Stefankowe Siedlisko

Romans Wygnańca

(Część pierwsza)

Rozdział I

Stepowa osada (poczatek strony)

Ciepłe, popołudniowe słońce pięknego, letniego dnia oblewało swoimi promieniami okolice stepu nad rzeką Kumą w dalekim Tatarstanie. W niewielkiej odległości od rzeki, w jej zakolu i na płaskowzgórzu, położona była plemienna osada składająca się z kilkunastu jurt. W środku osady, prawie w centralnym miejscu, widoczna była okazalsza jurta, większa i bardziej ozdobiona trofeami. Ta jurta, jak można się było domyśleć, należała do przywódcy szczepu i jego rodziny. Wszystkie jurty były w pewnej odległości od siebie i każda z nich była ogrodzona płotem z cienkich żerdzi pochodzących z widocznego w dali lasu rozciągającego się u podnóża niewielkich gór.

Przy okazalszej jurcie krzątał się człowiek o tatarskim wyglądzie zajmujący się naprawą płotu i wymianą uszkodzonych żerdzi. Człowiek ów miał opaskę na prawym oku, pozostałość po jednej z wypraw ordy na kraje północy, kiedy to cios szabli przeciwnika uszkodził mu twarz. Rannego wojownika przywieźli kamraci do rodzinnej osady i rana się zagoiła, lecz oko niestety pozostało niewidome. Od tego czasu mężczyzna ten przestał być czynnym wojownikiem i został pomocnikiem domowym w jurcie naczelnika plemiennego. Niegdyś był dzielnym wojownikiem i wiernym towarzyszem naczelnika w czasie wszystkich wypraw wojennych. Łączyły ich również więzy pokrewieństwa. W czasie wspólnych walk przeżyli wiele dobrych i złych chwil; wygrali niejedną batalię, ale ponosili również wspólnie klęski nieudanych wypraw. Człowiek ten, noszący imię Batman, zajmował się wszelkimi pracami koniecznymi w stepowym gospodarstwie.

W niewielkiej odległości od osady, na piaszczystej plaży nad rzeką, uwijało się kilkanaście kobiet zajmujących się praniem odzieży i zapewne pościeli. Rozlegał się rytmiczny odgłos kijanek, którymi kobiety wybijały na sporządzonych z żerdzi pomostach namoczoną w wodzie odzież i bieliznę. Był to wówczas rozpowszechniony sposób na pranie, odbywające się zbiorowo, bezpośrednio nad brzegiem rzeki. Po kilkakrotnym wybijaniu kijankami i wypłukiwaniu w wodzie, kobiety wykręcały z wody upraną sztukę i odkładały na deseczkę, z którą później wracały do obozu. Niedaleko od piorących kobiet, bawiła się gromadka dzieci: kilkunastu chłopców i parę dziewczynek. Prym w tej gromadzie wodził może dziesięcioletni chłopczyk, który widać było że uzurpował sobie prawo przywódcy i narzucając swoją wolę wydawał polecenia pozostałym dzieciom. Inni uczestnicy zabawy posłusznie podporządkowywali się jego poleceniom i rozkazom. Na pierwszy rzut oka można było się domyśleć, że chłopiec jest zapewne synem kogoś znaczniejszego. Różnił się on również wyglądem od pozostałych towarzyszy zabaw; był sporo wyższy od innych a jego rysy twarzy oraz blond czupryna wskazywały że nie pochodzi z tych okolic.

Piorące kobiety kończyły pranie i kolejno odchodziły od rzeki niosąc wyprane rzeczy do rozwieszenia na płotach otaczających jurty w osadzie.

-        Osman, hej Osman! Zawołała jedna z kobiet podnosząc się z pomostu.

Rysy tej kobiety wyraźnie mówiły że również nie pochodzi z tego kraju. Wszystkie jej cechy aż nadto zdradzały, że ród jej wywodzi się zapewne z jakiegoś kraju leżącego gdzieś na północ od Tatarstanu. Na jej zawołanie podbiegł do niej właśnie chłopiec który wyróżniał się od innych i wiódł prym wśród bawiących się dzieci.

-        Osmanie, pomóż mi zanieść wypraną bieliznę, rzekła do niego kobieta.

Chłopiec ochoczo zabrał się do pomocy matce. Nie mogło być nawet wątpliwości że był on synem tej kobiety; mówiły to wyraźnie rysy ich twarzy a szczególnie lniany kolor ich włosów. Kobieta z chłopcem – nazywanym przez nią Osmanem – przeszli przez piaszczysty brzeg rzeki kierując się na wzgórze, ku osadzie i tej najokazalszej jurcie przy której pracował Batman. Na naprawionym przez niego płocie kobieta rozwiesiła sztuki wypranej bielizny, korzystając z dobrze jeszcze grzejącego popołudniowego słońca.

Dookoła, przy innych jurtach, także już była porozwieszana uprana odzież i pościel. Krzątali się wszędzie ludzie o tatarskich rysach zajęci różnymi czynnościami gospodarczymi: czy to przy naprawie ogrodzeń, przeglądzie końskiej uprzęży, lub też wykonujący inne czynności gospodarcze. Wszyscy pracujący tu mężczyźni byli albo jeszcze bardzo młodzi, albo starzy, lub też z jakimiś uszczerbkami zdrowotnymi. Bez trudu można było wywnioskować że mężczyźni żyjący w osadzie: to albo jeszcze nie wojownicy, albo już ludzie niezdolni do wojowniczych wypraw. Zatem można było przypuszczać że wszyscy mężczyźni nadający się do zbrojnych wypraw opuścili osadę na wojownicze podboje.

Wraz z nastaniem lata, wszyscy wojownicy plemienni – znajdujący się pod rozkazami lokalnego przywódcy – łączyli się w ordy z innymi plemionami i całymi zastępami ruszali na zbójeckie podboje do krajów sąsiedzkich, lub też krajów leżących dalej na północ, docierając nawet na Ruś i do jeszcze bardziej odległego Lechistanu – jak nazywano wśród Tatarów obszar Królestwa Polskiego. Wyprawy te były z reguły bardzo dochodowe dla tatarskich plemion. Z takich wypraw przywożono liczne dobra i kosztowności, porywanych w jasyr niewolników – dla uzyskania za nich okupu, oraz wzięte w jasyr kobiety – do odsprzedaży ich na targu w Bakczyseraju, czy też z przeznaczeniem na żony dla plemiennych przywódców, chanów i innych dostojników tatarskich. Tak spokojnie toczy się życie w prawie każdej tatarskiej osadzie, aż do schyłku lata kiedy to orda wraca z wyprawy. W osadzie, o której mowa, życie toczyło się leniwie i sennie przez prawie całe lato, pod opieką mężczyzn nie biorących czynnego udziału w wyprawie ordy. Nieopodal jurt znajdowały się zagrody z pasącym się bydłem, końmi i innym zwierzętami gospodarczymi. Zagrody te były przesuwane w miarę potrzeb w inne rejony okolicznego stepu.

Poznany już chłopiec, po udzieleniu matce pomocy, odszedł od niej i zbliżył się do naprawiającego ogrodzenie Batmana. Chwilę przyglądał się jego pracy, po czym bez słowa zaczął mu pomagać, podając narzędzia lub mniejsze żerdzie potrzebne do naprawy ogrodzenia. Natomiast do jego matki, która właśnie skończyła rozwieszanie bielizny, podeszło parę kobiet zajmując ją rozmową.

Widać było że kobieta ta cieszy się szacunkiem i zaufaniem miejscowych kobiet, gdyż zwracano się do niej z pytaniami i problemami. Kobieta ta wyróżniała się od innych kobiet nie tylko swoim wyglądem; emanowało z niej również jakieś dostojeństwo i powaga, które mimo woli skłaniały inne kobiety do okazywania jej szacunku. Ponadto wyróżniała się znacznie także swoim ubiorem. Ubrana była w kolorową, atłasową suknię sięgającą niemal do kostek, a na nogach miała europejskie – tak modne wówczas – ciżmy ze skóry koloru czerwonego. Była dość wysokiego wzrostu, co, przy jej wyróżniającym się ubiorze, nadawało całej postaci powagi i dostojeństwa. Była piękną kobietą w wieku około trzydziestu lat. Włosy koloru jasnego lnu, w czasie pobytu nad rzeką zwinięte były z tyłu głowy w koszyczek – aby nie przeszkadzały jej w pracy, teraz, w czasie rozmowy, spadały jej poniżej pasa splecione w gruby warkocz.

Zachowanie się jej świadczyło że świadoma jest swojej wyższości nad pozostałymi, ale nie dawała im tego odczuć. Zajęła się rozmową, wysłuchując każdą z obecnych kobiet i każdej z nich udzielając odpowiedzi czy rady. W czasie rozmowy, mimo iż była życzliwa i uprzejma, na jej ustach nie pojawił się ani razu najmniejszy nawet uśmiech, co wskazywać by mogło że jej życie nie jest lekkie na tej obcej i dalekiej ziemi. Po pewnym czasie kobiety zaczęły się rozchodzić, żegnając ukłonem ich rozmówczynię. Kiedy została sama, odwróciła się w kierunku jurty i rzuciwszy przelotne ale czułe macierzyńskie spojrzenie na synka stojącego przy ogrodzeniu, weszła do jej wnętrza.

Rozdział II

Wspomnienia Janczara (początek strony)

Tymczasem chłopiec – zwany przez matkę Osmanem – pomagał w dalszym ciągu Batmanowi. Obaj zajęci pilnie pracą nie odzywali się do siebie. Wreszcie ostatnia żerdź została umieszczona na właściwym miejscu i Batman odwrócił się z uśmiechem w stronę chłopca mówiąc:

-        Dziękuję ci za pomoc przy tej naprawie. Twoja współpraca sprawiła że zakończyliśmy szybciej to zadanie, a ponieważ do wieczora zostało jeszcze sporo czasu, zatem możemy sobie pogawędzić.

Mówiąc te słowa Batman usiadł wygodnie na stojącej przy płocie drewnianej ławeczce i wyciągając z kieszeni kapciuch z tytoniem oraz fajkę, zabrał się do jej napełnienia. Chłopiec również usiadł na ławce i przez chwilę  przyglądał się czynnościom starego wiarusa. Następnie przenosząc wzrok na twarz mężczyzny zagaił:

-        Mówiłeś mi już kiedyś jak to było że straciłeś swoje oko, lecz nie bardzo pamiętam tej opowieści i chciałbym ażebyś mi jeszcze raz o tym opowiedział.

Mężczyzna tymczasem zapalił fajkę, pociągnął mocny haust z cybucha i wypuszczając z ust kłąb dymu przez chwilę  przyglądał się ulatującemu ku górze białemu kłębkowi. Widać było że myśli mężczyzny pobiegły hen daleko do krajów północnych, do dalekiego Lechistanu, gdzie kiedyś, walcząc obok swego dowódcy i zasłaniając go przed ciosem kozackiej szabli, sam otrzymał ten cios i zwalił się z konia u stóp ocalałego Chana. Nic już więcej nie pamiętał z tej bitwy. Odetchnął głęboko i kierując na chłopca swe jedyne oko, powiedział:

-        Widzisz Osmanie, twój ojciec a mój dowódca jest w tej chwili hen daleko na wyprawie wojennej, razem z ordą, ale niestety już beze mnie. Ja, mimo iż jeszcze w pełni sił i zdrowia, nie nadaję się do towarzyszenia mu w tej wyprawie. Lecz wiedz o tym chłopcze, że myślami zawsze będę mu towarzyszył i zawsze będę czekał na jego powrót. Teraz zaś wierny jego poleceniom, do ostatnich sił będę się opiekował jego żoną, panią Laurą – to znaczy twoją mamą – i tobą mój pomocniku. Mówiąc te słowa poklepał go przyjacielsko – ale z należytym szacunkiem – po ramieniu.

-        No tak, rzekł Osman, słyszałem jak obiecywałeś mojemu ojcu, że będziesz się nami opiekował w czasie jego nieobecności, ale nie o tym teraz chciałbym usłyszeć. Opowiedz mi dokładnie jak to było w czasie tej waszej ostatniej wspólnej wyprawy.

Przez chwilę zapadła cisza, przerywana tylko świergotaniem stepowych ptaków. Mężczyzna jakby zbierał w myślach dawne obrazy i przywoływał dawne wspomnienia. Po chwili zaczął opowiadać:

-        Drogi chłopcze, najpierw opowiem ci wcześniejsze wydarzenie, które powinieneś znać. Zdarzyło się to pewnego pięknego lata, od którego minęło już prawie trzynaście lat, kiedy byłem z twoim ojcem i ordą na dalekiej wyprawie. Zapuściliśmy się daleko na północ, aż do kraju zwanego Lechistanem. Pamiętam, przemierzaliśmy z ordą cały Czarny Szlak, zatrzymując i łupiąc po drodze kupieckie karawany i zabierając dobra z napotkanych tubylczych osiedli. Wreszcie znaleźliśmy się na terenach Królestwa Lechistanu. Po drodze zdobyliśmy i zrabowaliśmy twierdze Bracław i Winnicę, aż stanęliśmy pod murami obronnymi większej twierdzy zwanej Wichry. Do tej twierdzy dotarła już wiadomość o naszym zbliżaniu się, dlatego też zastaliśmy jej obrońców przygotowanych do odparcia naszego ataku … (Na ilustracji wojownik tatarski w XVII-tym wieku)

Tu Batman znów się zamyślił. Milczenie trwało przez kilka dobrych chwil i słuchającemu chłopcu wydawało się że dawny wojownik wrócił myślami do przebrzmiałych wydarzeń. Chłopiec także milczał i nie przerywając ciszy, albo chciał uszanować wspomnienia opowiadającego, albo też przeżywał po swojemu słyszaną opowieść. Być może wyobrażał siebie hen tam daleko, na czele tatarskiej ordy, tak jak jego ojciec i biorącego udział w walkach. Opowieść ta działała bardzo mocno na chłopięcą wyobraźnię. W końcu Batman podniósł głowę i kontynuował monolog:

-        Jak już ci powiedziałem, obrońcy twierdzy byli już przygotowani na nasze przybycie. Na murach widoczne były liczne działa z lufami skierowanymi w naszą stronę; widoczni byli też zgromadzeni na wałach rycerze w błyszczących zbrojach. Nasze bractwo jednak nie podchodziło w pobliże twierdzy.

Na rozkaz Sułtana, powtórzony przez poszczególnych Chanów, zatrzymaliśmy się w  pewnej odległości i zaczęliśmy rozkładać obozowisko, wystawiwszy uprzednio liczne straże ze wszystkich stron naszej ogromnej ordy. Utrudzeni długą i forsowną jazdą kamraci rozkładali się na wypoczynek i przygotowywali sobie posiłki. Jak wkrótce dowiedzieliśmy się, Sułtan postanowił nie podejmować z marszu walki i czekać do dnia następnego. W obozowisku zapłonęły liczne ogniska, przy których kamraci raczyli się pieczonym mięsem popijając kumysem. Twój ojciec i ja, również zasiedliśmy do posiłku w rozstawionym przez pachołków namiocie. Dzień chylił się ku końcowi, nadchodził zmierzch i gwarne obozowisko zaczęło się powoli uciszać; orda układała się na spoczynek, ale w całym obozowisku panowała karność i dyscyplina. Legliśmy na spoczynek i my na przygotowanych przez pachołków posłaniach ze skór baranich. Zapadła cisza i ogniska wewnętrzne zaczęły przygasać. Rozlegały się jedynie nawoływania straży krążących na tle płonących na obrzeżach obozu ogni, podtrzymywanych przez czuwających wartowników.

Tak upłynęła krótka letnia noc, która tylko raz została przerwana przez okrzyki straży i oddawane przez nich strzały. Ale jak się okazało nie było to nic poważnego; była to jedynie próba obrońców twierdzy dokonania wycieczki do naszego obozowiska, zapewne w celu pochwycenia języka i wypytania o nasze cele i zamiary. Próba ta została w porę wykryta przez nasze czujne straże i na skutek ich alarmu uczestnicy wycieczki zawrócili i natychmiast schronili się za murami twierdzy; reszta nocy upłynęła spokojnie, co pozwoliło nam na solidny wypoczynek przed bitwą.

Skoro świt odtrąbiona została pobudka i po rytualnych modlitwach do Allacha, przy wschodzącym słońcu, zaczęto wydawać rozkazy do przygotowań szturmu na mury fortecy. Na początek Sułtan zwołał do swego namiotu naradę wszystkich chanów i naczelników plemiennych, na której postanowiono wysłać do twierdzy parlamentariuszy z propozycją jej poddania, ale z możliwością opuszczenia jej przez obrońców. Opuszczające twierdzę wojska obrońców miały otrzymać gwarancję Sułtana, że po złożeniu broni i pozostawieniu wszystkich dóbr, będą mogły spokojnie odejść w kierunku swoich północnych ziem.

Zaraz po odbyciu narady zawarczały w naszym obozie werble wypełniając łoskotem całą okolicę i niosąc się groźnym warkotem aż hen do uszu obrońców zgromadzonych na murach twierdzy. Ich głuchy i groźny grzmot mógł napawać grozą słyszących go ludzi i był właśnie przeznaczony aby wywołać poczucie zagrożenia przed szturmem naszej ordy. Na dany przez wezyra znak bicie kotłów ucichło i nastała cisza, wypełniona tylko gwarem szykujących się do walki janczarów i ordyńców.

Po chwili, od namiotu Sułtana ruszyło w kierunku murów twierdzy pięciu jezdnych. Na czele jechało dwóch janczarów z białymi flagami zatkniętymi na pikach, za którymi w odległości około dziesięciu kroków jechał emisariusz w otoczeniu dwóch jaskrawo ubranych wojowników. Po ujechaniu sporej odległości od naszego obozowiska, zatrzymali się w pewnej odległości od lechickich szańców obronnych, tak aby nie znaleźć się w zasięgu strzałów ze strony twierdzy. Wówczas emisariusz wysunął się na czoło a towarzyszący mu wojownicy zadęli głośno w trzymane w rękach rogi. Chwilę trwało oczekiwanie i wnet brama twierdzy rozwarła się a z niej wyjechało czterech jeźdźców, jeden z nich był w srebrzyście połyskującej zbroi. Jeźdźcy zbliżyli się do naszych parlamentariuszy i zatrzymali się w równym szeregu. Jeździec w błyszczącej zbroi zbliżył się do naszego posła i obaj pozdrowili się wzajemnie ukłonami. Wojownicy obu obozów – w zupełnym milczeniu – obserwowali rozgrywające się na przedpolu twierdzy wydarzenia. Po wymianie pozdrowień, nasz poseł wręczył rycerzowi w błyszczącej zbroi przywieziony zwój pisma i obaj wymieniwszy ukłony pożegnalne oddalili się w przeciwne strony. Nasi emisariusze wrócili do obozu, a posłowie obrońców twierdzy znikli za jej bramą, która natychmiast zawarła się z głuchym trzaskiem.

Po powrocie naszych parlamentariuszy w obozie naszym został ogłoszony czas wolny, gdyż żądanie Sułtana o poddanie twierdzy dawało jej obrońcom czas do zachodu słońca tego dnia na udzielenia odpowiedz i…

W tym miejscu opowiadający zamilkł na chwilę i zbierając na nowo tok swych myśli, podjął dalszy ciąg opowieści:

-        Tak więc widzisz Osmanie, nasze ordy zaczęły przygotowywać się do oblężenia i zdobycia rycerskiej warowni. Tymczasem w obozie wrzało i szumiało bez przerwy; janczarzy szykowali broń: drabiny i inny sprzęt potrzebny do szturmu warowni. Nikt w naszym obozie nie miał najmniejszych wątpliwości, że odpowiedź będzie odmowna. Na tych pracach i przygotowaniach upłynął nam czas do zachodu słońca.

Natychmiast po zniknięciu tarczy słońca za horyzontem, rozległy się dźwięki rogu z murów warowni. Jakoż otworzyła się brama i wyjechało z niej pięciu rycerzy w lśniących zbrojach ze sztandarem i proporczykami łopocącymi na słabym wietrze. Wnet też z naszego obozu ruszyło na ich spotkanie również pięciu jezdnych: basza w otoczeniu czterech janczarów. Dwa orszaki posłów spotkały się w połowie drogi między naszym obozem a warownią. Po krótkiej wymianie ukłonów, wręczona została odpowiedź obrońców i poczty rozjechały się w przeciwne strony. Nasz poczet niezwłocznie skierował się ku namiotowi Sułtana, z którego na spotkanie wyszedł wielki Wezyr i kilku pomniejszych wezyrów. Po zbliżeniu się do nich, wiozący posłanie basza zeskoczył z konia i zbliżając się do Wezyra wręczył mu zwój pergaminu. Jak się należało spodziewać, odpowiedź obrońców twierdzy była odmowna. W sposób jasny i stanowczy odmawiano poddania twierdzy i żądano natychmiastowego odstąpienia od jej oblegania, uzasadniając to tym, że lada dzień spodziewane jest przybycie na jej odsiecz Hetmana kijowskiego ze znacznymi siłami zbrojnych rycerzy. Jednakże Sułtan nie uwierzył oświadczeniom obrońców i nakazał przygotowania do szturmu, który miał się rozpocząć jeszcze przed wschodem słońca dnia następnego.

W naszym obozie zawrzało. Janczarzy szykowali broń palną oraz niezawodne w szturmach łuki i strzały, zarówno z ostrymi grotami jak i z wiechciami nasączonymi smołą i oliwą do wzniecania ognia za murami twierdzy. Szykowano także wszelkiego rodzaju tarany do rozbijania bramy i murów a także drabiny do wspinania się na nie. Przygotowywano wszelkiego rodzaju broń sieczną jak: miecze, szable, spisy, halabardy, jak również noże i kindżały. Można by przypuszczać, że żadna twierdza nie zdoła oprzeć się naszej nawałnicy, ani żadni rycerze nie zdołają jej powstrzymać. Przygotowywano też ogromne wiechcie i bele suchych traw i wikliny do wypełnienia fosy pod murami, aby ułatwić przedostawanie się przez nią naszych pachołków i janczarów. W całym obozie wrzało i huczało jak w największym rojowisku dzikich pszczół. Tak upłynęła reszta dnia na niekończących się bojowych przygotowaniach.

Wreszcie nadeszła duszna i parna noc, podczas której nie zapanowała jednak całkowita cisza i spokój. Janczarzy podnieceni perspektywą walki, nie kładli się spać z nastaniem ciemności. Spali tylko nieliczni wojownicy, większość zaś w dalszym ciągu szykowała broń osobistą, lub raczyła się jadłem i kumysem …

Tu opowiadający znów zamilkł, spojrzał na swoją fajkę, która już od dobrych kilku chwil nie dymiła całkowicie już wypalona. Jednooki wiarus zajął się jej wytrząsaniem, a następnie ponownym napełnianiem świeżym tytoniem.

Chłopiec w milczeniu przyglądał się jego czynnościom i jakby jeszcze raz przeżywał w swojej dziecięcej wyobraźni zasłyszane przed chwilą wydarzenia. Można przypuszczać, że bardzo zadziałała na jego bujną wyobraźnię ta barwna opowieść starego weterana walk i bezpośredniego uczestnika opowiadanych wydarzeń. Milczenie trwało przez dobrych kilkanaście minut. Zarówno opowiadający – zajęty napełnianiem swojej fajki – jak i słuchający go chłopiec, pozostawali w głębokim zamyśleniu i jedynie wesoły świergot kręcących się wokół ptaków wypełniał panującą ciszę.

Po napełnieniu fajki tytoniem, jednooki Batman skrzesał krzesiwem iskrę i tlącą się hubą przypalił fajkę. Znowu – jak poprzednio – pociągnął mocno z cybucha i wypuszczając do góry kłęby białego dymu odwrócił się do swego milczącego słuchacza, uśmiechnął się do niego przyjaźnie i podjął dalszy ciąg swojej ciekawej opowieści:

-        I tak to, mój drogi Osmanie, nadszedł dzień zmierzenia się dwóch potęg wojennych, dzień wielkiej bitwy. W naszym obozie zgiełk i zamęt trwał przez całą krótką, letnią noc. Wreszcie zaczęło świtać, ale od samego rana zaczęły napływać na niebo ciemne i ponure chmury. Rzekłbym, że nawet niebiosa nie były zadowolone ze zbliżającej się krwawej batalii. Słychać było nawoływania janczarów i rozkazy wezyrów i mułłów. Zaraz też zaczęły ustawiać się w bojowym szyku ordynki i ordy. Zdawałoby się, że w obozie panuje zamęt i chaos, jednakże w miarę wydawanych rozkazów, zapanowywała karność i dyscyplina wśród janczarów przyzwyczajonych do posłuszeństwa. W twierdzy również przygotowywano się do naszego ataku i uderzyły dzwony na trwogę. Długie żałosne odgłosy naszych trąb wzmogły czujność lechickich rycerzy.

Wnet też ruszyła pierwsza fala, nasz rekonesans złożony z trzydziestu tysięcy wyborowych ordyńców uzbrojonych w łuki, samopały i szable. Zagarnąwszy jeszcze pachołków, szli gęstą ławą w stronę twierdzy. Później, wyciągnąwszy się w długi półksiężyc, zaczęli okrążać warownię. Z za murów ukazał się niewielki oddział jeźdźców konnych, chcący prawdopodobnie zrobić bojową wycieczkę rozpoznawczą, ale na widok zbliżającego się półksiężyca ordyńców niezwłocznie wycofał się i zniknął za bramą, nie angażując się w bezpośrednie spotkanie …

 Batman znów przerwał i zamyślił się głęboko przywołując z pamięci dalsze wydarzenia, bezwiednie pociągając zagasłą już fajkę. Słuchający go chłopiec – z wypiekami na twarzy – nie przerywał zapadłego milczenia. Na twarzy jednookiego wiarusa widać było, że przeżywa te dawne wydarzenia po raz wtóry. Po chwili mówił dalej:

-        W miarę jak zbliżały się do murów warowni nasze zastępy, obrońcy twierdzy, widząc że nie jest to cała potęga Sułtana a jedynie liczna awangarda, wysłali jazdę na nasze spotkanie. Rozległy się dźwięki trąb, później komendy i równina zapełniła się ludźmi i końmi. Z dala widać było rotmistrzów z buzdyganami w ręku ogarniających chorągwie i szykujących je do boju. Konie parskały i rżały w szykujących się do boju szeregach. Długi półksiężyc naszych ordyńców i janczarów ruszył ku nim z okrzykami "Ałła", starając się opasać wychodzące chorągwie czarną wstęgą. I tu dopiero można było poznać doświadczenie obrońców i sprawność ich żołnierzy. Widząc że im nasi zachodzą i z prawej i lewej strony, rozdzielili się na trzy części i skoczyli na boki. Potem znów się rozdzielali, na coraz to mniejsze oddziały, zmuszając tym samym naszych ordyńców do coraz to nowych zwrotów i rozdrabnianie się ich szeregów. Nasi nie mieli nikogo przed sobą a skrzydła im rwano coraz mocniej. Dopiero za trzecim razem uderzono się pierś w pierś. Teraz, zamiast kilku odosobnionych, zawrzała jedna, ale tym bardziej zacięta, bitwa. W wirze czerniło się mrowie ruchliwe, rozszalałe, niby jakiś olbrzymi wir. Galopujące konie bez jeźdźców, szum, wrzask, grzechotanie samopałów. Jedni tłoczyli się przez drugich, inni próbowali nie dać się rozerwać. Płynęły godziny a bitwa nie ustawała, trwając z jednakową zaciekłością, na śmierć i życie.

Wreszcie – wykrwawiwszy się bardzo – obie strony zaczęły słabnąć. Janczarzy i ordyńce zaczęli nawoływać się i kierować do odwrotu. Obrońcy twierdzy – także nie mając ochoty na dalszą walkę – zaczęli zawracać do swojej warowni. Pierwsze starcie przyniosło wiele strat obu stronom, ale nie rozstrzygnęło bitwy na czyjąkolwiek korzyść. Obie strony wysłały pachołków do zebrania rannych i zabitych.

Pobojowisko wyglądało strasznie. Nim  uprzątnięto pole walki dzień zaczął się chylić ku końcowi. Z nastaniem zmroku Sułtan zwołał wojenną naradę. Postanowił dokonać przerwy w oblężeniu i ściągnąć większe siły. Wieczorem wysłano podjazdy na wszystkie strony celem sprawdzenia czy w międzyczasie nie byłoby możliwe najechanie jakichś mniejszych osad czy grodów położonych w sąsiedztwie. Podjazdy natychmiast ruszyły na zwiady, znikając w nadchodzących ciemnościach.

W obozie natomiast zaczęło się uspakajać i uciszać. Znużeni walką ordyńce pokładli się na odpoczynek. Rozgorzało mnóstwo ognisk, przy których pachołcy przygotowywali posiłek i napoje, natomiast lżej ranni opatrywali sobie rany. Nastała względnie cicha noc i tylko dookoła obozu słychać było nawoływania gęsto rozstawionych straży. Na niebo wypłynął ogromny księżyc rozświetlając całą okolicę bladym światłem i jakikolwiek ruch na przedpolu obozu byłby natychmiast spostrzeżony. W miarę upływu nocy ogniska stopniowo przygasały i nastała cisza przerywana tylko parskaniem koni.

Pamiętam jak dziś, Osmanie, że siedzieliśmy z twoim ojcem Chanem w jurcie i omawialiśmy nieudany dzień bitewny. Twój ojciec powiedział wówczas, że nie chciał przedsiębrać tej wyprawy i tylko na rozkaz Sułtana wyruszył ze swoją ordą. Nie był przekonany o potrzebie tej wyprawy wojennej. Analizując już uprzednio informacje zdobyte na rekonesansowych wyprawach, można było wnioskować o istnieniu znacznych sił wojskowych stacjonujących w warowniach na rubieżach Lechistanu, a także o możliwości odsieczy zagrożonej przez nas twierdzy przez ogromną armię Wojewody kijowskiego. (Na ilustracji Chan tatarski z XVII-tego wieku)

Tak zeszła nam noc na rozmowach, aż gwiazdy zaczęły się chylić ku północy. Siedzieliśmy jeszcze dalej – przy dogasającym ognisku – aż do momentu gdy straże zaczęły sygnalizować powroty naszych zwiadowczych podjazdów, które natychmiast prowadzono do Sułtana. Za chwilę zwołano tam na naradę całą starszyznę; między innymi poszliśmy też i my: twój ojciec i ja. Poszczególni dowódcy podjazdów składali swoje doniesienia z przeprowadzonych obserwacji. Dwaj z nich stwierdzili możliwość ataku na okoliczne gródki, natomiast jeden z janczarów – mocno zatrwożony – zrelacjonował, że zapuścił się ze swoim oddziałem w dość odległe tereny lechickie i natknął się na obozujące znaczne siły zbrojne. Jak się po pochwyceniu języka okazało, był to awangardowy oddział Wojewody kijowskiego a za nim podąża cała jego armia. Według wypowiedzi schwytanego jeńca, Wojewoda przybywa na odsiecz obleganej przez nas twierdzy. Sułtan, mając w pamięci klęskę z ubiegłego dnia, nakazał natychmiastowe wygaszanie ognisk i wydał rozkaz odwrotu w zupełnej ciszy. Takiemu cichemu manewrowi zaczęło sprzyjać także niebo, gdyż księżyc skrył się za ciemnymi chmurami i zapanowały prawie zupełne ciemności. Nasze karne oddziały budziły się i ustawiały w głuchej ciszy, a towarzyszący napływającym chmurom wiatr zagłuszał kroki i stąpania zarówno pieszych jak i koni. Tak też oddziały ordyńców wycofały się w zupełnej ciszy i zaczęły odwrót kierując się w stronę wołoską, gdzie po drodze można by łatwiej najechać i złupić jakiś gródek czy osadę. Nasz oddział janczarów pozostał jako osłona tylna cofającej się armii, a później, po zawiadomieniu Sułtana, twój ojciec z naszymi oddziałami postanowił skierować się w stronę ziem kozaczyzny, ażeby tam ewentualnie poszukać jakiegoś łupu w kozackich stanicach stepowych …

Opowiadający przerwał na chwilę, jakby coś przywołując sobie z pamięci, ale zaraz znów zaczął mówić:

-        Wiele miesięcy później dowiedzieliśmy się, że nasz odwrót spod twierdzy wprowadził w niemałe zdumienie jej obrońców. Z nastaniem dnia wyczekiwano na próżno naszego ataku. Z wielkim zdumieniem stwierdzono nasz nocny odwrót. Dowiedzieliśmy się również, że nasz odwrót nazwano cudem i dla jego upamiętnienia warownię i gród nazwano Cudnów.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Janczarzy i ordyńce byli źli z powodu poniesionej porażki i wycofania się bez zdobycia jakiegokolwiek łupu. Wybuchały więc między nimi sprzeczki i kłótnie. Lecz ojciec twój nakazał spokój, obiecując powetowanie strat w napotkanych stanicach kozackich.

Niebawem, wyprzedzający główne oddziały podjazd zasygnalizował zbliżające się wojska kozackie i janczarzy zaczęli szykować się do ataku. Szybko i sprawnie rozsypali się w półkole ażeby otoczyć wracający na kozaczyznę spory oddział kozackich jeźdźców, towarzyszący dużemu taborowi wyładowanych różnymi dobrami wozów. Wjechawszy na wzgórze zobaczyliśmy zbliżających się kozackich mołojców. Dojrzawszy nas huknęli wystrzałami i zaczęli buńczucznie potrząsać szablami aby odstraszyć nas od ataku. Jednakże nie powstrzymało to a – wręcz przeciwnie – podjudziło jeszcze naszych ordyńców, którzy pognali konie i ruszyli do przodu. W pędzie wypuścili gromadę strzał z łuków i wnet otoczyli całą kozacką gromadę. Po krótkiej chwili gwałtowne starcie przerodziło się w zupełny pogrom kozackiego oddziału i tylko nieliczni rzucili się do ucieczki. Ale i tym janczarzy nie pozwolili uciec, dogoniwszy ich wycięli wszystkich w pień.

Po skończonej potyczce uwagę naszą zwróciły kozackie wozy taboru. Były one załadowane wszelakim dobrem zrabowanym przez pogromionych kozaków gdzieś na lechickich ziemiach. Zaraz też ordyńce otoczyli wozy i zaczęli przygotowywać je do zabrania ze sobą jako zdobyczny łup wojenny.

Twój ojciec i ja zbliżyliśmy się do jednego z największych wozów, zaprzężonego w czwórkę koni i okrytego budą z parcianej płachty. Po podniesieniu jednej ze stron tej płachty, oczom naszym ukazało się wnętrze wypełnione różnymi dobrami. W głębi znajdowało się wymoszczone skórami i futrami leże, na którym spoczywała nieprzytomna lechicka branka o bladym obliczu. Przy jej legowisku siedziało służebne pachole i zalęknionymi oczyma wpatrywało się w nasze twarze. Nieprzytomna była młodą dziewczyną, mającą nie więcej niż dziewiętnaście lat i była bardzo piękną kobietą. Jej ubiór i złoty łańcuch na szyi – co dostrzegliśmy od razu – wskazywał na pochodzenie ze znacznego lechickiego rodu. Podczas gdy my oglądaliśmy wnętrze wozu, zalęknione pachole wodziło w milczeniu oczyma po naszych twarzach, ale nie widząc w nich srogości, zaniosło się dotąd wstrzymywanym płaczem.

Ojciec twój, domyślając się lechickiego pochodzenia porwanych a znając język lechicki, odezwał się łagodnie do pacholęcia: "Nie bój się, nie chcemy wam zrobić żadnej krzywdy. Powiedz nam skąd się tutaj znaleźliście i kim jesteście?" Pachole, które miało około czternastu lat, płaczliwym głosem odpowiedziało, że pochodzą z wołyńskiego grodu skąd zostali porwani przez kozaków, którzy wymordowali ich bliskich. Ta panienka jest jego panią i jest wołyńską księżniczką. Następnie pachole – ciągle łkając – opowiedziało o straszliwej rzezi jaką urządzili w ich grodzie kozacy. Opowieść ta wstrząsnęła do głębi nawet tak zahartowanego wojaka jakim jest twój ojciec, Osmanie. Zwrócił się do pacholęcia tymi słowami: "Nie bój się nas, nie zrobimy wam żadnej krzywdy. Kozaków już nie ma a my zabierzemy was ze sobą i nie pozwolimy was skrzywdzić." Po tych słowach służebne pachole uspokoiło się nieco, przestało szlochać i zajęło się swoją panią, przykładając jej do czoła wilgotną chustę. Ojciec twój okrył troskliwie nieprzytomną niewiastę a zakrywając szczelnie płachtę wozu rozkazał ordzie zmianę kierunku i powrót ku południowym stepom, do naszych siedzib. Oświadczył ordyńcom, że wszystkie zdobyte trofea przeznacza do podziału dla uczestników wyprawy, zatrzymując dla siebie jedynie ten jeden wóz z budą. Kazał mi też niezwłocznie zająć miejsce na jego koźle i prowadzić go ostrożnie i starannie.

Nazajutrz ruszyliśmy ochoczo ku domowym stepom a wstający dzień zastał nas już daleko w drodze. Niebawem stanęliśmy na krótki posiłek dla ludzi i karmę dla koni, po czym ruszyliśmy dalej. Nastrój wśród ordyńców i janczarów był wyśmienity; cieszyli się z powrotu do swoich jurt i to nie z pustymi rękami.

Ażeby cię nie zanudzać, nie będę ci tu opisywał mój drogi chłopcze dalszej podróży, dodam tylko, że u schyłku następnego dnia dojrzeliśmy naszą rzekę i rozłożoną nad nią naszą osadę. Jakoż też wnet zostaliśmy powitani przez naszych kamratów i nasze rodziny.

Twojego ojca i mnie powitała na progu jurty jego matka i wierni słudzy. Po krótkiej relacji przebiegu wyprawy, twój ojciec kazał janczarom postawić ze skór nową, okazałą jurtę, w której sam wymościł wygodne łoże, na które kazał przenieść nieprzytomną jeszcze brankę. Do nowej jurty przeniesiono również wszystkie dobra z wozu i wprowadzono pacholę, zapewniając chłopca, że ani jego pani, ani jemu nie grozi żadna krzywda i że zostaną otoczeni staraniem i opieką. Zapadła stepowa noc i wszyscy wypoczywaliśmy z ulgą w naszym rodzinnym Tatarstanie, po przebytych trudach i wrażeniach…

 Ponownie zapadła chwila ciszy, po czym jednooki wiarus tak dalej kontynuował swoją opowieść:

-        Tak mój drogi chłopcze, opowiedziałem ci te wydarzenia szczegółowo ponieważ mają one istotne znaczenie dla ciebie. Dalej nie będę już opowiadał tak drobiazgowo, bo nastały zwykłe dni naszego stepowego życia.

Po kilku dniach lechicka branka zaczęła odzyskiwać przytomność i stan jej zdrowia zaczął się powoli poprawiać. Twój ojciec przejawiał coraz większe nią zainteresowanie, wydając się być pod jej urokiem. Traktował ją z szacunkiem należnym dla jej książęcego stanu i dogadzał jej we wszystkim. Lechicki chłopak okazał się bardzo sprawny służąc swojej pani. Coraz bardziej też przywiązywał się do twojego ojca, darząc go pełnym zaufaniem. Dość powiedzieć, że owa lechicka branka – po powrocie do zdrowia – zaczęła przyzwyczajać się do naszego życia, dobrze pamiętając że po najeździe kozackim nie miała już do czego ani do kogo wracać, a widząc starania twojego ojca o jej byt i wygody, traktowała go coraz przyjaźniej.

Na takim spokojnym stepowym życiu upłynął nam cały następny rok. Pod nadzorem twojego ojca, janczarzy zajmowali się pasterstwem, hodowlą i uprawą roślin. Nikt nie myślał o nowej wyprawie łupieżczej, tym bardziej że twój ojciec zajęty był zabieganiem o względy pięknej branki.

Z nastaniem następnego lata zaczęto przemyśliwać o dokonaniu nowej zbrojnej wyprawy na północne krainy. Wówczas to branka-księżna – posiadająca już niemały wpływ na twojego ojca – uprosiła go by jej przyrzekł, że w nowej wyprawie nie będzie dokonywał najazdów na lechickie grody a jedynie na osady kozackie. Twój ojciec, Osmanie, który liczył się bardzo z jej mądrymi radami, przysiągł tak właśnie czynić i nową wyprawę skierował na ziemie kozackie.

Nie mogę ci opowiedzieć dokładnie tej wyprawy, ponieważ już w pierwszym starciu otrzymałem od kozackiego atamana cios szablą kitają przez czoło i ległem bez ducha na polu walki. Pamiętam tylko, że przed otrzymaniem tego ciosu zasłoniłem przed nim twojego ojca. Odzyskałem świadomość dopiero po paru tygodniach i stopniowo zacząłem wracać do zdrowia. Z opowiadań twojego ojca dowiedziałem się, że sam uniósł mnie z pola walki wiedząc że zawdzięcza mi życie i czynił wszelkie starania o przywrócenie mi zdrowia. Pod troskliwą opieką jego i lechickiej branki wolno wracałem do sił, lecz oko niestety pozostało już niewidome.

Tak też z wojownika stałem się sługą i przyjacielem tych, którzy dołożyli wszelkich starań ażeby przywrócić mi żywot i zdrowie; i tak to trwa do dziś. Dowiedziałem się także, że ówczesna wyprawa na kozaczyznę przyniosła duże wojenne łupy. I znowu popłynęło spokojne stepowe życie, z tym tylko, że twój ojciec i lechicka branka – w obliczu mułły i Allacha – pobrali się i stali małżeństwem. W ten sposób lechicka księżna stała się twoją matką Osmanie. Urodziłeś się ty, a twój ojciec coraz mniej przedsiębrał wojennych wypraw, ponieważ przysiągł twojej matce że jego orda już nigdy nie najedzie lechickiej ziemi. Obecna zaś wyprawa naszej ordy ruszyła na kozackie stanice w odwet na ich zaczepki. (Na Ilustracji kozak w zasadzce, w XVII-tym wieku)

Tu opowiadający przerwał na chwilę swój monolog, rozejrzał się po szarzejącym już niebie i kładąc rękę na ramieniu chłopca powiedział:

-        Tak chłopcze, na dziś dość już opowieści. Wracaj do swojej mamy, a ja też idę na wieczerzę. Po czym wstał z ławeczki i oddalił się w stronę sąsiedniej jurty. Chłopak – spoglądając jeszcze za nim – zbliżył się do ich rodzinnej jurty i odchylając zasłonę wszedł do wnętrza oświetlonego płonącym ogniskiem, przy którym krzątała się jego matka.

Rozdział III

Powrót Ordy (początek strony)

Po wejściu do jurty chłopak zbliżył się do matki i przytulił do jej boku. Matka również przygarnęła syna do siebie i było oczywiste że darzy go wielką miłością. Po chwili milczenia odezwała się w te słowa:

-        Cóż ci to synku opowiadał nasz wierny Batman? Tak byliście zajęci sobą, że zapomniałeś o przyjściu na wieczerzę, a ja widząc jak ciekawie go słuchasz nie chciałam cię wołać żeby wam nie przerywać.

Chłopak przytulił się jeszcze mocniej do matki i w kilku słowach wyraził swój zachwyt o tym co usłyszał, następnie powiedział:

-        Mamo, pamiętam jak kiedyś mi mówiłaś że  pochodzisz z dalekiego kraju. Czy to prawda że zostałaś przywieziona przez mojego ojca z Lechistanu?

I w kilku krótkich zdaniach streścił to co usłyszał na ławeczce przed jurtą. Na co matka – po dłuższej chwili zamyślenia – odpowiedziała:

-        Tak synku to wszystko jest prawdą. Nasz wierny Batman nie potrafiłby skłamać ani jednego słowa. Było to bardzo dawno i wszystko zaczyna mi się już zacierać w pamięci. Obecnie jestem wdzięczna twojemu ojcu za to że otoczył mnie opieką w czasie mojej choroby i uszanował moją wolę, darząc mnie szacunkiem i zaufaniem. Był dobry i delikatny, także w końcu przyzwyczaiłam się do niego i pokochałam go szczerze. Podjęłam wtedy decyzję poślubienia twojego ojca i pozostania w tym kraju, natomiast chłopak który mi usługiwał został odwieziony przez twojego ojca do Lechistanu, zwanego też Polską. Potem urodziłeś się ty mój synku a twój ojciec otoczył nas jeszcze większą troską, zapewniając nam szczęśliwy i dostatni byt.

Po chwili milczenia, chłopiec – zaglądając matce w oczy swoim dziecięcym, ufnym spojrzeniem – poprosił:

-        Mamo opowiedz mi o twoim dalekim kraju, opowiedz mi o Polsce. Pamiętam trochę, jak niegdyś zaprowadziłaś mnie nad rzekę i polewając wodą moją głowę uczyniłaś tajemniczy znak i wypowiedziałaś jakieś nieznane mi słowa ...

Matka odrzekła z powagą na twarzy:

-        Siadaj tu przy mnie mój synku, nadszedł czas ażebym ci opowiedziała wiele istotnych rzeczy …

I tu popłynęła długa i tęskna opowieść: O dalekim północnym kraju zwanym Polską; wspomnienia o beztroskim dzieciństwie przerwanym przez najazd kozackich sotni, o ich okrucieństwie i zbrodniach. Później usłyszał opowieści weselsze: O rodzącej się nadziei spokojnego życia; o tym jak oczekiwano jego narodzin, jak się z nich cieszono i jak to szczęśliwa matka wiązała z nim wiele nadziei i radości. O tym jak z ręki matki otrzymał nad rzeką chrzest, właśnie przez skropienie jego czoła wodą i wyrzeczenie słów: "Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". Dalej matka wyjaśniła chłopcu znaczenie tych słów i ich potęgę, oraz pokazała zawieszony na jej szyi złoty łańcuszek ze złotym krzyżykiem i złotym medalionem. Wyjaśniła przy tym wagę tego talizmanu i podkreśliła ażeby nigdy nie zapomniał że jest z pochodzenia Polakiem. Chciałaby ażeby, gdy dorośnie, powrócił do jej dalekiej Ojczyzny, a po jej śmierci ma zabrać ten krzyżyk i medalion.

Opowieść matki trwała do późna w nocy, aż ognisko w jurcie przygasło i chłopaka zmorzył głęboki sen. Matka przykryła syna i sama udała się na spoczynek. Zapadła nad stepem cicha letnia noc. Mimo iż stepowa osada znajdowała się w kraju którego nigdy jeszcze nie najechały żadne obce wojska, po jej krańcach przechadzały się straże janczarów, chyba więcej ze zwykłego obowiązku niż z poczucia niebezpieczeństwa.

Normalne życie w tatarskich osadach płynęło leniwie i sennie a po wyruszeniu młodych i zdrowych mężczyzn na wojenną wyprawę prawie zamierało. Stepowe osady ożywały dopiero po powrocie wojowników, co w osadzie Osmana miało nastąpić nazajutrz, gdyż przybyły przed wieczorem podjazd obwieścił wracającą z długiej wyprawy ordę.

Po spokojnej, parnej nocy nad rozległym stepem wstawał letni dzień. Nisko nad trawami snuły się mgły a wyżej rozjaśniało się niebo od wstającego ze snu słońca. Batman, mimo że po wczorajszych wspomnieniach zasnął bardzo późno, obudził się wcześnie. Budził się zwykle jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca, zapewne z przyzwyczajenia. Wyszedł z jurty i rozejrzał się uważnie dookoła, ogarniając wzrokiem osadę, step i czuwających przy tlących się ogniskach janczarów. Stwierdziwszy że wszystko znajduje się w należytym porządku, zaczął się krzątać przy ogrodzeniu swojej jurty, sprawdzając stan i umocowanie poszczególnych żerdzi. Widać było, że te czynności weszły mu już w nawyk i nadzór nad wszystkim należał do jego obowiązków. Wnet zza widnokręgu wystrzeliły złote promienie wstającego ze snu słońca. Zapowiadał się kolejny piękny, letni dzień, jak zwykle na tych południowych stepach.

Osada zaczynała budzić się już na dobre. Z jurt zaczęły wychodzić na kobiety z bukłakami w rękach, kierując się do rzeki po wodę, inne niosły pościel i odzież przeznaczoną do prania. Mężczyźni spieszyli do odległych o kilkadziesiąt kroków zagród aby wydoić kozy, krowy i klacze, z których mleka przyrządzano tradycyjny kumys. Wszystko przebiegało według odwiecznie ustalonego porządku. Słońce podnosiło się coraz wyżej na nieboskłonie, ogrzewając ziemię, ludzi i zwierzęta swoimi złotymi promieniami.

W tatarskiej osadzie, w okresie wyprawy ordy na dalekie podboje, zostawali tylko mężczyźni nie będący już wojownikami, kobiety, dzieci, oraz kilkunastu uzbrojonych janczarów pozostawionych przez baszę do ewentualnej obrony. Stepowa osada zaludniała się i ożywiała dopiero po powrocie ordy z północnych rubieży. Na ten właśnie moment oczekiwano w jurtach dzisiejszego ranka. Dlatego też nowy dzień rozpoczęto wcześniej niż zwykle, większym niż normalnie ożywieniem.

Kiedy słońce zaczęło się już zbliżać do zenitu, straże usłyszały od strony północnej zgiełk i zamieszanie. Wzniosły się tumany kurzu podnoszone przez zbliżających się jeźdźców konnych. Wylegli z jurt wszyscy mieszkańcy: mężczyźni, kobiety i nawet dzieci; wszyscy oczekiwali z niecierpliwością przybycia ordy. Kilku janczarów wskoczyło na konie znajdujące się w najbliższej zagrodzie i na oklep, z wielkim impetem i okrzykami ruszyło naprzeciw nadciągającej kawalkadzie. Za wracającymi jeźdźcami wolno posuwały się wozy zaprzężone w jeden, dwa, lub cztery konie.

Wnet też spotkali się wyjeżdżający naprzeciw janczarzy z wracającymi z wyprawy pobratymcami; wzbiły się w powietrze gromkie okrzyki i radosne wrzaski witających się kamratów. Huknęło też kilkanaście strzałów oddanych z samopałów w powietrze. Wkrótce powracający zbliżyli się do przedpola osady skąd ruszyli im na powitanie oczekujący członkowie ich rodzin. Gromkim okrzykom, hałasom i powitaniom nie było końca.

Janczarzy zaczęli odprowadzać do zagród uwolnione od jeźdźców konie, piesi ruszyli tłumnie ku jurtom, a wypełnione łupami wozy zaczęły wjeżdżać na centralny plac osady. Wszędzie panował tumult i hałas. Cicha jeszcze rano osada ożywiła się zgiełkiem radości i podniecenia.

Ordyńce przystąpili do rozładowywania wozów i podziału przywiezionych ze sobą łupów. Widać było wyraźnie, że wyprawa na  kozaczyznę obfitowała trofeami. Najstarszy z wojowników, którego przywitała była lechicka branka z synkiem Osmanem, skierował się do największej jurty, gdzie przed jej wejściem powitał go serdecznie jednooki Batman. Po wymianie powitalnych uścisków cała grupa zniknęła w jej wnętrzu.

Podczas gdy na zewnątrz trwała radość ze spotkania towarzyszy i rozlegał się gwar głosów janczarów opowiadających wrażenia z odbytej wyprawy, wewnątrz jurty wodza było dużo spokojniej. Basza z wielką radością uściskał syna, po czym zwrócił się do niego:

-        Chodź mój drogi Osmanie, niech ci się przyjrzę jak wspaniale urosłeś. Bardzo się cieszę iż nareszcie już was ujrzałem. Tęsknota za wami dodawała mi skrzydeł do szybkiego przebycia tego szerokiego stepu. Pozwólcie więc nacieszyć moje oczy waszym drogim widokiem. Zwracając się do kobiety, odezwał się czule i łagodnie:

-        Moja jedyna Sułtanko, chcę ci powiedzieć, że na obecnej wyprawie dotrzymałem danej ci przysięgi i ominąłem starannie wszystkie lechickie ziemie. Złupiliśmy jedynie wiele stanic kozackich na Wołoszczyźnie i Zaporożu, biorąc jakby odwet za krzywdy jakie oni wyrządzili niegdyś tobie i twojej  rodzinie. Ponadto chcę ci oznajmić że zostanę już z wami na zawsze; właśnie złożyłem Sułtanowi prośbę o zwolnienie – mnie i moich kamratów – z udziału w przyszłych wyprawach. Wszyscy moi wierni ordyńce i janczarzy w zupełności zgadzają się z moją decyzją, pragnąc poświecić się jedynie pasterstwu i uprawie roli. Moi kamraci, równie jak ja, chcą pozostać w swoich jurtach, ze swoimi rodzinami. Nie chcą już ponosić więcej ofiar i strat. Jak więc widzisz moja droga Sułtanko, pod twoim wpływem zmieniłem się zupełnie. Chcę się teraz poświęcić wychowywaniu mojego syna, nie na dzikiego wojownika, a na prawego i uczciwego człowieka. Być może że nasz Osman zostanie kiedyś kupcem i odwiedzi twoje rodzinne strony. Jak więc widzisz moja Sułtanko, o nieznanym w tym kraju imieniu Laury, gdybym mógł, to bym zdjął dla ciebie z niebieskiego firmamentu wszystkie gwiazdy i rzuciłbym ci je do twoich małych stóp! Teraz, z tej wyprawy, przywiozłem dla ciebie wiele wspaniałych rzeczy: szaty, biżuterie i drogie pachnidła, które odebraliśmy kupcom kozackim i wołoskim. Czyniąc tak nie czułem wyrzutów rozbudzonego przez ciebie mojego sumienia, ponieważ na Allacha, lub twojego nieznanego mi Boga, jestem przekonany, że owi napotkani kupcy nie posiedli tych wszystkich rzeczy w sposób sprawiedliwy.

Mówiąc te słowa basza wodził oczyma za krzątającą się po jurcie kobietą. Ta zaś, wykonując czynności gospodyni, co chwila spoglądała na przemawiającego do niej mężczyznę. Widać było że tych dwoje ludzi łączy miłość, szacunek i wzajemne oddanie. W takiej rodzinnej atmosferze upłynął wieczór, aż do późnej nocy.

Na zewnątrz jurty gwar stawał się coraz słabszy, wszyscy rozchodzili się na odpoczynek, a na placu pozostali już tylko nieliczni janczarzy racząc się kumysem lub przywiezioną ze sobą gorzałką. Pomimo radości i podniecenia wszędzie panowała karność, dyscyplina i porządek. Nieopodal widać było jeszcze – puste już – wozy taboru. Wyprzężone konie odprowadzone zostały do zagród pasterskich, a rozniecone uprzednio ogniska zaczęły stopniowo przygasać. Czuwał jeszcze zapobiegliwy Batman, ogarniając wzrokiem swojego bystrego, jedynego oka zapadającą w sen osadę.

Wnet też cały plac opustoszał całkowicie. Batman również udał się do swojej jurty na zasłużony odpoczynek. Jak każdej nocy, nad spokojnym snem osady czuwały straże janczarów, nadzorowane przez dyżurnych zwierzchników. Strudzeni wojacy nareszcie mogli spokojnie usnąć, bez potrzeby ciągłego nasłuchiwania i strachu. Mijała cicha stepowa noc, przerywana tylko odgłosami nawołujących się straży, a od czasu do czasu słychać było krzyk jakiegoś obudzonego niespodzianie ptaka lub szelest poruszanych leciutkim stepowym wietrzykiem skór okrywających jurty. Do rana było w osadzie cicho i spokojnie.

Następnego dnia, kiedy słońce znów pojawiło się na niebie, życie mieszkańców tatarskiej osady potoczyło się już normalnym, pasterskim trybem. Także życie rodzinne naczelnika osady stało się łatwiejsze. Poza rodzinną jurtą, basza, przy pomocy wiernego Batmana, zajmował się całością spraw osady. Nadzorował prace pasterskie i gospodarcze, zajmował się rozstrzyganiem sporów sąsiedzkich, aczkolwiek tych sporów nie było zbyt wiele. Żona wodza, zwana przez niego Sułtanką, a w rzeczywistości księżna Laura pochodzenia polskiego, zajmowała się ogniskiem domowym oraz starannym wychowywaniem swojego jedynego syna.

W długich rozmowach przekazywała mu wszystko co sama wiedziała na temat wiedzy ogólnej czy ogłady towarzyskiej, oraz starała się zaszczepić w jego sercu miłość do swojej dalekiej Ojczyzny, Polski. Cierpliwie, krok po kroku, posługując się posiadaną książeczką z modlitwami, uczyła syna czytać w rodzinnym języku. Później, uczyła go pisania poszczególnych liter, słów i całych zdań. Tym sposobem nauczyła go prawie biegle czytania i pisania. Należy tu nadmienić, że przybory do pisania, modlitewnik oraz inne jeszcze książki nabył od kupców jej mąż basza, który bardzo się starał ażeby jego Sułtance niczego nie brakowało w tym dalekim kraju. W ten to sposób troskliwa matka przekazała synowi posiadaną przez siebie wiedzę, czyniąc go w miarę wykształconym człowiekiem. Jak przyszłość pokazała, cała ta wiedza bardzo mu się później w życiu przydała.

Laura nazywała syna imieniem, które nadała mu polewając jego główkę w Imię Boże, a więc Bolusiem. Chłopak, będąc bardzo inteligentny, chłonął namiętnie wszystkie przekazywane mu przez matkę nauki i rady. Pod jej wpływem stawał się bardzo wrażliwym i rzetelnym chłopcem. Posiadając charakter matki czuł coraz większą potrzebę bliższego poznania dalekiej i nieznanej mu jeszcze Polski.

ciąg dalszy na stronie: Rozdzialy IV i V

 

Zygmunt i Anna z Koźlakowskich Serdakowscy, 1945.

Pytania i komentarze

 
Indeks:

Ogólny spis treści 
ta strona: 
Rozdział I, Rozdział II, Rozdział III

Słowo wstępne

Przetłumaczone niedawno z rosyjskiego na polski fragmenty obszernej książki M. Dowgielskiego, stanowiące treść tej strony, są niewątpliwie bazą do dalszych poszukiwań ciekawej i oryginalnej historii rodu Serdakowskich. Jeden z egzemplarzy tej kroniki-powieści zachował się w rodzinie Bronisława Serdakowskiego, mieszkającego obecnie w Dębnie Lubuskim, o czym sam Bronisław wspomina w uwagach zamieszczonych po tekście głównym. Pisze on również o tej książce jako o głównym źródle informacji do przygotowanej i wydanej przez niego w roku 2002-gim „Biografii Rodu Serdakowskich”.

Dla mnie, który również grzebie się od lat w przeszłości przodków, relacja ze spotkania dwóch braci pra-pra-dziadów (Eustachego i Michała), opisana w rozdziale IX-tym, jest rewelacją i nie tylko potwierdza fantastyczne opowieści mojego stryja Henryka, ale również odpowiada na dawno nurtujące mnie pytanie: Dlaczego, jak i kiedy moi przodkowie osiedlili się na pińskim Polesiu? Dawniej wiedziałem tylko (ze „Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego”),  że majątek mojego ojca, Otołczyce, odziedziczony został przez jakiegoś Serdakowskiego, ale teraz wiem, że nie został odziedziczony a kupiony przez mojego pra-pra-dziada Eustachego, który schronił się na Polesie na skutek prześladowań Polaków przez carską Rosję po powstaniu styczniowym 1863-go roku.

Od stryja Henryka dowiedziałem się, że nasz ród wywodzi się z krymskich książąt tatarskich i że on sam – jako dziecko – bawił się w Otołczycach pieczęcią z wyrytymi: siedmiopałkową koroną, skrzyżowanymi szablami oraz księżycem w nowiu obejmującym trzy gwiazdy (zobacz tylną okładkę)!

Od Bronisława Serdakowskiego i z książki Dowgielskiego, dowiedziałem się, że moim pra-pra-pra-dziadem (ojcem Eustachego) był oficer francuski, porucznik markiz de Serdain, który, wracając ranny spod Moskwy wraz z rozbitą armią Napoleona, schronił się na polskim dworze w Oszmianie i ożenił z polską panną, dając początek rodowi Serdakowskich. Według Bronisława, ten francuski oficer pieczętował się herbem na którym widniał: księżyc w nowiu obejmujący trzy gwiazdy i że taki herb wyryty jest na istniejącym podobno nadal grobowcu rodzinnym Oszmiańskich i Serdakowskich na cmentarzu w Oszmianie!

Cała – dotychczas znana – historia naszego rodu oparta jest na opowieściach i legendach: tych przekazywanych z ojca na syna i tych opisanych w książce Dowgielskiego. Wiele informacji potwierdza się w innych przekazach, ale nadal brak jest jednoznacznych dokumentów, takich jak: kopie zapisów metrykalnych, fotografie nagrobka Serdakowskich w Oszmianie, czy wreszcie kopie rejestrów francuskich dotyczących służby wojskowej porucznika markiza Edmunda de Serdain i jego udziału w rosyjskiej kampanii Napoleona.

Poszukiwaniami takich i innych dokumentów chcę się zająć w najbliższych miesiącach i latach, mając nadzieję że przepiękna i romantyczna opowieść znajdzie potwierdzenie również w archiwach.

Krzysztof Serdakowski
(potomek Eustachego)

Od tłumacza

Uwagi o rozdziałach książki

Autor omawianej powieści, jak należy domniemywać, miał na względzie opisania dziejów zaprzyjaźnionej sobie rodziny i opublikowania jej biografii poczynając od powstania rodów, a szczególnie uwypuklenia dziejów sobie współczesnych, to jest spotkania i wspomnień dwóch braci bliźniaków. Jednakże pisząc swoje dziełko był zmuszony do zbeletryzowania tej historii. Należy przypuszczać, że taka budowa powieści była konieczna z uwagi na obowiązek przedłożenia jej przed wydaniem rosyjskiej cenzurze.

Warunkiem wydania w tamtych czasach jakiejkolwiek książki było uzyskanie pozytywnej opinii panującego wówczas w Polsce rosyjskiego zaborcy i jego nieubłaganej cenzury. Z tego też powodu konieczne było napisanie gloryfikującej Polskę części historycznej w formie powieści romantycznej. Ta część powieści została wydzielona w rozdziałach od 1 do 7.

Tym niemniej swoista treść tej części nawiązuje do wspomnień braci opisanych w pozostałych dwóch rozdziałach. Te rozdziały książki autor poświęca wyłącznie wydarzeniom sobie współczesnym to jest dotyczącym spraw zaprzyjaźnionej rodziny. Rozdziały te stanowią jakby kanwę całej powieści i są niejako odrębnymi częściami tej książki stanowiącymi jej istotne motto. Świadczy o tym umieszczenie przez autora słowa "Koniec" na zakończenie każdego z nich. Dlatego też właśnie te dwa rozdziały są najbardziej cenne dla badacza genezy rodu ponieważ opisane tu są dość szczegółowo istotne wydarzenia związane z opisywanym rodem.

Tłumaczyła z rosyjskiego: mgr historii Violetta Halina Jańczak, zamieszkała w Kostrzyniu nad Odrą (66-470) na ulicy Orła Białego 19b/20

Dyplom nr 113/95 Wydziału Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu Uprawnienia tłumacza nr 17/98 Związku Literatów Polskich Oddział w Poznaniu

Tłumacz przysięgły języka rosyjskiego Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu Nr rejestracyjny: 118/99 Kostrzyń nad Odrą, dnia 13-go sierpnia 2002 roku.

Uwagi Bronisława Serdakowskiego
(potomka Michała)

Część I

O pochodzeniu książki "Stefankowe Siedlisko" 

Książka ta – jak sięgam pamięcią – znajdowała się w zbiorze książek rodzinnych w naszym domu w Brożole. Możliwe, że nabył ją lub też otrzymał od dziadka mój ojciec, a także zapewne czytał ją, gdyż świetnie znał język rosyjski. Dziadek mógł tę książkę otrzymać bezpośrednio od jej autora, z którym mógł się przyjaźnić. Można domniemywać, że w owych czasach nakład takich książek nie mógł być wielki.

Ja w dzieciństwie bardzo lubiłem czytać książki i wiele czytałem. Gromadziłem też książki które udało mi się zdobyć. Pamiętam, że takim dostawcą książek był chłopak z Brożoły, o nazwisku Sładkiewicz, sporo starszy ode mnie. Miał on wtedy około czternastu lub piętnastu lat i mieszkał ze swoimi rodzicami w tym samym budynku, w którym mieściła się szkoła podstawowa. On też, wiadomymi sobie sposobami, wykradał książki ze zbiorów szkolnej biblioteki i przynosił mojemu ojcu.

Mój ojciec, widząc moje zainteresowanie książkami i chcąc mi zapewnić możliwość ich czytania, kupował je od tego chłopaka za jakieś kwoty pieniężne. Stąd też wiele książek z naszej domowej biblioteczki książek posiada numer i jest ostemplowanych pieczątką szkoły podstawowej w Brożole. Należy tu nadmienić, że znajdujące się wówczas w szkolnej bibliotece polskie książki w tym wojennym czasie nie były nikomu wypożyczane i wykradzenie ich z biblioteki przez tego chłopca oraz zakupienie przez mojego ojca było sposobem ich ratowania. Pozostałe książki tej szkolnej biblioteki zostały później przez Litwinów spalone. Widział to mój ojciec i żałował, że nie namówił tego chłopca na przyniesienia większej ich ilości.

Wracając do napisanej po rosyjsku kroniki Dowgielskiego, wspomnianej na wstępie, nie potrafię powiedzieć skąd ta książka znalazła się w domowym zbiorze. Jak już nadmieniłem była w naszym domu od kiedy sięgam pamięcią. Wszystkie książki zostały w czasie repatriacji zabrane i przywiezione do Polski, na Ziemie Zachodnie, do pierwszego miejsca zamieszkania naszej rodziny, to jest do Młynisk. Później, przeprowadzając się do Dębna, zabrałem wszystkie książki ze sobą. Większość umieściłem w domowej biblioteczce, natomiast część z nich, z braku miejsca w szafce bibliotecznej, zapakowane zostały w paczki i umieszczone w piwnicy.

Omawianą książkę odnalazłem właśnie w piwnicy. Muszę dodać, że w tam przechowywane były książki o mniejszej – jak mi się wydawało – wartości i co do których nie przejawiałem większego zainteresowania. Ta książka z racji swojej obcojęzyczności nie wzbudzała przez długo mojej uwagi. Odnalazłem ją przez przypadek w marcu 2002-go roku, kiedy to szperając w piwnicy wśród książek, otworzyłem ją na chybił trafił i przeczytałem kilka zdań.

W trakcie czytania stwierdziłem zdumiony, że książka ta zawiera bardzo istotne wiadomości dotyczące naszego rodu. Zagłębiając się dalej, przekonałem się z całą pewnością, że jest to bardzo cenny materiał do opracowywanej przeze mnie biografii. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego mój ojciec przechowywał ją z pietyzmem i przywiązywał tak wielką wagę do zabrania jej ze sobą w czasie repatriacji do Polski.

Książka ta okazała się skarbnicą wiedzy na temat powstania rodu Serdakowskich i rozsypki jego członków po świecie na skutek dziejowych zawieruch. Zapisane są główne wydarzenia i daty i nawet legendarne dzieje praprzodka pochodzenia tatarskiego są szeroko opisane i skomentowane. Po przeczytaniu książki zrozumiałem wiele istotnych szczegółów usłyszanych w dzieciństwie w opowieściach ojca. Musiała ta książka mieć wielkie znaczenie dla niego, gdyż mimo niechęci do Rosjan, zabrał ją ze sobą do Polski.

Tylko część książki dotyczy rodu Serdakowskich. Dokonałem więc selekcji i zleciłem tłumaczenie istotnych dla mnie rozdziałów. Następnie wprowadziłem tłumaczenie do komputera, co znacznie ułatwiło szybkie korzystanie z tekstu.

Bronisław Serdakowski
Dębno, marzec 2002-go roku

Uwagi Bronisława Serdakowskiego
(potomka Michała)

Część II

O książce "Stefankowe Siedlisko", jako głównym źródle powstania

"Biografii Rodu Serdakowskich"

(napisanej i wydanej przez niego w roku 2002)

Czytając książkę Dowgielskiego można się zastanawiać dlaczego autor opisując wydarzenia historyczne nie opisuje bliżej wojen toczonych przez Polskę w tamtych czasach? Nie umiejscawia też dokładniej miejsc akcji, ani wydarzeń w konkretnych datach kalendarzowych, odsyłając czytelnika do wydawnictw historycznych? Analizując książkę można też stwierdzić, że autor omawia jedynie lokalne wydarzenia i umiejscawia w czasie jedynie wydarzenia rodowe.

Wyjaśnienie tego wydaje się być związane z sytuacją polityczną ówczesnych czasów. Otóż autor wydawał swoją książkę w czasach kiedy Polska znajdowała się pod zaborem rosyjskim i stąd jakiekolwiek bliższe opisanie wydarzeń historycznych, czy też dokładniejsze umiejscowienie w czasie lub miejscu, mogłoby spowodować negatywne opinie władz rosyjskich i w konsekwencji publikacja taka nie uzyskałaby zezwolenia rosyjskiej cenzury i nie mogłaby być wydana.

Zastanawiałem się też nad osobą autora książki, który tak wiernie opisuje dzieje naszego rodu. Po przeanalizowaniu wielu publikacji bibliograficznych i przestudiowaniu nazw miejscowości zamieszkiwanych przez litewską szlachtę, doszedłem do wniosku, że autor mógł być bliskim przyjacielem jakiegoś członka rodu Serdakowskich.

Zastanawiając się nad nazwiskiem autora książki: Dowgielskij, doszedłem do wniosku, że tym przyjacielem mógł być litewski szlachcic pochodzenia rosyjskiego o nazwisku Dowgiłło, mieszkający w majątku Dowgiły lub Dobiły. Analizując stare mapy majątków ziemskich na polskich kresach wschodnich, stwierdziłem rzeczywiste istnienie takiej miejscowości. Na jednej z tych map znajdowała się nazwa pierwsza, a na innej druga. Studiowane przeze mnie mapy zostały wydane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w roku 1930-tym i wznowione w roku 1935-tym.

Analizując oryginalną nazwę miejscowości: "Sieło Stiepanczykowo", stwierdziłem, że na dawnych wschodnich terenach Królestwa Polskiego istniały ziemie nazywane Ruś Biała, gdzie mówiono i pisano regionalnym językiem białoruskim. Stąd też mógł zaistnieć fakt zapisania nazwy tej miejscowości – jak sugeruje autor – początkowo jako: "Stefankowe Siedlisko", po białorusku: "Stiepankowe Sieło", które później zmieniono na "Sieło Stiepanczykowo".

Jeżeli chodzi o legendę powstania nazwy Oszmiana, opisaną w rozdziale VIII, to protoplasta rodu był z całą pewnością przodkiem późniejszego dziedzica Oszmiańskiego, pojawiającego się jako jeden z korzeni rodu Serdakowskich. Do tego stwierdzenia skłania mnie treść napisu wykuta na płycie nagrobnej, który według autora książki brzmi: "Tu spoczywa na prochach swoich przodków ... dziedzic tych ziem ... Oszmiański", a także stwierdzenie Michała, że tu: "… leżą szczątki jego pradziadków i dziadków ...".

W rozdziale IX-tym autor omówił, wiernie i ze szczegółami, historię powstania rodu Serdakowskich. Z opisanych wspomnień braci wynika wyraźnie pojawienie się oficera francuskiego na oszmiańskim dworze. Pada słowo "markiz" i stwierdzenie że, "... mundur porucznika spalono …". Do wniosku, że był to oficer francuski, prowadzi wypowiedź jednego z braci: "... wracał Czarnym Traktem po klęsce nad Berezyną …". Jak wiadomo z historii, właśnie w trakcie odwrotu spod Moskwy, przeprawiając się przez rzekę Berezynę, armia francuska poniosła całkowitą klęskę. Tak zwany Czarny Trakt jest oznaczony na mapach Wojskowego Instytutu Geograficznego z lat 1930-35. Był to szlak odwrotu resztek francuskiej armii i przebiegał w odległości około piętnastu kilometrów od Oszmiany, zaś jego nazwa wynikała z tego, że była to żałobna droga resztek rozgromionej i wynędzniałej, tak niegdyś ogromnej i niezwyciężonej napoleońskiej armii.

Chciałbym również nadmienić, że pisząc "Biografię Rodu Serdakowskich", zasugerowałem, że istnieje przypuszczenie o pochowaniu w grobowcu rodzinnym Oszmiańskich prawdziwego Zygmunta Sierakowskiego, przyjaciela Zygmunta Serdakowskiego. Do takiego przypuszczenia skłaniają mnie następujące fakty: Autor omawianej książki w nawiasie stwierdza: "(Z nieznanych powodów wykuto na tablicy nagrobnej imię Zygmunta dwukrotnie)". Wiele mówiący jest też napis wykuty w liczbie mnogiej: "Bóg wezwał was do szeregu". Dalej autor mówi słowami Eustachego, pytającego Michała: "Czy wiesz czemu to jest tak napisane? " i słowami Michała stwierdza: "Byli bardzo młodzi".

Stąd też moje domysły i przypuszczenia, że po egzekucji w Wilnie, Zygmunta Sierakowskiego też tu pochowano. Ze zrozumiałych względów autor nie mógł pisać o tym bezpośrednio, ale coś sugeruje i resztą pozostawia domyślności czytelnika.

Konstrukcję drzewa genealogicznego rodu Serdakowskich (zamieszczoną w napisanej przeze mnie "Biografii …" ) zbudowałem w oparciu o omawianą książkę. Posługując się wypowiedziami braci i na podstawie wyliczeń, ustaliłem imiona dzieci Edmunda i Anny-Izabeli Serdakowskich oraz daty ich urodzin, poza jednym przypadkiem. Mianowicie nie jest dokładnie i jednoznacznie stwierdzone czy jedno z dzieci Edmunda i Anny-Izabeli było dziewczynką czy chłopcem. Chodzi o Marię urodzoną w 1831 roku. W jednym miejscu autor wymienia imię Marian a zaś w drugim Maria. Nie mogłem więc z całą pewnością ustalić, czy Anna-Izabela Serdakowska wyjechała do Galicji z żoną Zygmunta i córką Marią czy też z synem Marianem. Z uwagi na brak w tej chwili jakichkolwiek innych źródeł, ustalenie tej kwestii jest na razie niemożliwe. Być może sprawa ta zostanie kiedyś wyjaśniona po odszukaniu śladów pobytu w Galicji Anny-Izabeli Serdakowskiej, żony Edmunda de Serdain. Wracając do rozdziału VIII-mego: "Epilog - Saga Oszmiany",  jest to chyba legenda, lecz jak twierdzi stara ludowa maksyma: "W każdej legendzie jest ziarnko prawdy". Zatem można przypuszczać że legenda ta rzeczywiście podaje genezę nazwy Oszmiana. Zwłaszcza, że ma to nawiązanie do faktów rzeczywistych, historycznych i geograficznych. W tym stanie rzeczy można przypuszczać, że jest to legenda powstała z ustnych przekazów członków rodu lub osób związanych w jakiś sposób z tymi wydarzeniami i z tą miejscowością, a zebranych i zapamiętanych przez autora omawianej publikacji i następnie w niej opisanych. W rozdziale tym dość plastycznie opisano legendę powstania nazwy szlacheckiego dworu na północno-wschodnich kresach Polski, wynikającej z imienia jej właściciela i z wyraźnym nawiązaniem do jego tatarskiego pochodzenia.

Taką wersję tej legendy słyszałem też w dzieciństwie od mojego ojca, zarówno jak i opowieść o dającym początek rodowi Serdakowskich przodkowi pochodzenia francuskiego, pozostałym w Polsce w czasie odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy w pamiętnym roku 1813.

Bronisław Serdakowski
Dębno, w lipcu 2003-go roku.

 


Okładka książki Bronisława Serdakowskiego


Pierwsza strona rozdziału "Wygnanie" książki M. Dowgielskiego.