie ojca z pińskiego więzienia, grożąc jednocześnie że jeśli Niemcy ojca z pińskiego więzienia nie wypuszczą to ona im opowie o wszystkich jego zarobkowych tranzakcjach okradających władze okupacyjne. Ojciec wyszedł z więzienia wolny, frontowymi drzwiami, co stanowiło niemal cud w tamtych czasach.

Według stryja Henryka to on spowodował uwolnienie mojego ojca z więzienia. Podobno regularnie przyjeżdżał do Otołczyc Niemiec i sprzedawał stryjowi broń i amunicję, którą ten przekazywał partyzantom z AK. Kiedy mój ojciec został aresztowany, stryj udał się do tego Niemca z prośbą o pomoc w uwolnieniu brata. Niemiec powiedział stryjowi że jego brat wyjdzie na wolność następnego dnia, co też się stało. Mam pewne wątpliwości co do wersji stryja Henryka. W tamtych czasach żołnierzowi niemieckiemu groziła natychmiastowa śmierć, a oficerowi co najmniej wysłanie na front wschodni, za sprzedawanie broni wogóle, a przeznaczonej dla partyzantów w szczególności. Musiałby ten Niemiec być conajmniej oficerem i to raczej Formacji SS, a nie Wermahtu, aby móc uzyskać wypuszczenie z więzienia Gestapo Polaka podejrzanego o pomoc partyzantom. Stryj Henryk mówił o tym przy swojej drugiej żonie Halinie i ich synie Adamie i chyba chciał sobie dodać splendoru. Nie wiem czy uwięzienie ojca miało miejsce przed czy po akcji "Ponurego" na to więzienie, o której Leon Onichimowski tak wspomina:

(...) 18-tego stycznia 1943-go roku więzienie w Pińsku zostało zaatakowane przez grupę uderzeniową AK z Warszawy pod dowództwem "Ponurego". Uwolniono oficerów AK i wypuszczono wszystkich więźniów. W czasie akcji zginęło dwóch Niemców. Akcja została szczegółowo opisana w wielu wydawnictwach (...)

Weług wszelkiego prawdopodobieństwa wypuszczenie ojca z pińskiego więzienia musiało nastąpić przed akcją "Ponurego", bo wątpię żeby po tym zamieszaniu Niemcy jakiegokolwiek Polaka z tego więzienia wypuścili wolno frontowymi drzwiami. Z cytowanego wyżej opowiadania stryja Henryka wynika również, że brał on czynny udział w akcji "Ponurego" i był członkiem grupy ochronnej zamachu zajmującej posterunek na rogu ulic Brzeskiej i Krajewskiego. Stryj mówi również o uratowaniu od roztrzelania represyjnego już uwięzionego przez Niemców, wraz z dwudziestoma dwoma innymi zakładnikami, męża swojej kuzynki Wandy, Mieczysława Juchniewicza i przewiezienia go z żoną Wandą z ich malutką córeczką Jagodą z Pińska do Otołczyc, w obawie przed zemstą Niemców na rodzinie zbiegłego skazańca. Tu również stryj sobie chyba pofantazjował. Leon Onichimowski, wtedy pracujący jako buchalter w majątku Otołczyce, tak te wydarzenia opisuje w swoich wspomnieniach:

(...) W odwecie rozstrzelano w Janowie Poleskim trzydziestu polskich zakładników, w tym księdza prałata Iwickiego. Aresztowano i zawieziono na miejsce rozstrzelania również zawiadowcę stacji w Pińsku Leona Paszkiewicza. Jednak już nad samym dołem przeznaczonym na zbiorową mogiłę wywołano go i wypuszczono do domu. Uratował go mundur kolejarski i fakt, że aresztowanych było więcej niż trzydziestu. Uratował się przed rostrzelaniem niemal cudem Mieczysław Juchniewicz, który wyszedł z domu na pół godziny przed przybyciem SD. Powiadomiony przez sąsiadów już nie wrócił do domu, a piechotą przyszedł wystraszony do nas. Natychmiast wsiadłem na furmankę i pojechałem po rodzinę Juchniewicza do Pińska. Żona Mieczysława, Wanda, była córką bliskiego przyjaciela (mojego) ojca Stanisława Lach-Szyrmy. Obawialiśmy się, że Niemcy nie zastając Juchniewicza mogli represjonować jego rodzinę. Przywiozłem więc Wandę wraz z kilkumiesięczną córeczką do naszego domu. W ten sposób rodzina powiększyła się o dalsze trzy osoby. Po kilkumiesiącznym pobycie u nas znaleźliśmy im mieszkanie w odległym od nas o parę kilometrów chutorze u pana Jana Stojaka, osadnika którego nie zdążyły wywieźć władze radzieckie. Był to sympatyczny dom i rodzina. Wkrótce przy dużym zaangażowaniu podporucznika rezerwy Juchniewicza dom ten stał się punktem kontaktowym partyzantów polskich i radzieckich (...)

Nie bez powodu zacytowałem rozlegle wspomnienia Leona Onichimowskiego dotyczące Mieczysława Juchniewicza i jego rodziny. Żoną Mieczysława była Wanda, z domu Lach-Szyrma, moja bliska krewna. Matką Wandy, była również Wanda, z domu Koźlakowska, siostra mojej babci. Babcia Anna wyszła za mąż za Zygmunta Serdakowskiego, a Wanda za Stanisława Lach-Szyrmę, znaną poleską postać. Mieli oni trzy córki Wandę, Stanisławę i Helenę. Z dwoma pierwszymi miałem bliski kontakt do końca moich studiów w Warszawie, natomiast trzeciej nigdy nie poznałem. Wspominam o nich więcej w Rozdziale: "Aleksandrów-Łódzki, ul Łąkowa 39, 1953-56", w części "Dom Drugi".

Zdziwiony jestem trochę że Mieczysławem Juchniewiczem i jego rodziną zaopiekował się wtedy w gruncie rzeczy obcy człowiek, buchalter otołczycki Leon Onichimowski, a nie rodzona ciotka Wandy Juchniewicz, moja babcia Anna. Niby stryj Henryk opowiada o swojej pomocy Juchniewiczom, ale Onichimowski nie wspomina o nim ani słowem w swoim długim opisie tej historii. Wygląda na to że stosunki między Juchniewiczami a dziadkami Serdakowskimi nie były wtedy najlepsze, może dlatego że Juchniewicz miał kontakty i współpracował z partyzantką sowiecką, natomiast moi dziadkowie popierali Armię Krajową i byli zdecydowanymi antykomunistami.

Po zakończeniu wojny Mieczysław Juchniewicz znalazł się w Warszawie i otrzymał pracę w sztabie generalnym socjalistycznego Wojska Polskiego. Otrzymał ładne mieszkanie w centrum stolicy i szybko awansował, zajmując się głównie propagandą prosowiecką i pisaniem powieści wojskowych z okresu drugiej wojny światowej. Zmarł w randze pułkownika w styczniu roku 1989-tego. Juchniewiczowie, poza swoją trójką dzieci, wychowywali i kształcili Annę Malewicz, jedyną córkę siostry Wandy, Stanisławy, której mąż zginął rozstrzelany jeszcze przez sowieckie NKVD, tuż przed wejściem Niemców do Pińska w czerwcu 1941-go roku. Jako nastolatek podkochiwałem się w Ani Malewicz i opisuję o tym szerzej we wspomnianym w poprzednim paragrafie rozdziale.

Na początku XXI-go wieku dowiedziałem się od mojej siostry Inki, że sowiecki partyzant Wasilij Cwietkow napisał książkę zatytułowaną: "Wspomnienia partyzanta wywiadowcy", w której, w latach 1942-44, są wymienieni: dwukrotnie mój stryj Henryk, wielokrotnie Wanda i Mieczysław Juchniewiczowie, a przez całą drugą połowę trzystu-stronnicowej książki Leon Onichimowski. Zdobyłem tą książkę, w następujących słowach zaprezentowaną przez samego autora:

(...) We wrześniu na zachodniej granicy ZSRR, na głębokich tyłach wroga, wylądował oddział Armii Radzieckiej, o specjalnym przeznaczeniu. Zaczęły wylatywać w powietrze niemieckie transporty wojskowe, zorganizowano działalność wywiadowczą (...) Do partyzantki napływali Białorusini, Rosjanie i Polacy (...) Świadectwem tej wspólnej walki jest dziennik, który prowadziłem działając na tyłach wroga (...) Wśród towarzyszy partyzanckiej walki, którzy wsławili się bohaterskimi czynami, było wielu Polaków: Leon Onichimowski, Mieczysław Juchniewicz, Wanda Juchniewicz (Lach-Szyrma), Władysław Juszczak, (...), Henryk Serdakowski, (...), Katarzyna Onichimowska, (...)

Wśród datowanych zapisków tych wspomnień znalazłem takie uwagi Cwietkowa o moich krewnych i o Leonie Onichimowskim. Dnia 5-go maja 1943 napisał:

(...) Cenne informacje wywiadowcze otrzymał mój pełnomocnik od rodziny byłego właściciela majątku Otołczyce, Zygmunta Serdakowskiego. Jego syn, Henryk, na prośbę "Bystrookiego" odbył specjalną podróż do Pińska by zdobyć materiały wywiadowcze. Miał się również skontaktować z wieloma innymi polskimi patriotami, między innymi z Janem Stojakiem i Wacławem Nowodworskim z Małego Karolinka, z Bazylim Matuszczakiem i Mikołajem Wodczycem z Korzeniowa. Henryk skontaktował "Bystrookiego" z Mieczysławem Juchniewiczem, oficerem rezerwy Wojska Polskiego, który jako zakładnik zbiegł z Pińska przed egzekucją i przez chorążego Klima nawiązał łączność z oddziałem partyzanckim imienia Łazo. Na polecenie jego dowódcy wykonywał specjalne zadania (...)

Jakie panowały wtedy naprawdę stosunki między Sowietami i Polakami chcącymi walczyć z okupantem niemieckim ilustruje konfrontacja wspomnień Cwietkowa i Onichimowskiego. Dwunastego czerwca 1943-go roku Cwietkow zanotował:

(...) Praca nasza uległa zasadniczej zmianie. Centrala mianowała dowódcą Centrum Operacyjnego Bohatera Związku Radzieckiego pułkownika "Ldowa" (...)

Później Cwietkow pisze o nawiązaniu bliższych kontaktów z polskimi partyzantami i drugiego sierpnia notuje:

(...) Wspomniani przez "Bystrookiego" Polacy dążą do utworzenia polskiej grupy partyzanckiej. Gra warta świeczki. Koniecznie należy im pomóc. Leon Onichimowski pracuje jako buchalter w majątku Otołczyce i może się swobodnie poruszać po całym powiecie, co stanowi niezmiernie ważną okoliczność. W utrzymaniu kontaktów z podziemiem w Pińsku pomagają mu jego brat Bogdan (partyzant oddziału imienia Siergieja Łazo) i Wanda Juchniewicz, która ma paszport miejski i systematycznie bywa w Pińsku. Mieczysław Juchniewicz, zbiegły w swoim czasie z Pińska przed gestapo (jako zakładnik miał być rozstrzelany wraz z innymi Polakami w Janowie), zajmuje się sprawami organizacyjnymi, prowadzi poważną pracę polityczną wśród ludności polskiej, wyjaśnia obecną sytuację, tworzy sieć ludzi godnych zaufania, okazując tym samym pomoc "Wasi Bystrookiemu" (...)

Dnia jedenastego października 1943 Cwietkow notuje:

Wróciłem wczoraj spod Pińska, gdzie spotkałem się z grupą polskich patriotów, chcących utworzyć własny oddział partyzancki (...) Opracowali oni plan rozgromienia Łohiszyna i proszą nas o okazanie pomocy w ludziach i broni automatycznej. Polacy przyjęli mnie bardzo dobrze. Żałuję, że nie znam języka polskiego (...)

Leon Onichimowski tak wspomina spotkanie z Cwietkowem:

(...) Rzeczywiście pod koniec września 1943, po uprzednim zapowiedzeniu się, przybył do domu Stojaków na spotkanie z nami Cwietkow. Towarzyszyła mu świetnie uzbrojona w broń automatyczną obstawa. W rozmowach z Cwietkowem uczestniczyli podporucznik Juchniewicz i Stanisław Knap, członek AK, były mat marynarki wojennej w Pińsku. Znalazł u nas schronienie wobec grożącego mu aresztowania ze strony SD. Major Cwietkow wywarł na nas bardzo dobre wrażenie. Życzliwie ustosunkował się do naszych zamierzeń, informując że przedstawi je swoim przełożonym, oraz że rozumie i aprobuje chęci walki Polaków z okupantem. Odniosłem wrażenie, że rozstaliśmy się z dużą wzajemną sympatią (...)

Późniejszą jesienią 1943-go roku doszło do spotkania Leona Onichimowskiego z pułkownikiem "Ldowem". Tak to opisał sam Onichimowski:

Kilkakrotnie zatrzymywani przez straże doszliśmy do obozu "Ldowa". Zostałem wezwany przed oblicze dowódcy. W czystej schludnej ziemiance, wyłożonej wewnątrz spadochronowym płótnem, za stołem siedział potężny mężczyzna w mundurze z gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego. Podczas rozmowy dopytywał się po co chcemy tworzyć polski oddział, skoro działają w terenie oddziały radzieckie. Tłumaczyłem, że zamieszkali na tych terenach Polacy chcą walczyć z okupantem w swoim oddziale. Przyszłość tych terenów będzie zależała nie od nas a od polityków. "Ldow" był zdecydowanie przeciwny naszej inicjatywie. Podsumował rozmowę, nazywając mnie "niesoznatielnym nacjonastom". Powiedział, że ostateczną decyzję przekaże mi za dwie godziny. Wyszedłem z ziemianki pułkownika i zostałem zaprowadzony do stołówki kompanii ochrony sztabu. Do pułkownika został wezwany major Cwietkow. Po godzinie wezwano mnie ponownie do pułkownika i zakomunikował mi on swą decyzję. Nie zezwalano na tworzenie odrębnego polskiego oddziału partyzanckiego, ale dotychczas działająca grupa miała wejść do oddziału Cwietkowa i jako główne zadanie miała prowadzić wywiad w Pińsku i przekazywać uzyskane informacje Cwietkowowi. Znacznie później, bo dziesięć lat po wojnie, dowiedziałem się od majora Cwietkowa, że pierwszą decyzją "Ldowa" był rozkaz rozstrzelania mnie i stłumienia w zarodku nacjonalistycznych dążeń. Dopiero perswazja Cwietkowa, który wskazywał, że tylko dzięki Polakom może uzyskiwać cenne dla nich dane wywiadowcze i że nie należy wzbudzać wrogości Polaków do partyzantki radzieckiej, zmieniły decyzję pułkownika. Na ile zamiary "Ldowa" były realne świadczyć może fakt rozstrzelania przez niego dowódcy oddziału partyzanckiego Niszczenkowa, którego podejrzewał o białoruskie sympatie nacjonalistyczne (...)

Major Cwietkow też opisał to spotkanie w swojej książce, cytując opowieść Leona. Jednakże obie wersje znacznie się różnią i major nic nie wspomina o wstępnym rozkazie "Ldowa" rozstrzelania Onichimowskiego, jako "niesoznatielnoho nacjonasta". Muszę również dodać, że Onichimowski nic nie wspomina w swoich obszernych wspomnieniach o podróżach mojego stryja Henryka z Otołczyc do Pińska i zdobywaniu materiałów wywiadowczych dla partyzanckich oddziałów sowieckich.

Z Leonem Onichimowskim rozmawiałem telefonicznie w roku 2005-tym. Niewiele się od niego dowiedziałem i nie chciał zupełnie nic powiedzieć na temat mojego ojca Edmunda, mimo że go usilnie o to prosiłem. Wiem, że mój ojciec nie był na Polesiu lubiany, a w latach 1942-43 gospodarował w majątku babci, Wólka Dostojewska, oddalonym o dziesięć kilometrów od Otołczyc. Mogli się więc z Leonem widywać rzadko, ale nawet o tym Leon nie chciał mi powiedzieć. Leon Onichimowski zmarł w Warszawie 27-go lutego 2008-go roku.

 

 

Zygmunt i Anna z Koźlakowskich Serdakowscy, rok 1945.

Pytania i komentarze

Rysunki, Fotografie, Uwagi

Edmund Serdakowski, rok 1915,

Edmund Serdakowski, rok 1928, w czasie kiedy się uczył w Sredniej Szkole Technicznej w Brześciu nad Bugiem.

Edmund Serdakowski, w otołczyckim parku, rok 1937.

Maria Serdakowska z Szaniawskich z małym Krzysiem (ze mną)
w Otołczycach, rok 1938.

Maria Serdakowska z Szaniawskich z małym Krzysiem (ze mną) w otołczyckim parku, w roku 1939.

Otołczyce, rok 1938.
Siedzą od lewej: niewidomy "dziadzio ksiądz" Stanisław Zawrocki - brat mojej babci Wandy i Stanisław Szaniawski - mój dziadek.
Stoją od lewej: moja mama ze mną i moja babcia - Wanda Szaniawska z Zawrockich


Polesie w Historii i Literaturze

Józef Ignacy Kraszewski w swoich podróżach, w pierwszej połowie XIX-go wieku, odwiedził również polskie Kresy Wschodnie i między innymi Polesie Pińskie.

Wspomnienia Wołynia, 
Polesia i Litwy

(...) Obszerniejsze jest daleko Polesie, niżeli ta część kraju, którą pod jego imieniem opisujemy. Jest raczej kilka jeśli nie więcej Polesiów, a historia śledząc w nich dawnej posady Jaćwieżów, Jazygów, Metanastów, getów, nie wie nawet dla rozciągłości kraju zwanego Polesiem, gdzie ich właściwie szukać. Kraj pod imieniem Polesia zwany rozciągał się od Rusi i Wołynia ku Prusom, Mazowszu i Litwie, zajmując dawne województwa podlaskie, brzeskie, nowogródzkie i ziemię chełmską. Część województwa brzeskiego zwała się długo Polesiem. Tymże imieniem zowie Kromer Podlasie dzisiejsze, a Stryjkowski mieszając Podlasie i Polesie, Wołyńskie już Polesie Podlasiem nazywa. Ziemia chełmska ma swoje Polesie od Chełma idąc ku Tatnowi. Jest także Polesie Nowogródzkie, sąsiednie Pińszczyćnie i Mozyrowi. Pińszyczyzna sama zwana jest Polesiem litewskim (...)

(...) Z tych zakonów, jak wszędzie, tak i tu najpotężniejszy był jezuicki, wielki zakon Lojoli. Ich kościoła mury ogromne i dziś jeszcze panują nad miastem, uchodzą w okolicy za cudo architektury, chociaż w istocie jest to tylko masa wielka cegieł w smaku XVIII-go wieku zrzucona. Ogrom tylko zastanawia. Ale ten zakon wszędzie, nawet w budowach swoich, cechę wyższości piętnował. Ujrzysz gdzie wielce ozdobny, duży, panujący nad wszystkimi kościół, postawiony tak, aby uwagę zwracał, nie pytaj czyj jest - pewno był jezuickim (...)

(...) W tymże kościele Jezuitów leżało ciało św. Andrzeja Boboli, które do Połocka za pozwoleniem rządu uwieźli z sobą po kasacie. Święty Andrzej Bobola urodził się w roku 1591, wstąpił do zakonu w 1611. Odprawił nowicjat w Wilnie. Teatrem jego prac apostolskich i śmierci był Janów i cały powiat piński, gdzie przez 26 lat nawracał po miastach i miasteczkach. W roku 1657, za buntów kozackich, w Janowie wszystkich katolików wycięto, w Pińsku i Nieświeżu sześciu Jezuitów zabito. Andrzej Bobola znajdował się podówczas we wsi Mohilnie pod samym Janowem, gdzie go kozactwo odprawującego mszę świętą zastało i mordersko zamęczyło (...) Ciało jego długo leżało w grobach i nie myślano o kanonizacji. Ksiądz Godebski, rektor w Pińsku, a potem biskup łucki, Aleksander Wyhowski pierwsi o tym pomyśleli (...) Proces trwał jeszcze (długo) i za Benedykta XIV-go dopiero go męczennikiem i świętym uznano. August II w roku 1726, przyciśnięty boleścią w nodze, ofiarował do jego grobu szczerozłotą nogę. Jeszcze jedno podanie z czasów budowy jezuickiego kościoła, bo gdzież, byle by ich szukać, podania się nie znajdą? Kiedyś, jak się budowało collegium, był tu laik, braciszek, jezuita świątobliwy, który wiele cudów robił, aż mu ksiądz rektor czy przez zazdrość, czy przez pokorę zakonną, nie żądającą sławy, zakazał ich więcej. Posłuszny ustał, lecz gdy raz mija fabrykę, pada z rusztowania robotnik:
- Ratujcie, ratuj! - wołają wszyscy do niego, - Ratuj!
- Nie mam na to pozwolenia - rzekł pokornie laik. - Ale czekajcie, pójdę o nie poproszę.
W istocie, gdy wymówił - czekajcie - robotnik zawisł w powietrzu i czekał aż laik powrócił od rektora z pozwoleniem uratowania go. Naówczas braciszek się pomodlił i mularz został ocalony. Czy zaś do góry powrócił, czy lekko spuścił się na ziemię, o tym już podanie wcale nie wzmiankuje (...)

(...) Kramy w Pińsku są tak zasobne, jak rzadko, galanteryjny sklep Nisiela wiele ma i wielką rozmaitość towarów. Dawnym zwyczajem wielu obywateli pobliskich ma tu swoje domy w Pińsku. Jeden z nich nawet pana Skirmunta murowany, dość piękny, a może nadto na Pińsk nawet, zdaje się jak elegant na wsi wstydzić swojej zbyt pretensjonalnej architektury przy innych domkach, które stoją bez ceremonii, jak skrzyneczki na półkach (...)

(...) Chłopi tutejsi, szczerze mówiąc, nie mają wysokiej reputacji rozumu, oni swój Pińsk, jak Chińczycy Pekin, za środek świata przywykli uważać, przez pół roku utrudnione mają zalewem związki z resztą świata, w pół dziko żyją. Sławna jest anegdota:
- A s kul czełowik? (s kul = skąd)
- Ja ne czełowik, ja Pyńczuk (...)

(...) Pospolitą chorobą, równie na Pokuciu, jest w Pińszczyźnie kołtun (plica polonica), który się też trafia u Tatarów i w Węgrzech, a nawet w Belgium i nad Renem, jeśli mamy wierzyć Bonfigliemu. Szukali w nim starzy medycy jakichś cząstek siarczanych, inni go uznali za prosty skutek nieochędóstwa (...)
Pan Narbutt cytuje piosnkę o bożku Lubiczu Lubczyku, śpiewaną niegdyś na Pińszczyźnie, którą, że się z tych stron stosuje, przywodzę:

O ty lubicu
Wwedy w łożnicu
Zapaliwszy świcu
Moju hołubicu.

Nie mogę się domyślić po co tu ta świca, bez której dość niewdzięczne twarze Pińczuków mogłyby się były obejść wybornie - widać, że rym jej koniecznie potrzebował (...)

Józef Ignacy Kraszewski
Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy
Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
Warszawa 1985


Znany na Emigracji pisarz poleski Franciszek Wysłouch, napisał kilka książek o Polesiu, które zostały wydane nakładem Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie. W książce Opowiadania Poleskie opisuje między innymi miasteczko Motol i niedaleko położone tak zwane "Niemieckie Jezioro". Majątek moich dziadków Serdakowskich, Otołczyce, był odległy zaledwie o kilkanaście kilometrów od Motola:

 
Opowiadanie Poleskie 


(...) Niemieckie jezioro? Skąd takie na Polesiu? A jednak było, i to w rejonie Motola. Ktoś może nie wiedzieć o Motolu. A właśnie w tej miejscowości urodził się pierwszy prezydent niepodległego Izraela. Jest więc również kawałkiem historii. Właśnie tam jest jezioro. Po prostu, w roku 1915 tabor niemIeckl zatrzymał się na łąkach, rozpalono ogień, gotowano a żar pozostał i tlił się aż do deszczów jesiennych. W wypalonym torfie powstało sztuczne jezioro. Myśliwi twierdzili że jest tam niewiarogodna ilość kaczek, a więc pojechałem zobaczyć jezioro i kaczki. Do Motoła jechało się zwykłym gruntowym traktem z Janowa Poleskiego, a ponieważ na całej przestrzeni nie było ani jednego kamienia, więc różnie z tą drogą bywało w porze deszczowej. Z drugiej strony miasteczka były rozlewiska Jasiołdy, i do nich można było dojechać tylko łódką, drogi gruntowej nie było. Motoł leżał na boku, mało kto go odwiedzał, ale Pińsk był uczęszczanym mIastem i turyści entuzjazmowali się widokIem z miasta na bagna rzeki Piny. Widok z Motola był podobny, a bagna były bardziej niedostępne niż w Pińsku. W rzeczywistości bagna te, mimo że niezamieszkałe, składały się w większości z dość suchych łąk które koszono i które pozwalały na wypas dużej ilości bydła. Motol był jednym z głównych eksporterów żywca, i handel z nim stanowił podstawę bytu mieszkańców. Jasiołda, mImo że już szeroka i głęboka w tym rejonie,
była wyzyskiwana tylko jako arteria komunikacyjna dla przewozu siana na łodziach, bydła na sprzedaż oraz dla połowu ryb. Ryb jednak nie wywożono ponieważ większe połowy sieciami były tu niemożliwe. Na miejscu ryby stanowiły zasadniczą podsatawę wyżywienia ludności: były tanie i było ich zawsze dużo. W mieście nie było nic ciekawego do oglądania: cerkiew, synagoga, poczta, urząd gminny, no i "Krawiec Londyński". Poczciwy miejscowy krawiec oczywiście nigdy w Londynie nie był, ale ambasador Konstanty Skirmunt tylko u tego krawca robił swoje ubrania, w których paradował na dworze królewskim w Londynie, a więc i dostawca ubrań czuł się w obowiązku ozdobić swój warsztat odpowiednim szyldem "Krawiec Londyński". Zdziwiłem się jednak gdy zobaczyłem u niego próbki i oryginalne materiały angielskie. Umiał on wykorzystać pobyt swego sąsiada z Mołodowa w stolicy Anglii. Po obejrzeniu głównej ulicy miasta schodziło się nad niewielkie jeziorko utworzone tu przez zalew Jasiołdy. Widziało się tam sporo łódek rybackich wyciągniętych na piasek oraz stada swojskich gęsi na wodzie między pływającymi patykami, którymi młodzież straszyła poważne ptaki (pewnie robił to kiedyś i sławny profesor a później prezydent). Wieczorem przy zachodzie słońca obowiązywało słuchanie koncertu żab poleskich.Trzeba było go wysłuchać bo rybacy godzili się wyjeżdżać na rzekę tylko późnym wieczorem, a cóż można było robić więcej w Motolu. Zresztą łódkę do drogi należało dobrze przygotować bo do Niemieckiego Jeziora płynęło się całą noc (...)

Franciszek Wysłouch
Opowiadania Poleskie
Polska Fundacja Kulturalna
Londyn 1968

 Początek strony


Poleskie Przysłowia Ludowe

Przeglądając książki i materiały dotyczące Polesia, wynotowałem kilkanaście poleskich przysłów ludowych. Niektóre z nich słyszałem powtarzane przez mojego ojca, Edmunda:

Haruj neboże, Boh dopomoże,

Jak pyweń napietsa na Hromnicy wody, to na Juria najystsa wół trawy,

Na weśni i kaczka - praczka,

Chto koho lubyt´, toj toho czubyt´,

Chto pytaje, toj ne błudyt´,

Jidesz na deń, a chliba bery na nedilu,

Chto miłczyt´, toj trech nauczyt´,

Durnoho i w cerkwi bjut´,

Hołyj rozboju ne boitsa,

Toj dureń chto woły pohubyw,

Wełykyj do neba, a durnyj jak treba,

Koły lubysz kołaczy, to ne sydy na peczy.

 Początek strony


 

Rybacy z Polesia. Z tylnej okładki albumu
Polesie ocalić od zapomnienia
Wydanego przez:
Towarzystwo Miłośników Wołynia i Polesia
i przez:
Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej
Lublin 1998

Wieśniak z Polesia (okolice Hruszowej), fotografował Siemion Szyszko, ze zbiorów B. Arciszewskiej. Album:
Polesie ocalić od zapomnienia
Lublin 1998

Rodzina chłopa poleskiego "tutejszego".
Fotografował J. Szymańczyk, z jego zbiorów, okres międzywojenny. Album: Polesie ocalić od zapomnienia
Lublin 1998

Rodzina Serdakowskich przy stole w Otołczycach, rok prawdopodobnie 1938, od lewej: Edmund, Zygmunt, Maria z Szaniawskich, Anna z Koźlakowskich, oraz Henryk.

Edmund Serdakowski, Pińsk, rok 1941.

Henryk Serdakowski, Pińsk, rok 1942.

Strona nr 40 Wspomnień Leona Onichimowskiego, wielokrotnie cytowanych w tekście z lewej.

Pierwsza strona książki sowieckiego partyzanckego komisarza, Wasilija Cwietkowa, operującego w czasie II-giej Wojny w okolicach Pińska i Otołczyc i współpracującego z polskimi partyzantami.

Fotografia Leona Onichimowskiego zamieszczona w książce Wasilija Cwietkowa.

Fotografie Mieczysława Juchniewicza i jego żony Wandy z Lach-Szyrmów, zamieszczone w książce Wasilija Cwietkowa.