Stefankowe Siedlisko

Epilog - Saga Oszmiany

(Część druga)

Rozdział VIII

(poczatek strony)

Było słoneczne i piękne popołudnie letniego dnia, podobnie jak niegdyś w dalekim Tatarstanie. Na wyżynie od strony wschodniej ukazało się dwóch konnych jeźdźców, którzy zatrzymali się na chwilę ogarniając wzrokiem szeroko rozciągające się pola uprawne, wyzłocone dojrzewającym już zbożem. Dalej widać było okazały dwór szlachecki otoczony licznymi zabudowaniami gospodarczymi a nieco z boku, w pewnej odległości od dworu, leżała rozciągnięta osada. Zarówno dwór szlachecki jak i domy we wsi były schludne i estetyczne. Wszystko wskazywało, że panuje tu dostatek i porządek. Jeden z obserwujących jeźdźców ubrany był w szlachecki strój do konnej jazdy, a drugi miał na sobie mundur rosyjskiej gwardii carskiej. Obaj wyglądali na zdrożonych i zadowolonych że dotarli nareszcie do celu podróży. Po kilku chwilach milczenia jeden z podróżnych, ten w stroju szlacheckim, odezwał się po polsku:

-    Tak, mamy przed sobą Stefankowe Siedlisko i cel naszej podróży.

Zapadła chwila ciszy, po której odezwał się drugi jeździec, ten w mundurze oficerskim i łamaną polszczyzną potwierdził:

-        Nu da, tak, Sieło Stiepanczykowo i dwór Oszmana.

Znowu zapadło milczenie, jakby obaj podróżni ulecieli gdzieś myślami w odległe strony. Po dłuższej chwili, przerywanej tylko parskaniem zdrożonych i czujących stajnię koni, pierwszy z podróżnych mruknął do siebie: "Tak, tak, Stefankowe Siedlisko to dobra nazwa, ale Oszmiana też mi się podoba." Po czym zadumał się głęboko.

Wrócił myślami do wydarzeń z czasów dziecięcych, kiedy to jeszcze w odległym Tatarstanie prowadził z matką długie rozmowy i otrzymywał od niej cenne wskazówki i rady. Jak przez mgłę pamiętał, kiedy mając niespełna sześć lat, matka prowadząc go nad rzekę powiedziała: "Chodź mój syneczku, muszę cię ochrzcić!", a na brzegu, nabierając w dłoń odrobinę wody polała mu nią główkę mówiąc: "Bolesławie ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego", czyniąc jednocześnie nad nim tajemniczy mu wówczas znak Krzyża. Następnie przytuliła go mocno, szepcąc mu nad uchem: "Jesteś moim ukochanym syneczkiem, moim Bolusiem i Polakiem, mimo że urodziłeś daleko od Polski i w niewoli". Znaczenie tych słów pojmował dopiero teraz, po upływie wielu lat, bo wówczas, jako małe jeszcze dziecko, nie rozumiał w pełni ich treści.

Przebiegały mu przez głowę, jak wzburzone stepowe wichry, odmienne imiona jakimi nazywali go rodzice, matka Bolusiem a ojciec Osmanem. W darze od natury otrzymał urodę i cechy ludzi pochodzenia lechickiego, prawie nie zachowując tatarskich cech ojca.

Przypominał sobie jak jego ojciec szanował i uwielbiał jego matkę, mimo że była branką wziętą w jasyr. Jak bardzo kochał jego, swego syna. Pamiętał też jak wielki wpływ miała matka na ojca i jak bardzo się zmienił się na lepsze obcując z nią. Z surowego niegdyś tatarskiego wojownika stał się człowiekiem wrażliwym na ludzkie krzywdy, niedole i cierpienia. Otaczał ich oboje stałą opieką i starał się im zapewnić spokój i dobrobyt.

Wspomnienia napływały i napływały, jakby przynoszone stepowym wiatrem z dalekiego Tatarstanu. Przypomniał sobie jak ojciec, nazywając matkę swoją Sułtanką, powtarzał często, że gdyby mógł dosięgnąć gwiazd na niebieskim firmamencie to by je pozdejmował wszystkie i rzucił jej do stóp. On sam został troskliwie wychowywany przez ojca i wykształcony przez matkę. Starała się przekazać synowi wszystko co sama wiedziała i umiała: staranną słowiańską ogładę, światowe obycie oraz formalne wykształcenie.

Przypomniał sobie jak otrzymał od matki, przed jej śmiercią, medalion Zieleńskich i przysiągł że wróci do jej rodzinnego kraju i będzie pracował dla jego dobra, ażeby chociaż w części wynagrodzić krzywdy wyrządzone Lechistanowi przez tatarskie ordy.

Przypomniał sobie jak przybył na Wołyń z liczną drużyną oddanych mu janczarów i oddał się na służbę wojewodzie kijowskiemu. Potem, jak się wsławił w walkach w czasie szwedzkiego potopu, a w nagrodę za męstwo i odniesione rany otrzymał od polskiego monarchy rozległą posiadłość na wschodnich kresach Polski, gdzie pracował uczciwie i rzetelnie będąc dobrym i sprawiedliwym panem dla swoich poddanych. Na otrzymanych gruntach wybudował wspaniały dwór za bogactwa otrzymane od ojca i przywiezione z Tatarstanu, a które prawdopodobnie zdobyte zostały w rozbojach dokonanych na ziemiach … Lechistanu. Kiedy będąc już dojrzałym mężczyzną, po śmierci matki, oświadczył ojcu że wyrusza na ziemie Korony Polskiej i tam zamierza się osiedlić. Ojciec nie tylko się nie sprzeciwił jego woli, ale jeszcze go hojnie zaopatrzył i oddał mu swego najlepszego przyjaciela Batmana i drużynę wiernych janczarów.

Wreszcie napłynęło wspomnienie, tak zdawałoby się jeszcze niedawne, kiedy to już będąc na służbie u wojewody kijowskiego poznał piękną i jasnowłosą wołyńską szlachciankę – tak podobną do jego matki – i doznał takiego samego olśnienia jak jego ojciec gdy zobaczył odbitą kozakom lechicką brankę. Rozrzewnił się na wspomnienie tej wspaniałej, młodzieńczej miłości, uwieńczonej przepięknym ślubem zaszczyconym obecnością Wojewody kijowskiego i Wielkiego Hetmana Koronnego. Dziś ta jego wybranka z Wołynia jest panią na dworze Stefankowego Siedliska, zwanego teraz Oszmiana.

Zaduma jeźdźca w szlacheckim stroju przeciągała się w nieskończoność. Konie zaczęły się już coraz bardziej niecierpliwić, parskając i szarpiąc uzdami, co w końcu wyrwało podróżnych z zadumy i zmusiło do ruchu. W milczeniu skierowali się stronę widocznego dworu. Konie ruszyły dziarsko i raźnie, czując odpoczynek w dobrej stajni i smaczny obrok w żłobie.

Dumny że dotrzymał przysięgi złożonej matce przed jej śmiercią i z widocznych pozytywnych rezultatów swojej pracy na ziemi matczynej Ojczyzny – a teraz już i jego –, wjeżdżał na swoją ziemie: założyciel Stefankowego Siedliska, człowiek przybyły z dalekiego stepu, zwany przez ojca Osmanem, przekształconym później na szlacheckie nazwisko Osmański a w końcu poprawionym przez jakiegoś pisarza na Oszmiański – właściciel tych dóbr, dworu i miejscowości Oszmiana.

Wygnanie

(Część trzecia)

Rozdział IX

(początek strony)

Lato roku 1866-tego rozpoczęło się bardzo wcześnie, już w maju. Nastały ciepłe, upalne dni na pięknej ziemi litewskiej w przepięknych okolicach miasta Nowe Troki. Na ziemi tej zamieszkiwał Michał gospodarując na swoim rozległym gospodarstwie położonym nad uroczą rzeką Brożołką w miejscowości Brożoła Stara. Po opuszczeniu ziemi rodzinnej ślepy los skierował go właśnie tutaj. Nabyte z majątku Zatrocze grunty zostały przez Michała dobrze zagospodarowane. Zamiłowanie do ziemi, wyniesione z domu rodzinnego, widoczne było dookoła; obsiane złocistym zbożem pola cieszyły oko stojącego wśród nich właściciela.

Był czerwiec wspomnianego już na wstępie roku. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki i słońce przygrzewało mocno, tak jak by to była już pełnia lata, tuż przed nadchodzącymi żniwami. Myśli, stojącego wśród pól gospodarza, pomknęły hen ku dawnym dziejom i dawno przebrzmiałym wydarzeniom. Przypomniał sobie okres świetności rodzinnego dworu w dalekiej Oszmianie a zaraz też nadleciały wspomnienia związane z ojcem, bratem bliźniakiem i dziadkami, spoczywającymi na cichym cmentarzu położonym na wzgórzu za miastem. Przez chwilę zadumał się głęboko i łza zakręciła mu się w oku; pomyślał że nadszedł czas odwiedzenia rodzinnych grobów, zwłaszcza że od przymusowego opuszczenia ojcowizny minęło już trzy długie lata. Przez cały ten okres nie miał ani czasu, ani możliwości odwiedzenia miejsc rodzinnych, ani też utrzymania jakiegokolwiek kontaktu z pozostałymi członkami rodziny.

Ostatnie lata pochłonęła mu praca nad zagospodarowaniem się na nowym miejscu oraz na układaniu swojego rodzinnego życia. Przez ten okres przybyło dóbr materialnych, przybyło doświadczenia życiowego oraz powiększyła się rodzina. Zdawałoby się że niczego mu nie brakuje do dalszego kontynuowania spokojnego życia. Michał był wzorowym gospodarzem, dobrym mężem, oraz dobrym i troskliwym ojcem rodziny. Lubiany był również przez miejscowych gospodarzy za swoją prostoduszność i gospodarność i szanowany jako prawy i uczciwy człowiek. Nawiązał szereg przyjacielskich kontaktów z zamieszkującą w sąsiednich folwarkach i dworach szlachtą, zarówno litewską jak i białoruską.

Nagle przyszła nieodparta chęć odwiedzenia rodzinnych stron i chwili zadumy się nad mogiłami ojca i przodków. Jak pomyślał tak i zrobił (w rosyjskim oryginale: "Kak padumał tak i zdiełał"). Wrócił z pola do domu, oznajmił swoją decyzję żonie i rozpoczął przygotowania do drogi. Następnego dnia zapakował w tłumoczek przygotowane przez żonę jadło na drogę i wyszedł w stronę Wilna, jako że Polacy w tych czasach podróżowali zazwyczaj pieszo. U schyłku dnia stanął na rogatkach miasteczka Wilejka przechodząc uprzednio przez całe Wilno. Zatrzymał się na nocleg w gospodzie znajdującej się przy rynku Wilejki, aby odpocząć przed dalszą podróżą, ponieważ następnego dnia miał jeszcze do pokonania drugie tyle drogi do swojej rodzinnej miejscowości Oszmiana. Po spożyciu posiłku udał się od razu na spoczynek.

Michał obudził się z brzaskiem nowego dnia. Był to 12-ty czerwiec 1866-go roku. Za oknem wstawał następny piękny letni dzień i słońce zaczęło się już wychylać zza widnokręgu. Otrząsając z powiek resztki snu zaczął się szybko sposobić do dalszej podróży. Nie zajęło mu to wiele czasu i po uregulowaniu kilkurublowej należności za nocleg wyruszył w dalszą drogę. Maszerował po różnych drogach i ścieżkach, stale zmierzając na wschód, ku miejscowości Oszmiana. Rozkoszował się świeżym czystym powietrzem i wspaniale grzejącym już od rana słońcem. Po drodze wiele myślał. Przypominały mu się lata dziecinne, potem chłopięce i wreszcie lata dorosłego już mężczyzny. Stawały mu przed oczyma postacie rodziców i rodzeństwa i wspomnienia wielu beztroskich lat życia, aż do powstań polskich i czasów, kiedy to okaleczona stratą ojca i brata rodzina zmuszona była opuścić rodzinne strony i nastąpił okres wygnania z ziemi ojców i dziadów. Im był bliżej tym szedł szybciej.

Wreszcie wszedł na ostatnie wzgórze i oczom jego ukazało się miasteczko. Okolica wydawała się inna niż ją pamiętał – jakby zmieniona przez te trzy lata. Rozglądając się ciekawie, przeszedł uliczkami Oszmiany i zbliżył się do miejscowego cmentarza. Jedynie tu wszystko pozostało bez zmian: ten sam kamienny mur okalający miejsce wiecznego spoczynku tych co już odeszli na zawsze i cicho szumiące nad mogiłami drzewa, niemi świadkowie dawnych wydarzeń. Zbliżył się do bramy cmentarnej, przekroczył ją i znów zauważył upływ czasu od swojej ostatniej wizyty. Niektóre pomniki pochyliły się i poczerniały, a inne zaczynały się rozsypywać, nadgryzione zębem nieubłaganie upływającego czasu. Znanymi sobie – jakby wczoraj nimi przechodził – ścieżkami i alejkami doszedł do kamiennego grobowca, pod którego płytą spoczywały szczątki jego pradziadków i dziadków Oszmiańskich, oraz jego ojca Edmunda i brata Zygmunta. Płyta nagrobna była już nieco nadgryziona zębem czasu i kamień zaczął się pokrywać mchem. Zbliżył się do grobu i dłonią starł naniesiony przez wiatry piasek i zeschłe liście. Odczytał półgłosem wykuty w kamieniu  napis:

"Tu na prochach swoich przodków spoczywa w Bogu snem wiecznym i zasłużonym świętej pamięci dziedzic tych ziem Stefan Oszmiański – Anno Domini 1830, 7 luty"

 I niżej  drugi napis:

"Pamięci Felicji Oszmiańskiej Hrabiny wołyńskiej - Anno Domini 1830, 5 august"

Jeszcze niżej, inny napis brzmiał następująco:

 "Tu spoczywa w Bogu Markiz Edmund Edward de Serdain Serdakowski – Anno Domini 1786 – 1831, żył 45 lat, legł snem sprawiedliwego"

A obok tych linii umieszczono tarczę herbową, na której, oprócz innych elementów, najważniejszym był rysunek księżyca w ostatniej kwadrze a w jego polu trzy gwiazdy.

Na samym dole widniał najświeższy napis o brzmieniu:

"Pamięci Zygmunta Zygmunta Serdakowskiego który spoczywa tu snem zasłużonego. Zginął tragicznie Roku Pańskiego 1863, Bóg wezwał was do szeregu"

(Z nieznanych powodów, imię zmarłego wykuto dwukrotnie).

Czytając te napisy Michał przywoływał z pamięci twarze spoczywających tu tak dobrze znanych i drogich mu osób. W zamyśleniu nie usłyszał nawet, że ktoś się do niego zbliża, zmierzając również do tego samego miejsca. Intuicyjnie poczuł że ten ktoś stojący w milczeniu tuż za nim, również ze wzruszeniem wpatruje się w dopiero co oczyszczone z piasku i liści napisy. Odwrócił się i … skamieniał. Przyjrzał się twarzy jeszcze raz i nagle wykrzyknął z niedowierzaniem:

-        Eustachy !?...

-        Michał !?...

Pomrukując niezrozumiale bliźniacy padli sobie w objęcia. Długo się ściskali ze łzami w oczach. Wreszcie popatrzyli sobie jeszcze raz w oczy otarli łzy radości i ochłonąwszy nieco zaczęli składniejszą rozmowę. Po dokładnym obejrzeniu stanu grobowca doszli do wniosku, że skoro się tu już spotkali, to należałoby dołożyć starań i odnowić porządnie miejsce wiecznego spoczynku ich bliskich. Jeszcze raz odczytali w skupieniu wykute na płycie słowa, wymawiając wspólnie nazwiska i imiona osób spoczywających pod kamienną płytą.

-        Czy wiesz czemu to jest tak napisane? zapytał Eustachy wskazując dwa imiona Zygmunta wyryte na kamiennej płycie.

-        Wiem! odpowiedział Michał a z piersi wyrwało mu się ciężkie westchnienie, podobne do cichego jęku. Po chwili dodał: - Wiesz, mieli tylko po trzydzieści dziewięć lat. Byli bardzo młodzi. Obaj bracia otarli zwilgotniałe od łez oczy.

-        Patrz, Michałku, a my dopiero teraz mamy po trzydzieści dziewięć lat, odpowiedział po chwili Eustachy i westchnął także. Następnie ciągnął dalej: - A Fredzia miałaby teraz czterdzieści sześć; była od nas starsza o siedem lat.

Nastąpiło milczenie. Obaj bracia zamyślili się, a po chwili Michał dodał w zamyśleniu:

-        Tak, bo przecież jak mama wysyłała ją do Francji z dokumentami ojca to miała dwadzieścia pięć ..., tak, Stasio miałby teraz czterdzieści cztery lata, a Marian trzydzieści pięć ...

Zapadła cisza. Bracia oddali się wspomnieniom. Teraz Eustachy nachylił się nad płytą grobowca i długo przecierając dłonią wykute litery: "Edmund Edward", jakby chciał przywołać jakieś wspomnienia, jakby chciał nawiązać kontakt ze spoczywającym tu ojcem, jakby chciał tym gestem go dotknąć. Potem nie podnosząc głowy z nad płyty powiedział do brata półgłosem:

-        Czy wiesz bracie, że już minęło pół wieku od kiedy ojciec nasz wracając Czarnym Traktem po klęsce nad Berezyną, mocno zmęczony i z krwawiącą raną, omdlewający, znalazł schronienie na oszmiańskim dworze?

-        Pół wieku i trzy lata, uściślił Michał. Po chwili dodał: - Jak dziś pamiętam opowiadania naszej mamy; jak spostrzegła go na tarasie dworu i otwarła mu drzwi a on powiedział te trzy słowa: "Jestem markiz ... proszę ..." i padł prawie bez ducha. Opatrzono go, a jego mundur porucznika spalono w kominku. Te opowieści zostaną mi w pamięci do końca życia. Gdy zaś później ciekawscy sąsiedzi pytali: "Co zacz za jeden", dziadek mówił: "To jest krewny mojej żony z Wołynia, z Sierakowskich".

-        Tak, dziadek mi to też mówił gdy byłem mały, rzekł Michał i ciągnął dalej: - Mówił też jak nasz ojciec został zarządcą oszmiańskich dóbr a później zakochał się w naszej mamie. Mama też mi to opowiadała.

-        Pamiętam również te mamy opowieści, odezwał się Eustachy, - no cóż prawo życia i młodości, każdy przecież z nas to przeszedł ... Miło się spotkać po latach i wspominać stare czasy, teraz, kiedy każdy z nas żyje gdzie indziej. 

Tak wspominali sobie rodzinne dzieje bracia bliźniacy, dochodząc do wniosku że muszą pozostać razem przez pewien czas, przede wszystkim, aby sobie wzajemnie wszystko opowiedzieć, no i żeby mieć czas na doprowadzenie do porządku rodzinnego grobowca i jego otoczenia.

Jak postanowili tak też zrobili. Udali się najpierw do centrum miasteczka i w miejscowej traktierni zamówili sobie kwaterę na siedem dni. Później poszli do mistrza kamieniarskiego i zamówili jego usługi. Następnie wrócili do traktierni i zamknęli się w wynajętej izbie. Chcieli opowiedzieć sobie wszystko co się każdemu przydarzyło od rozstania się przed trzema laty. Zaczął mówić Michał:

-        Przeżyliśmy zaledwie po trzydzieści dziewięć lat a mamy już tyle wspomnień. Braciszku, ty jesteś tak podobny do naszego ojca, że można by było was pomylić! Mówiła to zawsze nasza droga mama a nasi poddani nazywali cię jego imieniem, panem Edmundem. Zresztą na chrzcie świętym dano ci jako drugie, imię naszego ojca; zapewne tak chciała nasza mama. Wiem drogi bracie jak starannie i z zapałem prowadziłeś nasze rodzinne interesy, kiedy się ożeniłeś i mama przekazała ci zarządzanie rodzinnymi dobrami. My zaś, aprobując w pełni jej decyzję, pomagaliśmy ci w pracy. W tym czasie wiodło się nam bardzo dobrze; mieliśmy wystarczające środki na dostatnie życie i stale  powiększaliśmy naszych włości.

Wspólnymi siłami wybudowaliśmy cztery folwarki, dwa młyny wodne i leśniczówkę, a nasze zboża były znane i kupowane w Niemczech, Austrii i innych krajach Europy. Przyjeżdżali po nie nawet kupcy z dalekiego Uralu. Pamiętam jak, przy okazji sprzedaży naszych płodów rolnych, zamawiałeś przywóz przez kupców niemieckich nowych mebli, porcelany czy też innych drobiazgów do dworu. Nierzadko sprowadzałeś biżuterię i bibeloty. Opowiedz mi teraz drogi Eustachy, gdzie się obecnie znajdujesz, co porabiasz i jak ci się wiedzie? 

Eustachy odetchnął głęboko i zaczął mówić:

-        Tak, tak mój braciszku, to były czasy wielkiej świetności naszej rodziny. Wiesz że zawsze miałem wielką ochotę na prowadzenia gospodarstwa. W armii carskiej nie służyłem, bo mama mnie wykupiła od branki. Po ukończeniu gimnazjum, za radą naszej drogiej mamy, ożeniłem się z córką dziedzica Oranowskiego, pana na rozległych włościach w Oranach i przejąłem ster naszej rodzinnej fortuny; wy zaś pomagaliście mi w tym dzielnie, tak jak wspomniałeś. Nasza droga mama cieszyła się bardzo z rodzinnej zgody i rozwoju naszego gospodarstwa. Dość już napracowała się zarządzając wszystkim, gdy została sama po śmierci ojca, kiedy to byliśmy jeszcze małymi dziećmi. Teraz radowała się naszą zgodą i korzystała z zasłużonego odpoczynku.

Wiodło nam się dobrze dopóki nie nadszedł czas wielkiego niepokoju, dla naszej rodziny i dla całego Kraju. Musieliśmy opuścić nasze dobra i udać się każdy w swoją stronę. Mama sprzedała co się dało i podzieliła między nas wszystkich uzyskane pieniądze. A było co sprzedawać: obrazy najlepszych malarzy, porcelana, meble, stołowe srebra, biżuteria mamy. No i nazbierało się rubelków. Wybierając się każdy w swoją stronę, nie wiedzieliśmy gdzie nas losy zaniosą, wyjeżdżaliśmy zupełnie w nieznane.

Moje losy zaniosły mnie z rodziną na dalekie Polesie gdzie mieszkał Waldemar Ziemiński, mój bliski druh jeszcze z czasów nauki w gimnazjum. Był on synem dziedzica z Polesia i już administratorem rodzinnych włości. Waldemar był jedynakiem i zaraz po ukończeniu gimnazjum przejął gospodarowanie na rodzinnej ziemi. O tym wszystkim opisywał mi w listach, bo jak wiesz, utrzymywaliśmy ze sobą przez cały czas przyjacielski kontakt. Kiedy zapadła decyzja opuszczenia ojcowizny, niezwłocznie skontaktowałem się z Waldemarem, który z otwartymi ramionami wyraził zgodę na przyjęcie mnie z rodziną na swoich dobrach, a nawet  przysyłał swoje powozy dla ułatwienia naszej podróży. Nie zawiodłem się na jego przyjaźni nigdy!

Jak wiesz drogi braciszku, wyjechałem z żoną i trójką dzieci, synami: dziewięcioletnim Adamem, sześcioletnim Jerzym, no i prawie już trzyletnim Wojciechem. Zatrzymałem się u tegoż druha w miejscowości Otołczyce niedaleko Pińska. Przy pomocy Waldemara, za otrzymane od matki środki, odkupiłem od spadkobiercy hrabiego Strawińskiego jego część majątku i rozpocząłem gospodarowanie na swoim. Poleski dziedzic Strawiński, umierając, podzielił swoje dobra na trzech swoich spadkobierców. Jeden z nich, nie mając predyspozycji do gospodarowania na ziemi, skorzystał z okazji i sprzedał mnie swoją część. Posiadane przeze mnie środki wystarczyły na zakup dóbr i wstępne zagospodarowanie się. W międzyczasie, w roku 1864-tym, urodził się nam jeszcze jeden syn. Daliśmy mu na imię Bohdan, gdyż Boh nam go dał na nowym gospodarstwie. Wiedzie mi się dobrze. Mam rozległą posiadłość ziemską, nawiązałem przyjacielskie stosunki z miejscową szlachtą i jesteśmy lubiani przez miejscowych chłopów.

Wracając do naszego spotkania. Od pewnego czasu czułem wzrastającą potrzebę wybrania się w podróż do miejsca wiecznego spoczynku naszego ojca, od śmierci którego minęło już przecież tyle czasu. Widocznie drogi braciszku było nam pisane tam gdzieś na górze, że nasze drogi mają się tu teraz zejść ze sobą a tylko Bóg jeden wie czy się jeszcze kiedykolwiek spotkamy. No ale opowiedz mi teraz, mój drogi Michale, jak się tobie wiedzie i w jakich żyjesz stronach?

Tak płynęły długie, niekończące się opowieści braci, którzy z woli niezbadanego przeznaczenia przybyli do tego samego miejsca w tym samym czasie, po latach rozłąki. Większość czasu spędzali na rozmowach siedząc w traktierni, ale wychodzili też na długie spacery po ścieżkach ich dawnej posiadłości. Należące do ich rodziny grunty zostały rozparcelowane a dwór uległ zniszczeniu. Dawna świetność rodzinnych włości przeminęła bezpowrotnie. Codziennie odwiedzali miejscowy cmentarz nadzorując przebieg prac konserwatorskich przy rekonstrukcji rodzinnego grobowca. Po powrocie do traktierni zasiadali do dalszych zwierzeń. Któregoś dnia zaczął opowiadać swoje losy Michał:

-        Ja, mój drogi braciszku, po odbyciu niedługiej służby w armii carskiej, nie miałem ochoty do żeniaczki. Moim zamiłowaniem była, tak samo jak twoim, praca na naszej matce ziemi. Po opuszczeniu domu rodzinnego udałem się, w przeciwieństwie do ciebie, w całkiem nieznane strony. Wyruszyłem w kierunku granicy litewskiej i po przejściu pojezierza ziemi Trockiej zatrzymałem się we wsi o nazwie Brożoła. Zaszedłem do schludnie wyglądającej chaty i zapytałem o wskazanie mi możliwości noclegu w tej wsi.

Gospodarz okazał się człowiekiem gościnnym, nakarmił mnie i zaproponował nocleg w swoim domu, a że byłem już nieco zdrożony, chętnie z zaproszenia skorzystałem. W czasie wieczornej rozmowy gospodarz zwierzył mi się. że musi nazajutrz dokonać naprawy słomianej strzechy stanowiącej dach chaty i zapytał czy przypadkiem nie mógłbym mu w tym pomóc, jeżeli mi się nie spieszy w dalszą drogę. Ponieważ, mówiąc szczerze, nigdzie mi się nie spieszyło, chętnie się zgodziłem. W trakcie pracy przy naprawie dachu dowiedziałem się od gospodarza, że miejscowy hrabia z Zatrocza, pan Tyszkiewicz, pragnie sprzedać część swoich ziemskich posiadłości. Informacja ta zakiełkowała myślą że mógłbym się tu zatrzymać i zagospodarować.

Jak to się mówi, jak pomyślałem tak też zrobiłem! Udałem się do hrabiego Tyszkiewicza i po niedługich negocjacjach stałem się właścicielem posiadłości ziemskiej o obszarze trzydziestu włók i kilku niewielkich zabudowań gospodarczych. Pozostałe jeszcze rubelki pozwoliły mi na pewną modernizację tych zabudowań i wybudowanie nowego domu mieszkalnego. Wiele w moich pracach pomógł mi ów gospodarz, u którego zatrzymałem się po raz pierwszy i któremu pomogłem w naprawie strzechy na jego domu. Za jego też radą, po niedługim czasie, ożeniłem się z miejscową panienką, Agnieszką Łapińską. W roku 1865 urodził się nam syn, któremu żona dała na imię Michał. Tak też stopniowo zacząłem zapuszczać korzenie w miejscowości Brożoła, gdzie zostałem przyjęty przez okolicznych rolników jako jeden ze swojaków. Zakupione przeze mnie grunty były dobre, pola urodzajne i piękne trawiaste łąki. Gospodarka moja rozwijała się znakomicie. Obecnie moje pola obsiane są łanami złocistej pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa. Ponadto też uprawiam grykę na kaszę oraz len na włókno i tkaniny dla własnych potrzeb, a zgodnie z modą litewską sadzi się tu również kartofle. Tak mój drogi braciszku potoczyły się moje losy.

Nastała cisza. Bracia wpatrywali się w swoje twarze jakby chcieli utrwalić i zapamiętać na zawsze ich wizerunki. Po chwili znów wrócili do przerwanej rozmowy. Odezwał się znów Michał:

-        Nie wiemy gdzie jest nasza mama i co się z nią dzieje, od kiedy wyjechała z bratową Hanną i Marią, nie znamy ich miejsca pobytu i pewno nigdy się tego nie dowiemy, bardzo żal. Przed naszym rozstaniem się mama mówiła, że pojedzie ze stryjem do Galicji.

-        No tak, to jest bardzo smutne, powiedział Eustachy i dodał: - Nie wiemy też co się dzieje z siostrą Fredą, czy żyje i gdzie teraz się podziewa? Przykro tak nie wiedzieć co się z nią stało. Ona nawet nie będzie mogła nas znaleźć, bo przecież nas tu niema, a nie będzie wiedziała gdzie szukać.

-        Jeśli jeszcze gdzieś żyje, dodał Michał.

Wspominali o wszystkim i wszystkich z rodziny. O losach brata Edwarda Stanisława, dziedzica spod Wołkowyska, opowiedział Eustachy Michałowi co następuje:

-        Michale zapewne pamiętasz dobrze, że brat Stanisław, gdy skończył pobierać nauki prawnicze w Warszawie i został prawnikiem, otrzymał posadę urzędnika carskiego w Grodnie, tam zamieszkał na stancji, a że był urzędnikiem więc został zwolniony od branki i nie służył w carskiej armii. Potem ożenił się z ziemianką spod Grodna i chciał gospodarować na swoim. Mama pomogła mu kupić majątek ziemski w Subotnikach, który upatrzył sobie kiedy jeździł pod Wołkowysk w sprawach urzędowych, jeszcze jako urzędnik carski.

Po chwili milczenia, w której Eustachy jakby zbierał jakieś myśli, dodał:

-        Tak, Stanisław tam się osiedlił i gospodarował a w niedługim czasie znacznie dobra rozwinął i dwór rozbudował.

Znów zamilkł i zamyślił się, a Michał czekał zasłuchany na ciąg dalszy. Po chwili Eustachy kontynuował wolno, ze spuszczoną głową:

-        Będąc w roku poprzedzającym nasze spotkanie na targu w Wołkowysku postanowiłem odwiedzić brata. W drodze powrotnej zajechałem do miejscowości Subotniki gdzie od miejscowych chłopów dowiedziałem się strasznej prawdy. Otóż brat  Stanisław był w macierzy w roku 1863 i po kozackim zwycięstwie został złapany i osądzony jako zdrajca. Stracono go pokazowo we własnym dworze na oczach jego poddanych, żony i czternastoletniego syna Stanisława. Majątek jego zarekwirowano a dwór doszczętnie splądrowano i spalono. Bratowa ponoć nie przeżyła tej hańby i pękło jej serce, natomiast nieletniego syna zabrała do siebie rodzina z Grodna.

Na takich opowieściach i wspomnieniach upłynęło braciom siedem dni pobytu w traktierni w Oszmianie, to jest od trzynastego aż do dziewiętnastego czerwca 1866-tego roku. W ostatnim dniu pobytu, odwiedzając cmentarz, bracia stwierdzili że prace remontowe rodzinnego grobowca zostały już całkowicie ukończone. Udali się więc do mistrza kamieniarskiego i wspólnie opłacili w złotych rublach należną kwotę. Pożegnaniom i uściskom braterskim nie było końca. W końcu rozstali się i każdy odszedł do swojej rodziny i swoich nowo zapuszczanych korzeni. Na pożegnanie Eustachy powiedział:

-        Braciszku wracamy z powrotem na nasze wygnanie! (W rosyjskim oryginale: "No Bratok pajdiom dalsze na naszije izgnanije").

Nikt z nich nie spodziewał się że kiedykolwiek jeszcze się spotkają w ich doczesnym życiu. Ale, jak wiemy, niezbadane są przecież losy ludzkie. A może jeszcze się kiedyś spotkają w rodzinnym gronie i znów popłyną rodzinne wspomnienia w serdecznej atmosferze? Tylko Bóg w niebiosach może to wiedzieć. Jak wiadomo nie zbadane są losy ludzkie. (W rosyjskim oryginale: "Kak izwiestno nikagda nieizwiestnyj czełowieczij żywot ...")

Koniec

 

Zygmunt i Anna z Koźlakowskich Serdakowscy, 1945.

Pytania i komentarze

Indeks

Ogólny spis treści 
ta strona:   
Rozdział VIII, Rozdział IX

Słowo wstępne

Przetłumaczone niedawno z rosyjskiego na polski fragmenty obszernej książki M. Dowgielskiego, stanowiące treść tej strony, są niewątpliwie bazą do dalszych poszukiwań ciekawej i oryginalnej historii rodu Serdakowskich. Jeden z egzemplarzy tej kroniki-powieści zachował się w rodzinie Bronisława Serdakowskiego, mieszkającego obecnie w Dębnie Lubuskim, o czym sam Bronisław wspomina w uwagach zamieszczonych po tekście głównym. Pisze on również o tej książce jako o głównym źródle informacji do przygotowanej i wydanej przez niego w roku 2002-gim „Biografii Rodu Serdakowskich”.

Dla mnie, który również grzebie się od lat w przeszłości przodków, relacja ze spotkania dwóch braci pra-pra-dziadów (Eustachego i Michała), opisana w rozdziale IX-tym, jest rewelacją i nie tylko potwierdza fantastyczne opowieści mojego stryja Henryka, ale również odpowiada na dawno nurtujące mnie pytanie: Dlaczego, jak i kiedy moi przodkowie osiedlili się na pińskim Polesiu? Dawniej wiedziałem tylko (ze „Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego”),  że majątek mojego ojca, Otołczyce, odziedziczony został przez jakiegoś Serdakowskiego, ale teraz wiem, że nie został odziedziczony a kupiony przez mojego pra-pra-dziada Eustachego, który schronił się na Polesie na skutek prześladowań Polaków przez carską Rosję po powstaniu styczniowym 1863-go roku.

Od stryja Henryka dowiedziałem się, że nasz ród wywodzi się z krymskich książąt tatarskich i że on sam – jako dziecko – bawił się w Otołczycach pieczęcią z wyrytymi: siedmiopałkową koroną, skrzyżowanymi szablami oraz księżycem w nowiu obejmującym trzy gwiazdy (zobacz tylną okładkę)!

Od Bronisława Serdakowskiego i z książki Dowgielskiego, dowiedziałem się, że moim pra-pra-pra-dziadem (ojcem Eustachego) był oficer francuski, porucznik markiz de Serdain, który, wracając ranny spod Moskwy wraz z rozbitą armią Napoleona, schronił się na polskim dworze w Oszmianie i ożenił z polską panną, dając początek rodowi Serdakowskich. Według Bronisława, ten francuski oficer pieczętował się herbem na którym widniał: księżyc w nowiu obejmujący trzy gwiazdy i że taki herb wyryty jest na istniejącym podobno nadal grobowcu rodzinnym Oszmiańskich i Serdakowskich na cmentarzu w Oszmianie!

Cała – dotychczas znana – historia naszego rodu oparta jest na opowieściach i legendach: tych przekazywanych z ojca na syna i tych opisanych w książce Dowgielskiego. Wiele informacji potwierdza się w innych przekazach, ale nadal brak jest jednoznacznych dokumentów, takich jak: kopie zapisów metrykalnych, fotografie nagrobka Serdakowskich w Oszmianie, czy wreszcie kopie rejestrów francuskich dotyczących służby wojskowej porucznika markiza Edmunda de Serdain i jego udziału w rosyjskiej kampanii Napoleona.

Poszukiwaniami takich i innych dokumentów chcę się zająć w najbliższych miesiącach i latach, mając nadzieję że przepiękna i romantyczna opowieść znajdzie potwierdzenie również w archiwach.

Krzysztof Serdakowski
(potomek Eustachego)

 

Od tłumacza

Uwagi o rozdziałach książki

Autor omawianej powieści, jak należy domniemywać, miał na względzie opisania dziejów zaprzyjaźnionej sobie rodziny i opublikowania jej biografii poczynając od powstania rodów, a szczególnie uwypuklenia dziejów sobie współczesnych, to jest spotkania i wspomnień dwóch braci bliźniaków. Jednakże pisząc swoje dziełko był zmuszony do zbeletryzowania tej historii. Należy przypuszczać, że taka budowa powieści była konieczna z uwagi na obowiązek przedłożenia jej przed wydaniem rosyjskiej cenzurze.

Warunkiem wydania w tamtych czasach jakiejkolwiek książki było uzyskanie pozytywnej opinii panującego wówczas w Polsce rosyjskiego zaborcy i jego nieubłaganej cenzury. Z tego też powodu konieczne było napisanie gloryfikującej Polskę części historycznej w formie powieści romantycznej. Ta część powieści została wydzielona w rozdziałach od 1 do 7.

Tym niemniej swoista treść tej części nawiązuje do wspomnień braci opisanych w pozostałych dwóch rozdziałach. Te rozdziały książki autor poświęca wyłącznie wydarzeniom sobie współczesnym to jest dotyczącym spraw zaprzyjaźnionej rodziny. Rozdziały te stanowią jakby kanwę całej powieści i są niejako odrębnymi częściami tej książki stanowiącymi jej istotne motto. Świadczy o tym umieszczenie przez autora słowa "Koniec" na zakończenie każdego z nich. Dlatego też właśnie te dwa rozdziały są najbardziej cenne dla badacza genezy rodu ponieważ opisane tu są dość szczegółowo istotne wydarzenia związane z opisywanym rodem.

Tłumaczyła z rosyjskiego: mgr historii Violetta Halina Jańczak, zamieszkała w Kostrzyniu nad Odrą (66-470) na ulicy Orła Białego 19b/20

Dyplom nr 113/95 Wydziału Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu Uprawnienia tłumacza nr 17/98 Związku Literatów Polskich Oddział w Poznaniu

Tłumacz przysięgły języka rosyjskiego Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu Nr rejestracyjny: 118/99 Kostrzyń nad Odrą, dnia 13-go sierpnia 2002 roku.

Uwagi Bronisława Serdakowskiego
(potomka Michała)

O pochodzeniu książki "Stefankowe Siedlisko" 

Książka ta – jak sięgam pamięcią – znajdowała się w zbiorze książek rodzinnych w naszym domu w Brożole. Możliwe, że nabył ją lub też otrzymał od dziadka mój ojciec, a także zapewne czytał ją, gdyż świetnie znał język rosyjski. Dziadek mógł tę książkę otrzymać bezpośrednio od jej autora, z którym mógł się przyjaźnić. Można domniemywać, że w owych czasach nakład takich książek nie mógł być wielki.

Ja w dzieciństwie bardzo lubiłem czytać książki i wiele czytałem. Gromadziłem też książki które udało mi się zdobyć. Pamiętam, że takim dostawcą książek był chłopak z Brożoły, o nazwisku Sładkiewicz, sporo starszy ode mnie. Miał on wtedy około czternastu lub piętnastu lat i mieszkał ze swoimi rodzicami w tym samym budynku, w którym mieściła się szkoła podstawowa. On też, wiadomymi sobie sposobami, wykradał książki ze zbiorów szkolnej biblioteki i przynosił mojemu ojcu.

Mój ojciec, widząc moje zainteresowanie książkami i chcąc mi zapewnić możliwość ich czytania, kupował je od tego chłopaka za jakieś kwoty pieniężne. Stąd też wiele książek z naszej domowej biblioteczki książek posiada numer i jest ostemplowanych pieczątką szkoły podstawowej w Brożole. Należy tu nadmienić, że znajdujące się wówczas w szkolnej bibliotece polskie książki w tym wojennym czasie nie były nikomu wypożyczane i wykradzenie ich z biblioteki przez tego chłopca oraz zakupienie przez mojego ojca było sposobem ich ratowania. Pozostałe książki tej szkolnej biblioteki zostały później przez Litwinów spalone. Widział to mój ojciec i żałował, że nie namówił tego chłopca na przyniesienia większej ich ilości.

Wracając do napisanej po rosyjsku kroniki Dowgielskiego, wspomnianej na wstępie, nie potrafię powiedzieć skąd ta książka znalazła się w domowym zbiorze. Jak już nadmieniłem była w naszym domu od kiedy sięgam pamięcią. Wszystkie książki zostały w czasie repatriacji zabrane i przywiezione do Polski, na Ziemie Zachodnie, do pierwszego miejsca zamieszkania naszej rodziny, to jest do Młynisk. Później, przeprowadzając się do Dębna, zabrałem wszystkie książki ze sobą. Większość umieściłem w domowej biblioteczce, natomiast część z nich, z braku miejsca w szafce bibliotecznej, zapakowane zostały w paczki i umieszczone w piwnicy.

Omawianą książkę odnalazłem właśnie w piwnicy. Muszę dodać, że w tam przechowywane były książki o mniejszej – jak mi się wydawało – wartości i co do których nie przejawiałem większego zainteresowania. Ta książka z racji swojej obcojęzyczności nie wzbudzała przez długo mojej uwagi. Odnalazłem ją przez przypadek w marcu 2002-go roku, kiedy to szperając w piwnicy wśród książek, otworzyłem ją na chybił trafił i przeczytałem kilka zdań.

W trakcie czytania stwierdziłem zdumiony, że książka ta zawiera bardzo istotne wiadomości dotyczące naszego rodu. Zagłębiając się dalej, przekonałem się z całą pewnością, że jest to bardzo cenny materiał do opracowywanej przeze mnie biografii. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego mój ojciec przechowywał ją z pietyzmem i przywiązywał tak wielką wagę do zabrania jej ze sobą w czasie repatriacji do Polski.

Książka ta okazała się skarbnicą wiedzy na temat powstania rodu Serdakowskich i rozsypki jego członków po świecie na skutek dziejowych zawieruch. Zapisane są główne wydarzenia i daty i nawet legendarne dzieje praprzodka pochodzenia tatarskiego są szeroko opisane i skomentowane. Po przeczytaniu książki zrozumiałem wiele istotnych szczegółów usłyszanych w dzieciństwie w opowieściach ojca. Musiała ta książka mieć wielkie znaczenie dla niego, gdyż mimo niechęci do Rosjan, zabrał ją ze sobą do Polski.

Tylko część książki dotyczy rodu Serdakowskich. Dokonałem więc selekcji i zleciłem tłumaczenie istotnych dla mnie rozdziałów. Następnie wprowadziłem tłumaczenie do komputera, co znacznie ułatwiło szybkie korzystanie z tekstu.

Bronisław Serdakowski
Dębno, marzec 2002-go roku

Okładka książki Bronisława Serdakowskiego

Pierwsza strona rozdziału "Wygnanie" książki M. Dowgielskiego


.