Stefankowe Siedlisko

Romans Wygnańca

(Część pierwsza)

Rozdział IV

Powrót Wygnańca (poczatek strony)

Od omawianych w poprzednim rozdziale wydarzeń upłynęło dziesięć lat. Stepowa osada prawie się nie zmieniła, jedynie upływający czas odcisnął swoje piętno na twarzach jej mieszkańców, a niektórzy odeszli już w zaświaty na wieczne łowy. Co bardziej wojowniczy janczarzy, za zgodą swojego baszy, przenieśli się do innych ord.

Przy jurcie wodza krzątał się jak zwykle wierny sługa Batman, dbający o każdy szczegół, oraz sam basza, na obliczu którego również widać było wyraźny upływ czasu. Włosy i broda pokryły się siwizną i tylko sylwetka pozostała jak dawniej, wyniosła i wyprostowana.

Życie w osadzie było teraz wyłącznie osiadłe i pasterskie. Mężczyźni nie nosili nawet przy sobie broni; już dawno minęły czasy wojowniczych wypraw ordy na północne rubieże. Od kiedy basza poprosił Sułtana o zwolnienie jego i drużyny z uczestnictwa w wojnach,  nie udano się już na żadną wyprawę. Janczarska osada przekształciła się w pasterską.

Sam basza kilkakrotnie opuszczał osadę udając się na wyprawy kupieckie na północ, wioząc skóry i perskie tkaniny. Głównym celem tych wypraw było przywiezienie potrzebnych dla żony ubiorów i innych niezbędnych w domu sprzętów. W czasie tych wypraw docierał nawet do Kijowa i na Podole, nawiązując szereg znajomości wśród lechickich wielmożów. Starał się również dyskretnie zebrać wiadomości o miejscu urodzenia i rodzinie swojej żony. Dwukrotnie też zabierał ze sobą dorastającego już syna, ażeby pokazać mu daleki a nieznany jeszcze dla niego kraj rodzinny jego matki.

Było piękne stepowe lato. Na odległych, ogrodzonych pastwiskach widać było pasące się bydło, owce i konie, zwierzęta zazwyczaj hodowane na tatarskich stepach. Zasłona wejściowa do okazałej jurty, przy której krzątał się były naczelnik, była lekko uchylona, zapewne dla wpuszczenia słonecznego ciepła. W jej środku, na posłaniu wymoszczonym baranimi skórami i futrami, spoczywała kobieta w bogatym stroju. Twarz jej była blada i wymizerowana a w rysach odbijały się cierpienia spowodowane chorobą. Należało przypuszczać, że dla delikatnej kobiety z północnego kraju, zarówno ciężkie przeżycia, jak i suchy stepowy klimat doprowadziły do utraty kruchego zdrowia.

Przy jej posłaniu siedział młodzian o długich jasnych włosach i wpatrywał się w mizerną twarz. Kobieta otworzyła oczy i spojrzała na syna. Twarz jej ożywiła się a na ustach ukazał się lekki uśmiech. Chwilę wpatrywali się w siebie uważnie a po chwili młodzian wziął leżącą na futrze dłoń kobiety i pochylając się ucałował ją z szacunkiem i synowską miłością. Podnosząc głowę rzekł do matki:

-        Droga mamo, widać że czujesz się dziś lepiej. Zapewne niebawem wyzdrowiejesz i znowu będziemy mogli razem wyjść na zewnątrz jurty,  żebyś mogła zobaczyć jak wygląda nasza osada oblana letnim słońcem. Chorujesz już od wiosny i czas żebyś wyzdrowiała.

Podczas gdy młodzieniec wypowiadał te słowa, przez twarz leżącej na futrzanym posłaniu kobiety przeleciał jakby cień smutku i spoglądając głęboko w oczy syna, powiedziała cichym głosem:

-        Synku mój, mój Bolusiu, wydaje mi się iż Pan nasz w niebiosach – o którym ci tyle opowiadałam – chce mnie już wezwać do siebie. Jednakże zanim to się stanie chciałabym cię prosić ażebyś nigdy nie zapomniał tego co ci powiem. Ty, mimo że urodziłeś się na tych stepach, nie jesteś tu u siebie! Twój Kraj i twoja Ojczyzna jest tam, hen daleko na północ i tam też powrócisz zamiast mnie. Nie było dane wrócić tam mnie, ale ty mój synku musisz to uczynić! Pamiętaj, nie pojedziesz tam, ale wrócisz, bo ty jesteś częścią mojego życia i to będzie tak jakbym ja wróciła do mojego kraju, za którym tęskniłam skrycie przez tyle lat. Moja dusza będzie ci towarzyszyć przez cały czas i będę cię chronić przez wszelkim złem. Bądź człowiekiem prawym i sprawiedliwym, a dobry Bóg, którego poznałeś z moich opowiadań, nie opuści cię ani przez chwilę i zawsze będzie cię wspomagał w twoim życiu.

Mówiąc te słowa, kobieta zdjęła ze swojej szyi złoty łańcuszek z krzyżykiem i medalionem i sięgając głowy syna zawiesiła mu go na szyi. Syn z głęboką czcią pochylił głowę i ucałował zawieszającą mu łańcuszek dłoń. Następnie, nie zdejmując talizmanu, wziął go w rękę i spojrzawszy nań z wielkim namaszczeniem, schował go za koszulę na swojej piersi. Wtedy matka powiedziała:

-        Ten krzyżyk jest symbolem wiary w Boga o którym ci opowiadałam tyle razy. Symbol ten otworzy ci wiele dróg, drzwi, a może też wiele ludzkich serc w tym dalekim, północnym kraju. W medalionie znajdziesz informacje dotyczące mojego pochodzenia i być może pomoże ci on w życiu. Lecz pamiętaj, że otworzyć go możesz dopiero po mojej śmierci! Nie wolno ci zajrzeć do niego wcześniej!

Syn, ponownie całując dłoń matki, powiedział:

-        Mamo, chciałbym żebym jak najdłużej nie mógł otworzyć tego medalionu. Ty musisz jeszcze być zdrowa i zostać z nami!

Matka, uśmiechając się smutno, odpowiedziała cichutko, jakby sama do siebie:

-        Wszystko jest w ręku naszego Stwórcy, którego symbol zawiesiłam ci na szyi, ale czuję iż nadszedł już czas odejścia z tego świata…

To mówiąc przymknęła lekko oczy zdając się być zmęczona rozmową z synem. Młodzieniec widząc że matka usnęła, podniósł się ze swojego miejsca i wyszedłszy na zewnątrz jurty zbliżył się do ojca krzątającego się przy ogrodzeniu. Basza widząc nadchodzącego syna zapytał:

-        Jak tam czuję się dziś nasza droga chora, czy śpi nadal?

-        Tak ojcze. Obecnie znów usnęła po rozmowie ze mną, ale obawiam się że jest coraz słabsza.

Basza nic nie odpowiedział, ale widać było smutek na jego zatroskanym obliczu. Przez głowę przelatywały mu burzliwe myśli: że dzieje się coś, czego on, przy całej swojej sile i władzy, nie jest w stanie ani zatrzymać, ani odwrócić. Wiele by dał za to żeby czas się cofnął, przynajmniej o dwadzieścia lat. Spojrzał na syna i westchnął ciężko: "tak, tak, wszystko na tym świecie jest zmienne i przemijające", mruknął do siebie z głębokim żalem.

Jakoż istotnie po kilku dniach wspaniała dusza kobiety o wielkim sercu uleciała ku niebiosom na spotkanie ze Stwórcą całego Wszechświata. Była szczerze opłakiwana, nie tylko przez syna i męża, ale również przez wszystkich mieszkańców stepowej osady. Wszyscy stracili kogoś kogo znali i darzyli wielkim szacunkiem. Sułtanka Laura – jak ją tu wszyscy nazywali – uważana była za osobę do której zawsze się można było zwrócić o pomoc czy radę. Ktokolwiek się do niej o cokolwiek zwrócił, nigdy nie został odtrącony; potrzebujący zawsze otrzymywali pomoc i wsparcie. Dlatego też jej śmierć dotknęła wszystkich, nawet tych najbardziej zatwardziałych stepowych wojowników. Wszyscy głęboko współczuli wodzowi jego wielkiej życiowej straty. Sułtanka Laura spoczęła na podgórskim płaskowyżu, miejscu pochówku miejscowej ludności, a syn umieścił na jej mogile drewniany krzyż, wykonany na wzór tego jaki otrzymał od matki ze złotym łańcuszkiem.

Po powrocie do jurty zdjął z szyi złoty łańcuszek, otworzył misterne zapięcie medalionu i zajrzał ciekawie do jego wnętrza. Na jednej z połówek zobaczył miniaturki kobiety i mężczyzny. Na pierwszy rzut oka widać było, że kobieta – o pięknym obliczu i jasnych włosach – była bardzo podobna do jego matki, a postawny mężczyzna patrzył na niego mądrym i przenikliwym spojrzeniem. U dołu podobizn widniał napis następującej treści: "Księżna i Książe Zieleńscy Marta i Karol Polonae". Na drugiej połówce widniała miniaturka dziewczęcia o jasnym warkoczu i z uśmiechem na ustach a u dołu napis: "Laura Anno Domini MDCXX - Zieleńce".

Młodzieniec długo przyglądał się otwartemu medalionowi, przenosząc wzrok z jednej połówki na drugą i odwrotnie, aż wreszcie zrozumiał, że na jednej widnieją miniatury rodziców jego matki a na drugiej miniaturka jej samej z czasów beztroskiego dzieciństwa. W ten sposób, nie wypuszczając medalionu z ręki, młodzieniec spędził bezsennie całą noc. Jego ojciec nie przeszkadzał mu w rozmyślaniach udając się na spoczynek. Widząc medalion w ręku syna zrozumiał wszystko. Znał ten medalion bardzo dobrze i wiedział co zawiera. Domyślał się też trwającej rozterki w duszy syna.

O pierwszym brzasku wstającego dnia, obudził się stary basza i zobaczył syna siedzącego na tym samym co wieczorem miejscu. Stwierdziwszy że ojciec już nie śpi, młodzieniec wstał i zbliżając się do starego baszy rzekł powoli:

-        Ojcze, przemyślałem wszystko i postanowiłem zgodnie z wolą mojej matki wyruszyć na północ, do dalekiego Lechistanu i tam osiąść na stałe. Czy pozwolisz mi na to?

Nastała chwila milczenia, po której odezwał się stary basza:

-        Drogi synu mój, nigdy się nie sprzeciwię jeżeli zechcesz tak postąpić. Uszanuję twoją wolę tak jak szanowałem zawsze wolę twojej matki. Wiem, że jeżeli tak postąpisz to będzie to zgodne z jej wolą. Duch twojej matki będzie cię wiódł po dalekich drogach, a jej Bóstwa będą się tobą opiekowały. Lecz synu mój, nie możesz tam wyruszyć sam! Nie znając tamtego kraju ani jego obyczajów, będziesz narażony na wiele niebezpieczeństw i nieufności. Dlatego też najpierw ja podejmę pewne kroki, ażeby przygotować godne twemu stanowi przyjęcie. Twoja matka była lechicką księżniczką i ty też powinieneś mieć godne przyjęcie w jej rodzinnym kraju. Z czasów moich wypraw kupieckich znam kilku wielmożów w Kijowie, więc najpierw do nich wyślę moich posłów z odpowiednimi pismami. Mniemam że ci wielmoże uzyskają od Wojewody kijowskiego glejt i żelazne listy dla ciebie. Dopiero potem zaopatrzę cię w odpowiednie środki, wierną drużynę i wyprawię w daleki świat.

Jak powiedział stary basza, tak też niezwłocznie uczynił. Dobrał kilkunastu odpowiednich ludzi i polecił im szykować kupiecki tabor i przygotowywać się do podróży. Sam zaś zasiadł do przygotowania odpowiednich pism do znajomych kijowskich wielmożów.

Następnego dnia o brzasku, wręczając swoim wiernym kamratom owe listy, wyprawił ich w drogę. Będąc pewnym pomyślnego rezultatu ich misji, rozpoczął przygotowania do wyjazdu syna. Wyciągnął spod kożuchów pokaźną szkatułę pełną złotych monet i drugą, podobną, pełną szlachetnych kamieni i różnej biżuterii. Z jednej i drugiej wyjął sporą część ich zawartości i przełożył do przygotowanego kupieckiego trzosu, a ów trzos włożył do specjalnej podróżnej sakwy. Następnie wyjął, także spod skór baranich, spore zawiniątko i pusty pugilares i przełożył znaczną część pieniężnych banknotów z zawiniątka do pugilaresu, który następnie także włożył do podróżnej sakwy. Skończywszy te czynności, zawiązał sakwę rzemieniem i położył ją na posłaniu syna.

Wyjrzawszy na zewnątrz, zobaczył syna stojącego przy kupieckim wozie i zawołał go do siebie. Kiedy obaj weszli ponownie do jurty, wskazał przygotowaną sakwę podróżną i rzekł:

-        Synu mój, przygotowałem ci tu tę sakwę której musisz chronić jak oka w głowie. Znajdziesz w niej wszystko co będzie ci potrzebne do urządzenia się i rozpoczęcia nowego życia w tym dalekim i wielkim kraju, który znasz już trochę z podróży kupieckich. Wiesz więc zatem, jak wielką wagę przywiązują tam ludzie do złota, szlachetnych kamieni i pieniędzy. Za te rzeczy możesz otrzymać wszystko czego zapragniesz. Daję ci synu większą część dóbr które posiadam, ażeby służyły ci kiedy będą potrzebne. Mnie, w moim tutejszym życiu, nie są one wielce przydatne.

Mówiąc to wręczył synowi zawiązaną sakwę podróżną. Syn przyjął ją z pokorą i głęboką wdzięcznością i położył obok – już uprzednio przygotowanego – wykwintnego szlacheckiego ubioru. Po czym obaj wyszli na zewnątrz jurty i dołączyli do krzątającego się jak zwykle w obejściu wiernego Batmana. Basza zwracając się do niego powiedział ze wzruszeniem:

-        Drogi i wierny mój przyjacielu, chciałbym żebyś się również szykował do drogi. Moją wolą jest, ażebyś tak jak byłeś mi przyjacielem i druhem, był nim również dla mojego syna. Musisz go chronić przed wszelkimi niebezpieczeństwami i wspierać mądrymi radami. Słowem, bądź dla niego takim przyjacielem jakim byłeś dla mnie i chociaż będzie mi ciebie tu bardzo brak, to mniemam że tam będziesz bardziej przydatny.

Wierny sługa i przyjaciel uśmiechnął się serdecznie i ochoczo odpowiedział:

-        Chanie, czekałem aż mi to powiesz i z radością będę towarzyszył młodemu panu. Będę dla niego zawsze radą i pomocą. Jeśli pozwolisz panie, pójdę teraz przygotowywać się do podróży.

Od wyjazdu  posłańców baszy minęły trzy tygodnie. Zbliżała się pełnia lata i nagle, pewnego popołudnia, zauważono w osadzie obłoczek kurzu zbliżający się od północy. Natychmiast powiadomiono o tym baszę, który niezwłocznie wyszedł z jurty i przyglądał się szybko powiększającemu się obłoczkowi. Wnet też dojrzano zbliżające się konie i wozy. Był to poczet kupiecki wysłanych przez baszę posłańców.

Podróżni wyglądali na zmęczonych i mocno zdrożonych, ale ich twarze wyrażały zadowolenie i radość z dobrze wypełnionej misji. Jakoż rzeczywiście okazało się, że posłańcy wywiązali się z zadania zgodnie z wolą naczelnika. Po wstępnych powitaniach, przywódca kupców wyciągnął z sakwy kopertę i wręczył ją baszy z następującymi słowami:

-        Panie, zgodnie z twoją wolą, oto są pisma i glejt Wojewody kijowskiego. Panowie wielmoże, którym  przekazaliśmy twoje panie pisma, uzyskali od Wojewody wszystko o co ich prosiłeś. Byli dla nas bardzo gościnni i życzliwi. Jeden z nich gościł nas przez cały czas naszego pobytu w Kijowie na swoim dworze. Chętnie by widzieli u siebie również ciebie panie, o czym zresztą zapewne napisali.

Basza z powagą podziękował posłom za wypełnienie polecenia i przyjąwszy podaną mu kopertę, wszedł do wnętrza jurty. Przybyłymi natomiast posłami i wozami zajął się już Batman i inni kamraci. Po otrzymaniu dokumentów od Wojewody kijowskiego, przygotowania młodego baszy do podróży ruszyły z impetem. Krzątanina trwała przez kilka dni, aż wreszcie, któregoś popołudnia stary basza zarządził wyruszenie wyprawy na następny dzień. Ostatnią noc przed wyjazdem syna, stary basza spędził prawie bezsennie, syn natomiast wydawał się spać snem sprawiedliwego.

Jednakże sen jego nie był spokojny. Wzdychał, mruczał przez sen, przewracał się z boku na bok. Widocznie śniła mu się daleka wyprawa i wydarzenia które miały nastąpić. Leżąc bezsennie, stary basza słyszał nierówny sen syna. Żal mu było rozstawać się z chłopcem ale szanował jego wolę, a przede wszystkim wolę nieżyjącej małżonki. Z nastaniem świtu obudził syna i z ciężkim sercem przystąpił do ostatnich przygotowań do podróży.

Niebawem przed jurtę wyszedł młodzieniec słusznego wzrostu, ubrany w najprzedniejszy ubiór szlachecki i skierował się ku szykującemu się do podróży taborowi. Nieopodal wozów kupieckich gotów był już do wymarszu spory oddział jazdy. Jeźdźcy ubrani byli także w szlacheckie stroje i przypominali poczet książęcej jazdy. Do młodego panicza podprowadzono rączego, bogato siodłanego konia, a jego towarzysze podróży zaczęli wsiadać na konie i wozy. Młodzieniec uściskał ojca, poczym zgrabnie wskoczył na siodło i dając znak orszakowi, ruszył w kierunku północnego szlaku. Oddział jazdy, na którego czele jechał wierny Batman, ruszył za nim, a na końcu potoczyły się wyładowane wozy. Wkrótce zniknęli z oczu starego baszy i zgromadzonych na placu mieszkańców stepowej tatarskiej osady.

* * *

Zajmiemy się teraz wyłącznie losami młodzieńca jadącego w nieznane na czele swojej licznej karawany. Po trzech dniach podróży, przerywanej licznymi odpoczynkami i popasami, kupiecka karawana stanęła na rogatkach Kijowa. Poczet zatrzymał się na postój w zajeździe na podgrodziu, gdzie zostali przyjęci jako – często tu bywający – perscy kupcy i jedynie ich przywódca, elegancki młody szlachcic, wzbudzał większe zainteresowanie.

Właściciel karczmy starał się wybadać, pośród załogi karawany, kto zacz za jeden jest ów młodzian, który wydawał się być przywódcą kupieckiego taboru. Słysząc te indagacje, jak zwykle czujny i przebiegły Batman, wyjaśnił karczmarzowi, że ich przywódca jest wołyńskim szlachcicem osiadłym w Persji jako bogaty kupiec. Wnet fama ta obiegła wszystkie miejscowe szynki i zajazdy, a ich właściciele zaczęli zabiegać o zakwaterowanie ludzi z drużyny tak znacznego i bogatego kupca. Tymczasem towarzysze młodego szlachcica (tak go już teraz będziemy go nazywać), nie tracąc czasu, rozpoczęli transakcje kupieckie, proponując do sprzedania: futra, skóry oraz perskie tkaniny i dywany.

Należy tu nadmienić, że stary basza, dobierając członków do pocztu syna, wybrał ludzi którzy towarzyszyli mu kiedyś w kupieckich wyprawach i znających dobrze kupieckie rzemiosło, a więc poczet młodego szlachcica sprawiał wrażenie rzeczywistej kupieckiej karawany, a sam szlachcic uznany został za wybitnego, bogatego i wziętego kupca, o względy którego zaczęli zabiegać najwięksi i najbogatsi wielmoże kijowskiego grodu. Młody szlachcic wprawiał się w rzemiośle kupieckim i nawiązywał kontakty prowadząc rozległe życie towarzyskie, także wieść o nim dotarła również do samego księcia Wojewody.

Pewnego dnia, do oberży w której mieszkał młody szlachcic, przybył posłaniec Wojewody z zaproszeniem na zamek. Wówczas to młody basza uznał że nadszedł czas ujawnienia glejtu pana Wojewody. Wyciągnął przekazane mu przez ojca dokumenty, ubrał się szykownie i zabierając ze sobą Batmana, udał się na zamek Księcia. Przybywszy, oznajmił że jest kupcem zaproszonym przez Pana Wojewodę i natychmiast został wprowadzony na komnaty, gdzie przyjął go sam kijowski Książe. Młody szlachcic powitał Księcia eleganckim ukłonem, poczym wręczył mu jako podarunek misterne puzderko z drogocennym opalem. Pokazał też książęcy glejt, co wyraźnie zaskoczyło gospodarza. Książe przyjrzał się bystro młodzieńcowi i rzekł zbliżając się do niego:

-        Ach, więc to waszmość jesteś tym tureckim hetmanem, o którym mi już tyle opowiadał Starosta kijowski i Hetman koronny. Znam waszmości z opowiadania wielu znamienitych ludzi naszego grodu. Wszyscy oni gorąco mi waszmości polecali, twierdząc iż jesteś prawym człowiekiem i chcesz służyć Koronie polskiej. Na Turka to mi waszmość nie wyglądasz, ale skoro chcesz służyć Koronie i jesteś znamienitego rodu, zatem mianuję cię hetmanem zaciężnej chorągwi. Zaś wiem też, że i swoją masz liczną drużynę więc i ją przyjmuję na służbę.

To powiedziawszy, Książe podszedł do stołu, wybrał jeden z leżących tam pergaminów i chwilę go studiując, rzekł:

-        Napisano mi tu w opiniach polecających, iż jesteś waść ze szlacheckiego rodu, nazywasz się Osman Stępowski i podobno jesteś potomkiem polskiej książęcej krwi, ale urodziłeś się w Persji. Tak tu wszystko stoi napisane w przekazanych przez Hetmana koronnego pismach, a ja nie mam potrzeby wcale w takie opinie wątpić i Korona nie odrzuca ludzi chcących jej wiernie służyć. Ponadto jesteś także jakby powracającym na swoją ziemię wygnańcem. Zatem od dziś, jesteś waszmość Hetmanem polnym i masz prawo wstępu na zamek w każdej chwili. Każę wystawić i doręczyć waści stosowne dokumenty a od jutra zapoznasz się waść ze swą chorągwią.

Po tych słowach, Książe skinął ręką na pożegnanie, dając znak że audiencja jest zakończona. Młodzieniec skłonił głowę i opuścił komnaty zamku. Był bardzo zadowolony z osiągnięcia tak zaszczytnego tytułu. Radości nie ukrywał też wiernie towarzyszący mu Batman.

Tak rozpoczęła się służba młodego hetmana w ojczyźnie jego matki. Rozpoczęła się normalna wojskowa służba. Karawana kupców przekształciła się w karną i zdyscyplinowaną drużynę. Za młodego hetmana, którego między sobą nazywali chanem baszą, jego ludzie gotowi byli iść w każdy bój, a nawet bez wahania oddać życie.

Rozdział V

Zauroczenie (początek strony)

Tak więc zaczęła się nowa, nieznana mu przygoda. Osman miał teraz bardzo dużo zajęć, takich jak: zapoznanie się z przydzieloną mu chorągwią, przegląd jej stanu, uzupełnianie wyposażeń, musztry wojskowe i wiele innych. Na tych czynnościach upłynęło mu prawie pół roku.

Książe Wojewoda często wizytował chorągiew młodego hetmana i był bardzo zadowolony z jej stanu i dyscypliny. Tak więc hetman Osman – jak go nazywano w chorągwi – zyskiwał, mimo młodego wieku, coraz większe uznanie, zarówno przełożonych i rycerstwa, jak i wśród miejscowej szlachty. Kijowscy wielmoże coraz bardziej zabiegali o jego względy, przyjmując go i goszcząc chętnie w swoich dworach i pałacach. Niejedna też szlachcianka wzdychała głęboko na jego widok.

Pomimo tych sukcesów, Osman zachował powagę i umiarkowanie w obcowaniu z wielmożami i niewiastami. Niejednokrotnie wieczorem, w swojej komnacie którą dzielił z Batmanem, wyjmował z zanadrza medalion i otwierając go wpatrywał się godzinami w znajdujące się tam wizerunki, przypominając sobie wszystko co kiedykolwiek usłyszał od swojej drogiej matki. Jego wierny sługa, widząc te chwile zadumy swojego pana, starał się zachowywać cicho i nie przeszkadzać mu w rozmyślaniach.

Wreszcie któregoś dnia, po kolejnym rozmyślaniu i odczytywaniu napisu znajdującego się w medalionie, podjął decyzję że nadszedł już czas aby odszukać rodzinne strony matki. Nazajutrz udał się do wojewody przedkładając mu prośbę o udzielenie czasowego zwolnienia, ponieważ chce się udać na Wołyń w rodzinnych interesach. Wojewoda, upewniwszy się że w Kijowie nie ma teraz dla hetmana wielce pilnych zajęć, chętnie przystał na jego prośbę, udzielając mu trzymiesięcznego zwolnienia ze służby. Nie zwlekając Osman rozpoczął przygotowania do wyjazdu. Kazał przygotować najprzedniejsze konie, rycerską zbroję i zabierając ze sobą Batmana oraz kilkunastu zbrojnych ludzi, wyruszył niebawem z Kijowa ku ziemi wołyńskiej.

Przed wieczorem poczet dotarł do miasta Żytomierz. Tu też niezwłocznie zatrzymano się na popas i nocleg. O wszystko jak zawsze zadbał zapobiegliwy Batman, wynajmując w oberży na rogatkach miasta stajnie dla koni i noclegi dla ludzi. Po wieczerzy, jak to było ostatnio w jego zwyczaju, Osman wyjął medalion i otwierając go przyjrzał się jego wnętrzu. Jego uwagę przykuł tym razem napis ²Zieleńce² umieszczony pod miniaturką matki. Nagle zaświtała mu w głowie myśl, że to jest zapewne nazwa miejscowości z której pochodziła. Ukrył na piersiach medalion i kazał Batmanowi udać się do szynku i rozpytać karczmarza o miejscowość Zieleńce. Zamawiając sobie kufel przedniego miodu, stary wiarus, niby od niechcenia zapytał karczmarza czy zna miejscowość Zieleńce. Karczmarz odrzekł twierdząco, dodając że jest to sąsiedni grodek, do którego jest najwyżej cztery godziny drogi. Z tą wiadomością powrócił Batman do swojego pana, który ucieszywszy się bardzo oznajmił że nazajutrz wyruszają do owego miasta.

Uzyskawszy tak ważną informację Osman nie mógł spokojnie zasnąć w nocy. Z pierwszym brzaskiem zerwał się z pościeli i budząc Batmana kazał szykować poczet do drogi. Jakoż wnet wyruszyli i jeszcze przed południem stanęli na rogatkach grodu nazywającego się Zieleńce. Zaraz też znaleźli miejscową oberżę i pod pozorem spożycia południowego posiłku stanęli na popas.

Opatrzywszy konie na placu przy karczmie weszli do jej wnętrza. Wewnątrz, stojąca przy dużym drewnianym szynkwasie, młoda szynkarka bystrym i ciekawym spojrzeniem obrzuciła wchodzących rycerzy. Przybysze zajęli miejsca przy dużym stole a Batman podszedł do szynkwasu zamawiając kufle przedniego miodu. Kolejno przenosił do stołu, przy którym siedzieli kamraci, podawane mu przez dziewoję szklanice.

Zaczęli sączyć złoty miód rozglądając się ciekawie po izbie i obserwując siedzących przy sąsiednich stołach szlachciców. Sami zaś, widocznie obco wyglądający, też byli przedmiotem zainteresowania, zarówno personelu karczmy jak i znajdujących się w niej gości. Zarówno sam Osman jak i jego towarzysze wyglądali bogato i okazale, to też od razu uznano ich za znamienitych gości i traktowano z respektem i szacunkiem. Wkrótce karczmę obiegła wieść – uzyskana zapewne od jednego z towarzyszy Osmana , że jest to Hetman polny Księcia Wojewody ze swoją drużyną, także wzrosło jeszcze zainteresowanie przybyszami. Osman postanowił zatrzymać się w tym zajeździe na dłużej, przede wszystkim w celu bliższego poznania grodu, a także dla zebrania informacji dotyczących rodziny jego matki.

Przez kilka dni drużyna Osmana spędzała czas w karczmie na piciu miodu i piwa oraz prowadzeniu rozmów towarzyskich. Sam Osman – w towarzystwie Batmana – włóczył się jakby od niechcenia po uliczkach i zaułkach cichego grodu, lecz nigdzie nie mógł uzyskać nawet najmniejszej informacji o Zieleńskich i zasępiony srodze wrócił do oberży. Siedząc przy kubku miodu wyglądał na bardzo przygnębionego, gdy nagle wkroczył do szynku, w asyście dwóch szlachciców, jegomość z sumiastym wąsem i zamówiwszy sobie u szynkarki kubek miodu zbliżył się do stołu przy którym siedział Osman. Zwracając się do niego z szerokim uśmiechem odezwał się tubalnym głosem:

-        Witam waszmości, jestem starosta grodu, a waść zaś jesteś niechybnie owym Hetmanem polnym Księcia Wojewody, o którym słyszałem iż zawitałeś w odwiedziny do naszego grodu. Rad jestem waszmości poznać.

Osman podniósł się z ławy, oddał ukłon i odpowiedział grzecznie:

-        W istocie, jestem Hetmanem polnym księcia Wojewody i także jestem bardzo rad z poznania waszmości Pana Starosty. Jestem tu w grodzie przejazdem a zatrzymałem się dla zebrania pewnych wiadomości.

Starosta popijając miód z kubka zwrócił się do hetmana mówiąc:

-        A zatem skoro już poznaliśmy się, zapraszam waszmości do odwiedzenia mojego domu. Rad będę przyjąć w gościnę waszmość Hetmana w moim skromnym domostwie. Także moja rodzina będzie wielce kontentna zaszczytem jakim będą odwiedziny waszmości. Może też być iż będę w stanie udzielić wiadomości, których waść szukasz.

Osman chwilę się zastanawiał, po czym bardzo grzecznie odrzekł:

-        Dziękuję waszmości za zaproszenie mnie do siebie. Poczytuję to sobie za zaszczyt i nie omieszkam zgłosić się jutro w godzinie południowej. Chętnie poznam bliżej waści i jego rodzinę.

Starosta dopił złoty miód z kubka, otarł wierzchem dłoni sumiaste wąsy i uśmiechając się szeroko powiedział:

-        Zatem ustaliliśmy. Jestem rad ogromnie i oczekuję waści jutro. A teraz czas już na mnie, bo obowiązki Starosty czekają załatwienia.

To mówiąc skłonił się szarmancko hetmanowi i opuścił gospodę. W ten sposób młody hetman zaczął poznawać nowych, wpływowych ludzi i jak się później okaże, będzie to znajomość mająca wielkie znaczenie dla przyszłości młodego człowieka. Z nastaniem wieczoru Osman omówił z Batmanem przygotowania do jutrzejszej wizyty na dworze grodzkiego starosty po czym udali się na spoczynek.

Następnego dnia młody panicz ubrał się wyszukanie a z sakwy podróżnej wyjął kilka klejnotów umieszczając je w trzosie przypiętym do pasa. Precjoza te zabierał ze sobą jako ewentualne prezenty dla członków rodziny starosty, aczkolwiek nie znał jeszcze nikogo poza nim samym. Kiedy słońce zaczęło się zbliżać ku południu, Osman z Batmanem udali się na dwór grodzkiego starosty, gdzie zostali natychmiast wprowadzeni na komnaty. Wnet też zjawił się sam gospodarz i witając gości ukłonem powiedział:

-        Rad jestem niezmiernie, iż mogę powitać waszmość pana Hetmana w moich niskich progach. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt, iż tak znamienity gość raczył przybyć do mojego dworu. Bardzo się z tego cieszę a także moja jejmość małżonka i moja latorośl córka będą rade poznać waszmość pana. Wnet też zasiądziemy do obiadu i przedstawię Ci Panie moje białogłowy. Tymczasem  usiądźmy przy stoliku porozmawiać i napić się tureckiego czaju.

To mówiąc, starosta podprowadził gości do rogu komnaty gdzie się znajdował stylizowany stolik i zaprosił przybyłych do zajęcia miejsc na wygodnej wiedeńskiej otomanie. Zanim goście usiedli, otworzyły się boczne drzwi i weszło kilkoro służby stawiając na stół zastawę do herbaty i owoce; wniesiono też misterny samowar do parzenia wschodnich herbat. Po zajęciu miejsc przez gości i gospodarza, jeden z usługujących szybko i sprawnie zaczął nalewać herbatę i stawiać kubki na stoliku. Po pierwszym łyku aromatycznego napoju gospodarz zagaił rozmowę:

-        Słyszałem że waszmość odwiedziłeś nasz gród z rekonesansem. Być może będę w stanie pomóc w czymś waści, tedy chętnie służę pomocą.

Osman, po krótkim zastanowieniu, postanowił nie zdradzać od razu swojej tożsamości, jedynie w zręcznej rozmowie uzyskać potrzebne mu informacje. Po wypiciu łyku herbaty i odstawieniu kubka zaczął mówić:

-        Istotnie Mości Starosto, chcę poszukać dawnych śladów i dawnych znajomości. Otóż mój ojciec – który był znamienitym kupcem – będąc przed wieloma laty w podróży właśnie w tym grodzie, nawiązał serdeczną przyjaźń z rodziną Książęcą. Opowiadał mi wiele o ich gościnności i uprzejmości. Przyjaźń ta pozostała na zawsze w jego sercu, dlatego też polecił mi odszukanie tych Księstwa i przekazanie im pozdrowień oraz darów od niego. Chcąc więc wypełnić wolę ojca staram się odnaleźć tych Państwa.

Starosta słuchał uważnie, zdając się przywiązywać znaczną uwagę do słów Osmana. Kiedy ten skończył mówić natychmiast zapytał:

-        Może mógłbym ci pomóc waszmość Hetmanie, wyjaw mi więc godność rodu którego poszukujesz? Znam w okolicy wielu znamienitych ludzi.

-        Mości Starosto, poszukuję Księstwa Zieleńskich, rzekł Osman.

Słysząc te słowa starosta mocno się zasmucił. Pochylił głowę i westchnąwszy ciężko powiedział:

-        Obawiam się Mości Hetmanie, iż nie udzielę Ci wesołej odpowiedzi.

Zadumał się przez chwilę starosta i jakby łza zabłysła w jego oku a wkrótce z jego ust popłynęła smutna opowieść:

 -    Otóż Mości Hetmanie, istotnie przed ponad dwudziestu laty włodarzem naszego miasta był Książę Zieleński, mający tu od Króla plenipotencję. Sam byłem wówczas poddanym Księcia, który był dobrym i sprawiedliwym panem. Pewnego dnia gród nasz został zdradziecko najechany przez oddziały dońskich kozaków, którzy złupili i zburzyli zamek książęcy a całą rodzinę wymordowali. Była to ponoć osobista zemsta jakiegoś kozackiego watażki. Po ich najeździe odnaleźliśmy i pogrzebali doczesne szczątki księcia i księżnej, nie znaleźliśmy tylko zwłok ich dziewiętnastoletniej córki Laury. Mniemaliśmy iż została zabrana przez kozaków w srogą niewolę. Opłakaliśmy księcia i czyniliśmy wiele starań nad odszukaniem księżniczki. Rozesłaliśmy najwytrawniejszych posłów na kozaczyznę celem jej odnalezienia i wykupienia. Wszystkie nasze starania nie przyniosły jednak żadnych rezultatów. Wysłani posłowie dotarli do najdalszych zakątków kozaczyzny, ale nie natrafili nawet na najmniejszą wiadomość o niej. Jedynie jeden z posłów przywiózł wieść, iż jedna z kozackich watah nie wróciła do domu ze zbójeckiej wyprawy; kozacy mniemali, że została ona rozbita przez polskie rycerstwo. W końcu uznaliśmy Księżniczkę za zaginioną. Dopieroż, już nie pamiętam dokładnie kiedy, ale chyba po pięciu latach od zakończenia naszych poszukiwań, przyjechał z taborem kupieckim – już jako młodzieniec – lokajczyk który usługiwał księżniczce, oznajmiając nam przedziwne wieści. Z jego relacji wynikało, że kozacy którzy ich porwali w czasie powrotu nad Don, zostali rozbici przez tatarów a on wraz z Księżniczką zostali zabrani do odległej krainy. Tatarzy nie uczynili im krzywdy a wręcz przeciwnie, traktowali ich bardzo dobrze. Jeden Chan Basza wyleczył Księżniczkę i zapewnił jej dostatnie życie. Księżniczka bardzo bolała nad tym co uczynili kozacy i postanowiła pozostać w tym dalekim kraju, poślubiając z własnej woli owego Baszę. Pachołkowi zaś kazała wracać z karawaną kupców do Polski, co też uczynił. Przed odjazdem nakazała mu powiedzieć ażeby jej nie szukano. Opowiadając to ów pachołek przysiągł na krzyż że wszystko co mówi jest szczerą prawdą. Szanując wolę księżniczki nie wznowiliśmy dalszych poszukiwań.

Słuchając tego opowiadania z zainteresowaniem Osman był rad że nie zdradził dotąd swojego pochodzenia. Postanowił dalej tego nie czynić, choć odczuwał wielkie podniecenie. Był przekonany że dowiedział się prawdy. Także z oblicza wiernego Batmana można było wyczytać że myśli podobnie jak jego pan. W komnacie zapadła chwilowa cisza, po czym Osman zwrócił się ponownie do starosty:

-        Czy owy pachołek, który wrócił z kupcami, jest teraz w grodzie?

-        Nie. Nie ma go, jest w służbie królewskiej. Po jego powrocie zainteresował się nim Król będący wówczas z wizytą w naszym grodzie, a ponieważ pachole nie miało nikogo z rodziny, Jaśnie Pan zabrał go do swojego orszaku.

W komnacie zapanowała cisza. Po niedługim czasie otwarły się boczne drzwi komnaty i lokaj oznajmił że podano obiad w salonie:

-        Ha, zatem proszę waszmościów na skromny posiłek, rzekł starosta.

Wprowadził gości do sąsiedniej komnaty nazwanej przez lokaja salonem, gdzie zastali uginające się już od jadła i napitków stoły. Jeszcze goście nie zdążyli zająć swoich miejsc wskazanych im przesz starostę, gdy otworzyły się boczne drzwi i ukazały się dwie niewiasty. Pierwszą z nich, jak można było mniemać, była panią starościną. Ubrana była gustownie w długą powłóczystą suknię z kaszmiru, na szyi miała złoty łańcuch z medalionem, zaś w misternie ułożonych jasnych włosach miała wpiętą czerwoną różę. Była jeszcze piękną kobietą. Drugą z wchodzących niewiast była młoda dziewczyna, ubrana również gustownie jak jej matka. Osman spojrzał i ... dech mu w piersiach zaparło. Ujrzał niebiańską istotę, niezbyt wysoką, ale giętką i bardzo proporcjonalnie w pasie wciętą. Prześliczne formy jej kształtnego ciała uwypuklały lekkie fałdy miękkiego jedwabiu; błękitne oczy ocienione były ciemnymi rzęsami a jasne, lniane włosy splecione w gruby warkocz spadały jej poniżej pasa. Jej foremny nosek wystawał w doskonałym rozmiarze nad pięknymi ustami, umiejącymi: raz uśmiechać się rozumnie i filuternie, innym razem śmiać się serdecznie, zawsze odkrywając ząbki białe, drobne i równe jak perełki.

Osman patrzył jak zaczarowany na zajmujące miejsca przy stole damy. Starosta dokonał prezentacji, przedstawiając niewiastom hetmana jako swego przyjaciela, a gościom jejmość starościnę i – jak się wyraził – latorośl córkę Klarę. Przedstawiani mężczyźni skłonili się z szacunkiem obu damom a następnie za przykładem pań zajęli miejsca prze stole. Początkowo wszyscy jedli i pili w milczeniu. Później nawiązano rozmowy, ale były one urywane, krótkie i ogólnikowe. Osman jadł mało, co rusz spoglądał na nieziemskie bóstwo siedzące – jakby specjalnie – naprzeciw niego. Przyglądał się jej twarzyczce owalnej i świeżej, jej oczom które umiały patrzyć całą duszą, jej ustom jak jagoda rumianym, jej rączkom jak śnieg białym ... Pod koniec posiłku rozmowa ożywiła się. Mówiono o Podolu, Wołyniu i o własnym grodzie. Starosta opowiedział również damom to co wiedział o swoim gościu, Hetmanie polnym Księcia Wojewody.

Wreszcie obiad skończono. Najpierw wstały damy a za nimi podnieśli się też mężczyźni, przechodząc za damami do komnaty bocznej  i zajmując miejsca na sofach. Po kilku chwilach Osman wstał, otworzył przypięty do pasa trzos i oświadczył, że bardzo prosi szanownych gospodarzy o przyjęcie od niego upominków w dowód wdzięczności za serdeczność i gościnę. Wyciągając z trzosa precjoza wręczał je damom z ukłonem. Jejmość starościnie dał złotą broszę i misterny pierścień z szafirem, starościance złoty łańcuszek z medalionem, misterne zausznice i mały pierścionek z rubinem a pana starostę obdarzył grubym, złotym sygnetem herbowym. Wszyscy obdarowani byli bardzo zadowoleni z otrzymanych podarków. Przy okazji Osman wyjaśnił, że owe prezenty pochodzą od jego ojca i że miał je przekazać dla dawnych jego przyjaciół.

Nie chcąc nadużywać uprzejmej gościnności starostwa, Osman uznał że nadszedł czas zakończyć pierwszą wizytę. Żegnając się, podziękował ponownie za gościnę i zapewnił gospodarzy o swojej życzliwości i oddaniu, poczym wśród obopólnych ukłonów opuścił pałac starosty, wracając z Batmanem do kwatery w miejscowym zajeździe.

Długo po powrocie nie mógł ochłonąć z wrażenia jakie wywarła na nim starościanka. Przed jego oczyma ciągle widniała śliczna, uśmiechnięta twarzyczka młodej niewiasty z warkoczem lnianych włosów, podobnym do tego jaki miała niegdyś jego droga matka. Wydawało mu się że cały świat wiruje mu przed oczyma a z każdego jego zakątka uśmiechają się do niego małe, drobne usteczka. Młodzieniec zrozumiał, że obecnie wszystko się dla niego zmieniło, że ogarnął go – nieznany mu dotąd – płomień uczucia do tej drobnej istoty.

Starosta był również wielce kontent z bliższego poznania znamienitego gościa. Być może w duchu przemyśliwał już o ewentualnym, dostojnym i bogatym – co wysnuwał z otrzymanych podarków – konkurencie do ręki jedynaczki: "Na Boga, nie miałbym nic przeciw takiej ewentualności", mruknął do siebie po wyjściu gości.

Tymczasem dzień się kończył. Starościanka Klara uściskała rodziców na dobranoc i udała się do sypialnej komnaty. Rozebrała się szybko, położyła i obróciwszy się twarzą do ściany dała wolny bieg myślom. Czuła jak jej twarz płonęła, jak puls łomoce, jak łezka wymyka się spod zamkniętej powieki i zawiesza na długiej, ciemnej rzęsie. Po pewnym czasie, przyciskając bijące serce – które po raz pierwszy tak dziwnie stukało w jej dziewiczym łonie – przypomniała sobie że jeszcze nie zmówiła pacierza. Zaczęła modlitwę, ale krzyżowały ją inne obrazy, inne słowa, inne nadzieje. Ze trzy razy zaczynała Ojcze Nasz i dokończyć go nie mogła. Chciała więc siebie przekonać, zmusić się do uwagi, odłożyć na potem słodkie marzenia, ale jej przeszkadzał obraz pięknego młodzieńca, jego głos męski i ujmujący, jego maniery pełne grzeczności i naturalności. Tak walczyła z sobą długo … aż w końcu znużona walką pacierza z rodzącym się głosem serca, usnęła. Zapalił się wielki płomień obopólnego zauroczenia sobą tych dwojga młodych ludzi.

Dalszy ciąg na stronie: Rozdzialy VI i VII

 

 

 

Zygmunt i Anna z Koźlakowskich Serdakowscy, 1945.

Pytania i komentarze

Indeks:

Ogólny spis treści 
ta strona: 
Rozdział IV, Rozdział V

Słowo wstępne

Przetłumaczone niedawno z rosyjskiego na polski fragmenty obszernej książki M. Dowgielskiego, stanowiące treść tej strony, są niewątpliwie bazą do dalszych poszukiwań ciekawej i oryginalnej historii rodu Serdakowskich. Jeden z egzemplarzy tej kroniki-powieści zachował się w rodzinie Bronisława Serdakowskiego, mieszkającego obecnie w Dębnie Lubuskim, o czym sam Bronisław wspomina w uwagach zamieszczonych po tekście głównym. Pisze on również o tej książce jako o głównym źródle informacji do przygotowanej i wydanej przez niego w roku 2002-gim „Biografii Rodu Serdakowskich”.

Dla mnie, który również grzebie się od lat w przeszłości przodków, relacja ze spotkania dwóch braci pra-pra-dziadów (Eustachego i Michała), opisana w rozdziale IX-tym, jest rewelacją i nie tylko potwierdza fantastyczne opowieści mojego stryja Henryka, ale również odpowiada na dawno nurtujące mnie pytanie: Dlaczego, jak i kiedy moi przodkowie osiedlili się na pińskim Polesiu? Dawniej wiedziałem tylko (ze „Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego”),  że majątek mojego ojca, Otołczyce, odziedziczony został przez jakiegoś Serdakowskiego, ale teraz wiem, że nie został odziedziczony a kupiony przez mojego pra-pra-dziada Eustachego, który schronił się na Polesie na skutek prześladowań Polaków przez carską Rosję po powstaniu styczniowym 1863-go roku.

Od stryja Henryka dowiedziałem się, że nasz ród wywodzi się z krymskich książąt tatarskich i że on sam – jako dziecko – bawił się w Otołczycach pieczęcią z wyrytymi: siedmiopałkową koroną, skrzyżowanymi szablami oraz księżycem w nowiu obejmującym trzy gwiazdy (zobacz tylną okładkę)!

Od Bronisława Serdakowskiego i z książki Dowgielskiego, dowiedziałem się, że moim pra-pra-pra-dziadem (ojcem Eustachego) był oficer francuski, porucznik markiz de Serdain, który, wracając ranny spod Moskwy wraz z rozbitą armią Napoleona, schronił się na polskim dworze w Oszmianie i ożenił z polską panną, dając początek rodowi Serdakowskich. Według Bronisława, ten francuski oficer pieczętował się herbem na którym widniał: księżyc w nowiu obejmujący trzy gwiazdy i że taki herb wyryty jest na istniejącym podobno nadal grobowcu rodzinnym Oszmiańskich i Serdakowskich na cmentarzu w Oszmianie!

Cała – dotychczas znana – historia naszego rodu oparta jest na opowieściach i legendach: tych przekazywanych z ojca na syna i tych opisanych w książce Dowgielskiego. Wiele informacji potwierdza się w innych przekazach, ale nadal brak jest jednoznacznych dokumentów, takich jak: kopie zapisów metrykalnych, fotografie nagrobka Serdakowskich w Oszmianie, czy wreszcie kopie rejestrów francuskich dotyczących służby wojskowej porucznika markiza Edmunda de Serdain i jego udziału w rosyjskiej kampanii Napoleona.

Poszukiwaniami takich i innych dokumentów chcę się zająć w najbliższych miesiącach i latach, mając nadzieję że przepiękna i romantyczna opowieść znajdzie potwierdzenie również w archiwach.

Krzysztof Serdakowski
(potomek Eustachego)

 

Od Tłumacza

Uwagi o rozdziałach książki

Autor omawianej powieści, jak należy domniemywać, miał na względzie opisania dziejów zaprzyjaźnionej sobie rodziny i opublikowania jej biografii poczynając od powstania rodów, a szczególnie uwypuklenia dziejów sobie współczesnych, to jest spotkania i wspomnień dwóch braci bliźniaków. Jednakże pisząc swoje dziełko był zmuszony do zbeletryzowania tej historii. Należy przypuszczać, że taka budowa powieści była konieczna z uwagi na obowiązek przedłożenia jej przed wydaniem rosyjskiej cenzurze.

Warunkiem wydania w tamtych czasach jakiejkolwiek książki było uzyskanie pozytywnej opinii panującego wówczas w Polsce rosyjskiego zaborcy i jego nieubłaganej cenzury. Z tego też powodu konieczne było napisanie gloryfikującej Polskę części historycznej w formie powieści romantycznej. Ta część powieści została wydzielona w rozdziałach od 1 do 7.

Tym niemniej swoista treść tej części nawiązuje do wspomnień braci opisanych w pozostałych dwóch rozdziałach. Te rozdziały książki autor poświęca wyłącznie wydarzeniom sobie współczesnym to jest dotyczącym spraw zaprzyjaźnionej rodziny. Rozdziały te stanowią jakby kanwę całej powieści i są niejako odrębnymi częściami tej książki stanowiącymi jej istotne motto. Świadczy o tym umieszczenie przez autora słowa "Koniec" na zakończenie każdego z nich. Dlatego też właśnie te dwa rozdziały są najbardziej cenne dla badacza genezy rodu ponieważ opisane tu są dość szczegółowo istotne wydarzenia związane z opisywanym rodem.

Tłumaczyła z rosyjskiego: mgr historii Violetta Halina Jańczak, zamieszkała w Kostrzyniu nad Odrą (66-470) na ulicy Orła Białego 19b/20

Dyplom nr 113/95 Wydziału Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu Uprawnienia tłumacza nr 17/98 Związku Literatów Polskich Oddział w Poznaniu

Tłumacz przysięgły języka rosyjskiego Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu Nr rejestracyjny: 118/99 Kostrzyń nad Odrą, dnia 13-go sierpnia 2002 roku.

 

Uwagi Bronisława Serdakowskiego
(potomka Michała)

O pochodzeniu książki "Stefankowe Siedlisko" 

Książka ta – jak sięgam pamięcią – znajdowała się w zbiorze książek rodzinnych w naszym domu w Brożole. Możliwe, że nabył ją lub też otrzymał od dziadka mój ojciec, a także zapewne czytał ją, gdyż świetnie znał język rosyjski. Dziadek mógł tę książkę otrzymać bezpośrednio od jej autora, z którym mógł się przyjaźnić. Można domniemywać, że w owych czasach nakład takich książek nie mógł być wielki.

Ja w dzieciństwie bardzo lubiłem czytać książki i wiele czytałem. Gromadziłem też książki które udało mi się zdobyć. Pamiętam, że takim dostawcą książek był chłopak z Brożoły, o nazwisku Sładkiewicz, sporo starszy ode mnie. Miał on wtedy około czternastu lub piętnastu lat i mieszkał ze swoimi rodzicami w tym samym budynku, w którym mieściła się szkoła podstawowa. On też, wiadomymi sobie sposobami, wykradał książki ze zbiorów szkolnej biblioteki i przynosił mojemu ojcu.

Mój ojciec, widząc moje zainteresowanie książkami i chcąc mi zapewnić możliwość ich czytania, kupował je od tego chłopaka za jakieś kwoty pieniężne. Stąd też wiele książek z naszej domowej biblioteczki książek posiada numer i jest ostemplowanych pieczątką szkoły podstawowej w Brożole. Należy tu nadmienić, że znajdujące się wówczas w szkolnej bibliotece polskie książki w tym wojennym czasie nie były nikomu wypożyczane i wykradzenie ich z biblioteki przez tego chłopca oraz zakupienie przez mojego ojca było sposobem ich ratowania. Pozostałe książki tej szkolnej biblioteki zostały później przez Litwinów spalone. Widział to mój ojciec i żałował, że nie namówił tego chłopca na przyniesienia większej ich ilości.

Wracając do napisanej po rosyjsku kroniki Dowgielskiego, wspomnianej na wstępie, nie potrafię powiedzieć skąd ta książka znalazła się w domowym zbiorze. Jak już nadmieniłem była w naszym domu od kiedy sięgam pamięcią. Wszystkie książki zostały w czasie repatriacji zabrane i przywiezione do Polski, na Ziemie Zachodnie, do pierwszego miejsca zamieszkania naszej rodziny, to jest do Młynisk. Później, przeprowadzając się do Dębna, zabrałem wszystkie książki ze sobą. Większość umieściłem w domowej biblioteczce, natomiast część z nich, z braku miejsca w szafce bibliotecznej, zapakowane zostały w paczki i umieszczone w piwnicy.

Omawianą książkę odnalazłem właśnie w piwnicy. Muszę dodać, że w tam przechowywane były książki o mniejszej – jak mi się wydawało – wartości i co do których nie przejawiałem większego zainteresowania. Ta książka z racji swojej obcojęzyczności nie wzbudzała przez długo mojej uwagi. Odnalazłem ją przez przypadek w marcu 2002-go roku, kiedy to szperając w piwnicy wśród książek, otworzyłem ją na chybił trafił i przeczytałem kilka zdań.

W trakcie czytania stwierdziłem zdumiony, że książka ta zawiera bardzo istotne wiadomości dotyczące naszego rodu. Zagłębiając się dalej, przekonałem się z całą pewnością, że jest to bardzo cenny materiał do opracowywanej przeze mnie biografii. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego mój ojciec przechowywał ją z pietyzmem i przywiązywał tak wielką wagę do zabrania jej ze sobą w czasie repatriacji do Polski.

Książka ta okazała się skarbnicą wiedzy na temat powstania rodu Serdakowskich i rozsypki jego członków po świecie na skutek dziejowych zawieruch. Zapisane są główne wydarzenia i daty i nawet legendarne dzieje praprzodka pochodzenia tatarskiego są szeroko opisane i skomentowane. Po przeczytaniu książki zrozumiałem wiele istotnych szczegółów usłyszanych w dzieciństwie w opowieściach ojca. Musiała ta książka mieć wielkie znaczenie dla niego, gdyż mimo niechęci do Rosjan, zabrał ją ze sobą do Polski.

Tylko część książki dotyczy rodu Serdakowskich. Dokonałem więc selekcji i zleciłem tłumaczenie istotnych dla mnie rozdziałów. Następnie wprowadziłem tłumaczenie do komputera, co znacznie ułatwiło szybkie korzystanie z tekstu.

Bronisław Serdakowski
Dębno, marzec 2002-go roku

Rysunki, Fotografie, Uwagi

Aby obejrzeć w powiększeniu detale rysunków reprodukowanych poniżej, wystarczy "kliknąć" wewnątrz każdego rysunku aby otworzyć jego powiększenie, "kliknąć" wewnątrz tego powiększenia i przesuwając obraz bocznymi suwakami dotrzeć do każdego detalu. Powiększenie można zamknąć "kliknąwszy" na "X" znajdujący się w prawym w prawym górnym rogu każdego powiększenia.

 

Okładka książki Bronisława Serdakowskiego

Pierwsza strona rozdziału "Wygnanie" książki M. Dowgielskiego

Dwór na Litwie

Chata na Polesiu

Refleksja

Od czasu kiedy otrzymałem od Bronisława Serdakowskiego i opracowałem w formie książki "Opowieści" M, Dowgielskiego, kilka osób ją czytało, a między nimi znający dobrze historię Polski polski naukowiec pracujący w kanadyjskiej Agencji Kosmicznej. Był on zafascynowany historią syna polskiej branki i tatarskiego księcia, późniejszego hetmana Osmańskiego. Twierdził, że prawie wszystkie opisane postacie, wydarzenia i nazwy miejscowści możnaby dość łatwo utożsamić z historycznymi poastaciami, faktami i miejscami tych wydarzeń. Dowgielski, jako kronikarz polskiej historii w czasach kiedy carska cenzura ostro zabraniała gloryfikowania polskiej świetności, pisał opowieści i legendy "ku pokrzepieniu polskich serc", tak jak to czynił Henryk Sienkiewicz pisząc "Trylogię".

Tak i ja to czuję i dlatego przywiązuję tyle wagi do tych opowieści, szczególnie, że tak blisko dotyczą historii moich przodków. Nawet jeżeli nie uda mi się udokumentować tej Legendy, to samo jej rozpowszechnianie rzucać będzie promień światła w mroczną otchłań historii polskiego Narodu i moich przodków.

Symbol tych stron

Tą różę dedykuję wszystkim moim przodkom, tym znanym i tym, których istnienia tylko się domyślam,