Stefankowe Siedlisko

Romans Wygnańca

(Część pierwsza)

Rozdział VI

Wielki Afekt (poczatek strony)

Od tego obiadu tak się składało, że pan Starosta bardzo często – niby to przypadkiem – zjawiał się w karczmie i wymieniał grzeczności z młodym hetmanem, ponawiając za każdym razem zaproszenie: czy to na  obiad, czy na herbatę, czy tylko na zwykłą towarzyską pogawędkę. Młodzieniec bardzo chętnie przyjmował te zaproszenia i stał się częstym gościem na komnatach pana Starosty, gdzie był zresztą bardzo mile widzianym. Osman zjawiał się w domu starosty przeważnie sam, bez Batmana. Zresztą i sam stary wiarus uważał za bardziej stosowne ażeby młody panicz w pojedynkę składał te grzecznościowe wizyty. Starosta i młody hetman wiedli przy herbacie ożywione dysputy na wszelkie interesujące ich tematy. Młodzieniec szybko przyzwyczaił się do tych odwiedzin i niecierpliwie oczekiwał następnego razu. Prawie zawsze tak się składało, że rozmowom mężczyzn towarzyszyły starościna i starościanka.

Przy każdej wizycie młodzi zamieniali ze sobą co najmniej kilka słów i częste a wymowne spojrzenia i uśmiechy rozumiane bez zbędnych słów. Czasami też – niby przypadkowo – ręce spotykały przez delikatne dotknięcie lub leciutki uścisk delikatnych paluszków … To wszystko zbliżało młodych ludzi i potęgowało rozkwitające uczucie. Państwo starostwo niewątpliwie dostrzegali wzajemny pociąg do siebie tych dwojga, ale nie przeszkadzali ich rozwijającemu się afektowi, wręcz przeciwnie, wydawali się być wielce zadowoleni. Trudno byłoby sobie wyobrazić lepszej partii dla ich ukochanej jedynaczki.

Kiedy Osman nie mógł być na dworze starosty, czas mu się wlókł niemiłosiernie długo i dosłownie nie mógł sobie znaleźć miejsca na swojej kwaterze. Natomiast Klara, w starościńskim dworze: ubrana w śliczny szlafroczek z obcisłymi rękawami – nie zakrywający bynajmniej jej pięknych kształtów, z małym kołnierzykiem wyhaftowanym w delikatne wzory, z kryzami, które tym bielszą czyniły jej śnieżną rękę, stała w oknie sama i wyglądała na dziedziniec. Jedną ręką trzymając chusteczkę, którą co chwila ocierała wilgotniejące oczęta, drugą igrając ze swoim pięknym lnianym warkoczem, nuciła coś cicho, często sobie przerywając serdecznym westchnieniem. Tak mijały godziny, w ciągu których piękna starościanka nie była w stanie niczym się zająć. Czasami podchodziła do znajdującego się na przeciwległej ścianie dużego zwierciadła, jak gdyby chcąc go zapytać: "Powiedz mi czyż nie jestem wystarczająco ładna?" A zwierciadło odpowiadało stale to samo. Pokazywało twarzyczkę piękną, okoloną bogactwem prześlicznych jasnych włosów, kibić wyniosłą, wciętą i zgrabną, nóżkę maleńką a odzianą z wyszukaną elegancją, o co starannie zabiegała jej troskliwa matka. Nie mogła się nie uśmiechnąć z ukontentowania zobaczywszy się tak ładną. Ale ten uśmiech przemijał szybko i znów smutek i tęsknota osiadały na jej czole. Odwracała się wtedy od zwierciadła, pochylała głowę i załamawszy rączki, stała tak sama jedna na środku komnaty.

Na spotkaniach u starosty, obiadach, herbatkach i długich dysputach minęły Osmanowi niepostrzeżenie dwa miesiące. Został już tylko jeden z udzielonego mu przez wojewodę zwolnienia od służby. Młody hetman żył na stopie odpowiadającej jego szlacheckiej pozycji i miał na to odpowiednie środki. Był dobrze wyposażony materialnie przez ojca a ponadto otrzymywał z kasy wojewody znaczny żołd.

W czasie pobytu w Zieleńcach Osman zakupił elegancką karocę i odbywał nią – w towarzystwie starosty, starościny i starościanki – podróże do okolicznych grodów, między innymi do Żytomierza i Cudnowa. Nazwa grodu Cudnów przywołała Osmanowi słyszane w dzieciństwie opowiadania Batmana. Te wspólne wycieczki dodatkowo zbliżyły do siebie młodych ludzi. Starosta tak zawsze aranżował zajmowanie miejsc w karocy, że sam siedział ze starościną a młodzi siedzieli obok siebie. Były więc okazje do przypadkowych spojrzeń, dotknięć lub nieznacznych uścisków niby przypadkowo spotykających się rąk.

W czasie jednej z wizyt, podczas gdy starosta zajęty był sprawami grodu a pani starościna doglądaniem gotowania obiadu, młodzi wyszli do pałacowego parku na przechadzkę i poszli alejkami w głąb ogrodu. Alejka była pusta i tylko posąg półnagiej bogini dumał o swej zgasłej przeszłości. Usiedli na kamiennej ławce i bez słowa utonęli oczyma w oczach. Osman patrzył z bliska na jej policzki zabarwione rumieńcem zdrowia, na brwi rysujące się lekkimi łukami, w głąb oczu głębokich jak nocne niebiosa, na usta piękniejsze niż poranna zorza. A ona pozwalała mu tak patrzeć bezkarnie, długo, bez końca … W pewnym momencie Klarunia wyciągnęła lewą rączkę i uśmiechając się wzięła jego prawą dłoń, dołączyła do lewej rączki prawą i delikatnie ale z namiętnością głaskała i pieściła męskie palce i wnętrze dłoni. Im dłużej, im bardziej oszalałym wzrokiem patrzył, tym pieszczota rąk stawała się wymowniejsza a łomoczące serca zamierały ze szczęścia. Klarunia zarumieniła się jeszcze bardziej i promieniała uśmiechem. W pewnej chwili rozejrzała się po pustym parku i przybliżyła swój policzek pod same jego usta. Złożył na nich czysty, niewinny, uroczysty pocałunek:

-        A co, czy dobrze zrobiłam? zapytała, topiąc w jego oczach swe boskie, pełne wyrazu oczy.

-        Bardzo dobrze, Klaruniu, szepnął pokornie.

Znowu rozejrzała się po całym parku i szepnęła cicho, ściskając w swych rękach jego dłoń:

-        A chcesz, żebym była twoja, zupełnie twoja? Osman siedział oszalały ze szczęścia a ściśnięte ze wzruszenia gardło nie było w stanie wymówić odpowiedzi.

-        Tylko twoja będę!

Wymówiła te słowa z najgłębszym przekonaniem, potwierdzonym spojrzeniem zaglądającym w sam głąb jego duszy i uściskiem jej obydwu dłoni na jego ręce. Wstali z ławki i poszli wolno alejką w kierunku zamku, trzymając się za ręce.

Nastały dla młodych najpiękniejsze dni w ich życiu, a wszystkie inne sprawy potoczyły się zwykłym kołem uciekającego w szybkim tempie czasu. Osman był już teraz codziennym gościem na zamku pana starosty, ba był nawet traktowany jako ktoś bliski, jako członek rodziny. Wszyscy byli z tego rozwoju wydarzeń bardzo zadowoleni i traktowali sytuację jak zupełnie normalną. Szczególnie kontent był pan Starosta, gdyż spełniło się jego skryte marzenie o właściwej partii dla jego jedynaczki. Kandydatowi do ręki córki niczego nie można było zarzucić, zarówno pod względem urody, fortuny czy zaszczytnego już – mimo młodego wieku – stanowiska. Osman, zajęty nową sytuacją, odsunął na dalszy plan ujawnienie swojej tożsamości; wolał zostać perskim księciem polskiego pochodzenia powracającym do służby dla Korony polskiej. Będąc codziennym gościem na zamku, stając się jakby jego domownikiem, miał do niego wstęp o każdej porze dnia.

Ale nadeszły wreszcie ostatnie dni urlopu. Osman myślał z niepokojem o konieczności powrotu do Kijowa. Pewnego dnia, w porze południowej, bez zaproszenia i bez anonsów udał się na zamek starosty chcąc poruszyć w rozmowie sprawę powrotu do chorągwi. Jak zwykle, służba bez najmniejszych oporów otworzyła przed młodym hetmanem drzwi na zamkowe komnaty a Klarunia sama mu otworzyła drzwi salonu. Kiedy tylko wszedł rzekła z uśmieszkiem:

-        Rodziców nie ma!

-        Wyjechali?

-        Tak, wyjechali do Zasławia, wrócą dopiero wieczorem, jesteśmy sami.

Ujęła jego rękę swą śliczną dłonią i poprowadziła go korytarzykiem do swojego małego saloniku. Po drodze przycisnęła jego rękę do swojej piersi. Przez cienki, delikatny jedwab wyczuwał wierzchem dłoni krągłość i jędrność kobiecego kształtu. Zadrżał ze szczęścia. Gdy dotarli do saloniku, będącego jednocześnie jej sypialnią, wspięła się na palce, objęła jego głowę rękami, szyję ramionami. Powieki jej były spuszczone, usta pąsowe i gorące. Wyszeptała:

-        Nie bój się ...

-        A ty, Klaruniu?

-        Ja tego chcę...

-        Cóż to będzie?

-        Chcę mieć małego synka, ślicznego z czarnymi jak ty oczami. Będę go karmiła, będę chowała ...

-        Klaruniu!

Przez chwilę trwoga przed zupełnym obnażeniem zmuszała ją do odpychania natarczywych rąk, ale wkrótce objęła jego głowę dłońmi, owinęła rękoma jak pasmami płomieni i utonęli w otchłani namiętności …

Zaczęło się już zmierzchać, ale półmrok saloniku nie mógł pokryć bladości oblicz obojga, na których pozostał zastygły uśmiech szczęścia. Osman wyszedł przed zmrokiem, zanim jeszcze wrócili starostwo. Zbiegł ze schodów i podążył do swojej kwatery znanymi uliczkami. Serce wypełniała mu nieograniczona radość; osiągnął wszystko; czuł, że wstąpił na ścieżkę wiodącą wysoko. Obojętne mu były domy, mury, parkany, ludzie pierwszy raz widziani a każdy idący gdzieś w swoim celu. Jak w malignie wrócił do kwatery i nie rozbierając się zwalił się na posłanie. Siedzący przy stole Batman w pierwsze chwili myślał że stało się coś złego i już otworzył usta ażeby zapytać o przyczynę, lecz widząc błąkający się na ustach swego pana zagadkowy uśmiech, zrozumiał wszystko i nie odezwał się ani słowem, ażeby nie przeszkadzać. Idylla młodych rozwinęła się tak nagle i nieprzewidzianie, w ciągu zaledwie trzech miesięcy, ale tak harmonijnie i naturalnie, że można było przypuszczać że losy tych dwojga ludzi dawno już były zapisane w nieznanych ludzkości księgach.

Osman spędził całą noc na swoim posłaniu nie rozebrany. Sen jego był niespokojny i często przerywany różnymi majakami. Śniły mu się sceny wczorajszych wydarzeń, oraz jakieś inne, bliżej nieokreślone. Wreszcie gdy niespokojny usnął nad ranem zjawiła się we śnie postać jego drogiej matki. Przyglądała mu się z uśmiechem na ustach nic nie mówiąc. Zdawała się być zadowolona ze swego syna i pozdrawiała go gestem ręki, jakby była zadowolona że tak się właśnie rzeczy mają. Budząc się Osman zrozumiał, że właśnie w ten sposób spełnia się wola jego matki.

Wstał szybko, przebrał się wytwornie i przeglądając zawartość przekazanej mu przez ojca sakwy wybrał kilka drobiazgów biżuterii i włożył je do trzosa przypiętego u pasa. Polecił też Batmanowi ażeby również ubrał się wytwornie, oznajmiając że bierze go za świadka i zamierza prosić starostwo o rękę ich córki. Batman, uśmiechając się pod nosem, zastosował się natychmiast do polecenia swego pana. Widać było że jest rad tej decyzji, gdyż obserwując rozwijający się afekt w pełni go aprobował. Na przygotowaniach upłynęło mężczyznom kilka godzin, po czym udali się na zamek starosty gdzie niezwłocznie wprowadzono ich do salonu.

Pan Starosta zjawił się natychmiast, przepraszając Osmana za swój niespodziewany wyjazd, po chwili weszła również jejmość starościna witając gości uprzejmym uśmiechem. Panienka starościanka nie towarzyszyła matce tym razem, co Osman uznał za okoliczność sprzyjającą i pozwalającą mu na śmielsze wypowiedzenie prośby. Podano herbatę. Gdy wszyscy zasiedli już przy stoliku i po wymianie kilku grzecznościowych zdań, Osman odezwał się solennie:

-        Mości Pani Starościno i Mości Panie Starosto zbliża się właśnie koniec mojego urlopu udzielonego mi przez pana Wojewodę, stąd też jestem zmuszony wyjechać do Kijowa i stanąć na czele mojej chorągwi. Przed wyjazdem chcę prosić wielmożnych Państwa o przyjęcie upominków jako dowód mojej wdzięczności za ich gościnę.

To mówiąc sięgnął do trzosa i wyciągając z niego precjoza podał storościnie misterną szpilę do włosów, a staroście wręczył zapinkę do szuby, złotą, wysadzaną bursztynem. Wręczane prezenty zostały przyjęte z uznaniem i wdzięcznością, Osman zaś wstając powiedział:

-        Jeszcze też Mości Państwo, chciałem przed wyjazdem, w obecności tego tu mojego przyjaciela a teraz mojego świadka, Batmana, uniżenie prosić waszmościów o rękę ich córki.

Nastało uroczyste milczenie. Starostwo nie wydawali się być zaskoczeni rozwojem wydarzeń, można było nawet mniemać że oczekiwali takiej prośby. Po chwili starosta rzekł:

-        Ja, cóż mości Hetmanie, nie widziałbym w tym przeszkód. Mniemam też iż jejmość moja małżonka także nie będzie temu przeciwna, ale cóż, należałoby zapytać samą pannę Klarę co w tej kwestii miałaby do powiedzenia. Zatem idź moja jejmość przyprowadzić tu córkę – jeżeli będzie mogła przyjść – gdyż rano słabowała nieco i nie chciała opuszczać swojej komnaty.

Słowa te zostały wypowiedziane raczej dla zachowania form grzecznościowych niż dla rzeczywistego uzyskania zgody jejmościanki. Z twarzy starostwa bystry obserwator mógłby wyczytać, że wybór został już w pełni dokonany i zaakceptowany. Starościna wyszła bez słowa natomiast mężczyźni, stosownie do powagi chwili, siedzieli przy stoliku w milczeniu. Pani starościna nie powracała dosyć długo, zapewne musiała przygotować córkę do oznajmienia jej tak ważnej wieści. W komnacie nadal panowała uroczysta cisza. Mężczyźni przeżywali w duchu powagę chwili, każdy na swój sposób.

Wreszcie otwarły się drzwi od bocznej komnaty i weszła najpierw starościna z uśmiechem na twarzy, co już wiele mówiło oczekującym mężczyznom, a za nią pojawiła się jejmościanka, nieco blada ale powabna jak zawsze. Oczy miała spuszczone i tylko krótki ich błysk, skierowany w stronę Osmana, utwierdził go że wszystko jest na dobrej ścieżce. Starosta podniósł się ze swojego miejsca i podchodząc do niewiast rzekł z powagą na twarzy:

-        Jejmościanko, chcemy tu zapytać o twoją wolę w pewnej kwestii. Otóż obecny tu nasz szanowny gość jegomość Hetman polny Księcia Wojewody zwrócił się do nas z prośbą o twoją rękę. Cóż ty na to, moje dziecko?

-        Jak wola waści rodziców, odpowiedziała Klara.

-        No, my tak, zgodzilibyśmy się, ale cóż ty, czy się zgadzasz? zapytał starosta z powagą, patrząc na żonę i córkę.

-        Tak, odpowiedziała cichutko opuszczając oczy, a jej twarz okrył purpurowy rumieniec. Starosta uśmiechnął się i powiedział:

-        No skoro tak, to masz waszmość Hetmanie nasze błogosławieństwo, pozostaje już tylko omówić związane z tą decyzją sprawy.

Wówczas podniósł się Osman i wyjmując z trzosa mały, misterny pierścioneczek, podszedł do starościanki, ujął jej dłoń i z wielkim namaszczeniem włożył pierścionek na jej paluszek jednocześnie przyciskając delikatną rączkę do swoich ust. Jejmościanka cały czas miała opuszczone oczy i tylko  drżenie jej ręki oznajmiało o burzach jakie rozgrywały się w jej sercu i wielkim uczuciu które tam gościło. Osman opuścił rękę starościanki i nic więcej nie powiedział.

Służba oznajmiła podanie obiadu. Wszyscy przeszli więc do jadalni i ochoczo zasiedli do posiłku. Po zaspokojeniu pierwszego głodu potoczyły się wartkie rozmowy, w trakcie których ułożono że ślubowanie młodych nastąpi w miejscowym kościele w końcu miesiąca augusta – to jest sierpnia, hetman zaś wyjedzie teraz do Kijowa i zajmie się tam przygotowaniami oraz układaniem listy gości ze swojej strony. Na tych rozmowach upłynął obecnym czas prawie do wieczora i wszystkie istotne szczegóły zostały drobiazgowo ustalone. O zmierzchu Osman z Batmanem pożegnali gospodarzy i udali się do zajmowanych przez siebie kwater. Osman zapowiedział wyjazd do Kijowa na dzień następny, na co jego drużyna ożywiła się ochoczo. Wojakom już się nudziło żyć w bezczynności i spędzać całe dnie na popijaniu miodku. To też szybko i sprawnie przygotowano się do drogi i następnego dnia o świcie poczet wyruszył w drogę.

W Kijowie Wojewoda ucieszył się z powrotu hetmana, czemu dał wyraz wizytując jego chorągiew. Po zakończeniu przeglądu Osman oznajmił Księciu Wojewodzie o swoim planowanym małżeństwie z córką zieleńskiego starosty. Wojewoda pochwalił wybór i obiecał być na ślubowaniu młodych. Dla młodego hetmana dni zaczęły płynąć w szybkim tempie. Zajął się intensywnie przygotowaniami. Wysłał również umyślnego posłańca do ojca, zapraszając go na ślub. Posłaniec wrócił po kilkunastu dniach przywożąc podarunki w postaci perskich szub dla syna i jego przyszłej małżonki oraz dużą ilość kobiecej biżuterii. Do syna napisał że z powodu niedomogi, choć z wielkim żalem, ale nie może przybyć osobiście.

Czas upływał szybko, aż zbliżył się termin ślubowania młodych. Przez cały czas przygotowań Osman komunikował się ze starostą i narzeczoną za pośrednictwem wysyłanego co drugi dzień umyślnego posłańca przewożącego listy i ustne wiadomości. Na kilka dni przed terminem ślubowania młody hetman, na czele stosownego pocztu, i za pozwoleniem wojewody, wyruszył do Zieleniec, gdzie zatrzymał się już na zamku starosty.

Nadszedł wreszcie dzień uroczystego ślubu, 25-ty sierpnia, w przeddzień którego do grodu zjechał sam Książe Wojewoda w towarzystwie Wielkiego Hetmana Koronnego, który akurat przybył z misją od Króla Jegomości do Wojewody kijowskiego. Gród, zawsze cichy i spokojny, prawie senny, teraz zaludnił się ogromnie. Wszystkie miejsce w zajazdach zostały zajęte, wszystkie kwatery wykupione, w grodzie panował gwar i ruch. Widać było iż szykuje się coś niecodziennego. Na dziedzińcu zamkowym kręcili się i rozprawiali wielmoże i służba a w salonie wszyscy czekali już w pogotowiu. Z sąsiedniej komnaty wszedł z podniesionym czołem młody hetman. Wszystkich zachwyciła jego piękna i wspaniała postawa, jego chód męski i pewny. W salonie grono było niewielkie, ale strojne. Twarz starościny była poważna ale łagodna i ufna. Panna starościanka, w białej jak śnieg sukni z zielonym wieńcem na głowie i bogatym welonem zwieszającym się z jej głowy i spadającym aż do ziemi, stała obok matki piękna jak posąg z marmuru. Obok niej stały dwie drużki i dwie poważne damy – matki tych panienek. Przy starościnie stał starosta, wystrojony i uśmiechnięty.

Młody hetman zbliżył się do starościny i skłonił uniżenie, uścisnął z uszanowaniem rękę starosty, skłonił się pannie starościance i stanął obok. Podano na tacy dwa pierścionki. Starościna włożyła na palec jeden młodemu hetmanowi, drugi córce, pocałowała jedno i drugie w czoło, co starosta powtórzył. Cała ta ceremonia odbyła się w milczeniu a gdy się skończyła, starościna przeżegnała córkę i rzekła:

-        Pójdźmyż w Imię Boże!

W pobliżu zamku znajdował się kościółek parafialny ocieniony kilku lipami i okolony drewnianymi sztachetami, przez które widać było jeszcze zielone bzy. Na placu stało dużo powozów a kościół był pełen wystrojonych dam, odświętnie ubranych mężczyzn różnego wieku i ciekawego ludu tłoczącego się wokół drzwi wejściowych. Świece były już zapalone przy wielkim ołtarzu, przed którym poczesne miejsca zajmowali Wojewoda Kijowski i Wielki Hetman Koronny. Zebrani niecierpliwie oczekiwali przybycia orszaku ślubnego i towarzyszących mu osób.

Wreszcie nadeszli. Drużki prowadziły starościankę, która przeszła przez kościół z podniesioną głową ale ze spuszczonymi oczami. Następnie szedł młody hetman, wyprostowany i poważny. Za nimi kroczyli wolno starosta ze starościną a towarzysząca im grupa miejscowych notabli zamykała orszak. Powszechny szmer podziwu prowadził młodą parę aż do wielkiego ołtarza. Przyszli państwo młodzi uklękli na stopniach ołtarza a za nimi stanęli: za starościanką obie jej druhny, a za młodym hetmanem jego chorąży i wierny sługa Batman. Rodzice panny młodej usiedli na pierwszej ławie za młodymi.

Wyszedł ksiądz z zakrystii, zaintonował uroczyste "Deus in auditorium" i przykląkł na najniższym stopniu ołtarza. Organy podchwyciwszy tę piękną melodię rozwijały ją z wielką powagą. Starościna modliła się gorąco, starosta również. Usta starościanki poruszały się także w gorącej prośbie zanoszonej do Boga Najwyższego o ich szczęśliwą małżeńską przyszłość. Młody hetman klęczał w milczeniu z pochyloną nisko głową. Kiedy nabożeństwo się skończyło, ksiądz wstąpił na najwyższy stopień ołtarza, obrócił się do ludu i dał znak młodej parze aby się przybliżyła. Powstali oboje, podeszli i stanęli obok siebie. Powstała też i starościna, przybliżyła się i stanęła obok ołtarza. Po wstępnych modlitwach, ksiądz zwrócił się do pana młodego i rzekł: -        Bolesławie! Czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tę oto Klarę, którą widzisz przed sobą, pojąć za małżonkę?

-        Mam, odpowiedział młody hetman głośno i stanowczo.

-        A ty, Klaro, rzekł znowu ksiądz, czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tego Bolesława, którego tu widzisz, pojąć za małżonka?

-        Mam, powiedziała dźwięcznie panna starościanka.

Ksiądz polecił aby podali sobie ręce i związawszy je stułą pobłogosławił. Kiedy młodzi małżonkowie odwrócili się od ołtarza zagrzmiały organy i wśród ogólnego aplauzu piękna para skierowała się ku drzwiom wyjściowym. Około godziny jedenastej ślubni goście rozjechali się: jedni do swych domów, a inni do naznaczonych im na zamku pokojów. Tylko najznamienitszych – w tym królewskiego Hetmana Koronnego i pana Wojewodę kijowskiego – rodzice panny młodej zaprosili do zamkowego refektarza na weselną ucztę, gdzie wszystko już było przygotowane. Zaproszeni z ochotą na to przystali. Weselisko było huczne i trwało do białego rana. Goście jedli, pili i balowali do upadłego. W zajazdach i szynkach grodzkich również było wesoło i hucznie, gdyż starosta i młody hetman opłacili gościny dla wielmożów i rajców. Wszyscy oni także bawili się wesoło i długo.

Okazało się że Wielki Hetman Koronny nie przyjechał przypadkowo w tym czasie do Zieleniec. Przywiózł on od Króla Jegomości prezent ślubny dla młodego hetmana Osmana Stępowskiego w postaci aktu nadającego mu tytuł książęcy i prawo pieczętowania się własnym herbem z półksiężycem na tarczy. Było to wielkim zaskoczeniem i niespodzianką dla starosty i samego Osmana, który – jako człowiek stepowy – nie przywiązywał większej wagi do tak zaszczytnych tytułów. Jak się później okazało prośbę o nadanie tytułu i herbu młodemu hetmanowi skierował do Króla sam Wojewoda kijowski, który był przekonany o arystokratycznym pochodzeniu Osmana.

Rozdział VII

Zadośćuczynienie (początek strony)

Tak więc w ostatnim czasie wiele zmieniło się w życiu Osmana, człowieka z dalekiego stepu, ale więzami krwi związanego z ziemią, na której obecnie się znajdował i której służył. Młody hetman dzielił czas między służbą w chorągwi wojewody, w oddalonym Kijowie, a zamkiem starosty w Zieleńcach. Właściwie to zamieszkał na stałe w zamku, w którym było dość komnat na urządzenie wygodnego gniazdka dla nowo poślubionych. Wiele też czasu tu właśnie przebywał. W Królestwie panował teraz względny spokój i chorągwie, oprócz musztry, nie miały nic poważniejszego do roboty, a obrotny hetmański chorąży świetnie sobie radził z dyscypliną wśród wojskowych wiarusów.

Wierny Batman jako sługa i przyjaciel towarzyszył zawsze młodemu panu. Pomny polecenia Chana Baszy niepostrzeżenie czuwał u boku jego syna. Często też, nawet bez wiedzy Osmana, wysyłał umyślnych posłańców na daleki step, ażeby powiadomić starego już ojca o życiu i sukcesach młodego pana. Powiadomił też baszę o uzyskaniu przez Osmana tytułu książęcego, czym się zresztą ojciec nie bardzo ucieszył, bowiem ważniejszym dla starego był fakt, że Osman został przyjęty w tym dalekim kraju jako jeden ze swoich. Pamiętając swoją ukochaną żonę widział w sukcesach syna spełnienie jej marzenia i ostatniej woli. Serce tego twardego niegdyś wojownika tatarskiego miękło jak wosk gdy mu o tym donoszono. Odczuwał zadośćuczynienie dla tego dalekiego kraju za krzywdy wyrządzone mu ongiś przez tatarskie ordy.

Osman przystosował się znakomicie do nowych warunków życia. Dużo czasu spędzał ze swoją młodą, piękną małżonką a ich szczęście było absolutne i bez granic. Często przedsiębrali podróże do Żytomierza a nawet do Kijowa. Były jednak również okresy kiedy młody hetman musiał stawać osobiście na czele swojej chorągwi oraz być obecnym na rozkazy wojewody. Wtedy na zamku starosty bywało cicho i spokojnie. Starosta zajmował się sprawami grodzkimi, pani starościna domem i służbą, a pani Klara chodziła tęsknie po komnatach lub po zamkowym ogrodzie i tęskniła. Ani książka ani fortepian, ani ołówek, nic nie mogło ją rozerwać. Gdzie rzuciła okiem, wszędzie był ślad obecności jej małżonka, jego rozumu, jego gustu, jego starań dla niej, jego nieocenionej miłości; łzy napływały jej do oczu i tuląc do ust wszystko co niedawno otrzymała od niego, wołała sama do siebie: "Mój drogi gdzieś ty?". Te rozłąki przekonały ją jeszcze bardziej, że go kocha, że kocha coraz mocniej i goręcej.

Osman zaś, gdy po znojnym dniu zajęć w chorągwi wracał do swojej kwatery, myślami biegł do Zieleniec, zastanawiając się co w tej chwili robi jego ukochana małżonka; w takich chwilach rozłąka wydawała mu się bardzo ciężka. Sen jego był często niespokojny i przerywany. Bez przerwy wracały we śnie obrazy minionych wydarzeń. Jednej nocy ujrzał świetlaną postać matki, wyraźnie zadowolonej. Patrzyła na niego jak żywa i wypowiedziała tylko dwa słowa: "Dziękuję synku!". Po przebudzeniu się Osman rozglądał się po kwaterze, czy przypadkiem nie dostrzeże gdzież postaci matki, a po chwili, przymykając oczy, powiedział jakby do niej:

"Tak mamo, dotrzymałem przysięgi. Znajduję się tu, na ziemi po której Ty chodziłaś. Kocham tych ludzi i oni mnie kochają. Stało się tak jak sobie życzyłaś, powróciłem tu zamiast Ciebie, dokonałem zadośćuczynienia!"

Mimo tęsknoty i czasowej rozłąki młodzi małżonkowie często kontaktowali się ze sobą pismami wysyłanymi poprzez umyślnych posłańców czy regularnych kurierów. Zbliżał się okres zimy i korzystając ze względnego spokoju politycznego, wojewoda pozostawił w pogotowiu tylko oddziały zaciężne, natomiast jeździe szlacheckiej pozwolił na tymczasowy powrót do domów. Osman również otrzymał czasowe zwolnienie od służby w Kijowie i pozostawiając swoją zaciężną chorągiew pod rozkazami chorążego odjechał z wiernym Batmanem do Zieleniec, do swojej ukochanej małżonki. Przez umyślnego posłańca wysłał zawiadomienie, że następnego dnia pod wieczór zjadą do zamku.

Starościanka, którą obecnie będziemy nazywać panią Klarą, otrzymując wiadomość ucieszyła się niezmiernie i z rozjaśnioną twarzą wykrzyknęła:

-        Więc nazajutrz ma wrócić. O! Jakże długo czekałam na ten dzień, ale nareszcie nadszedł!

Po obiedzie, wystroiła się pani Klara z wyszukaną kokieterią: włożyła leciutki szlafroczek, najpowabniejszy czepeczek, przemywała co chwila zimną wodą oczy aby nie było widać płaczu. A gdy się zaczęło ściemniać a młody hetman się nie zjawiał, posłała konno dwóch stajennych z pochodniami, aby jechali póty, póki go nie spotkają. Kamerdyner otrzymał rozkaz czekania na ganku. Wszyscy byli w ruchu i coraz to nowe otrzymywali polecenia. W salonie nakryto mały stolik i wytworna kolacja była już gotowa.

Ukończywszy przygotowania pani Klara z niepokojem spoglądała w okno. Aż wreszcie, około godziny dziewiątej, zobaczyła dwa ognie w alejce dębowej. Posuwały się one szybko naprzód i wkrótce zatętnił galop koni. Serce pani Klary zabiło gwałtownie i wyrywało się z piersi, ale przezwyciężyła się, usiadła na małej sofce i tak go czekała ... Gdy kamerdyner powiedział młodemu hetmanowi że pani czeka go z wielką niecierpliwością, wbiegł szczęśliwy z błyszczącymi oczyma i uściskał rączki nie mogąc słowa wymówić.

-        Musiałeś tak długo tam przebywać a mnie biedną pustelnicę zostawiać tutaj samą?

-        Więc aż tak bardzo na mnie czekałaś?

-        Widzisz mój drogi żem czekała! I tak mi było tęskno, że kazałam tu przygotować dla nas kolację, żebyśmy już byli razem.

Sielanka małżeńskiego pożycia kontynuowała w najdoskonalszej harmonii. Osman nie wyjawił dotąd swojej prawdziwej historii życia nikomu. Poznano jedynie jego chrześcijańskie imię: Bolesław, które nadała mu jego matka chrzcząc chłopca nad rzeką w dalekim kraju. Dla innych pozostał on nadal kupcem polskiego pochodzenia urodzonym w Persji. Z racji uposażenia go przez ojca uchodził za człowieka bardzo zamożnego. Znano go powszechnie i miał duże wpływy w Kijowie i całym województwie. Wielce do tego przyczynił się również jego ojciec, który, w czasie swoich podróży kupieckich, nawiązał liczne i bliskie kontakty z polskimi wielmożami. Wielmoże ci poparli jego syna na zamku Wojewody kijowskiego i stąd jego natychmiastowe przyjęcie i uznanie, oraz stanowisko Hetmana polowego w kijowskiej armii polskiej. Zaiste była to całkowita realizacja życzenia byłej kozackiej branki, z wyboru żony tatarskiego baszy, a polskiej księżniczki: Laury Zieleńskiej.

Nadeszła zima, aczkolwiek tego roku nie była ona zbyt sroga. Nie było zbyt wielkich mrozów ani też uciążliwych śnieżyc, więc młody hetman z małżonką mogli prowadzić ożywione życie towarzyskie. Przyjmowali na zamku wielu wielmożów jak i też udawali się na urządzane w sąsiedztwie na ich cześć przyjęcia i bale. Starostwo byli bardzo zadowoleni z takiego rozwoju  wypadków. Bardzo im zależało na szczęściu ich córki. Osiągnęli wszystko co zamierzali; przyjęli na zięcia człowieka który im odpowiadał i z którym ich jedynaczka była szczęśliwa. Czegóż lepszego mogli oczekiwać kochający swoje dziecko rodzice? Starosta chodził po grodzie dumny jak paw, zaś pani starościna szczyciła się dobrym i kochającym zięciem.

Upłynęła zima i nastała wiosna. Wojewoda nie wzywał na razie młodego hetmana do służby a wręcz przeciwnie, przedłużył mu jeszcze czas wolny. Onego roku święta Zmartwychwstania Pańskiego przypadały na początek miesiąca kwietnia. Było już ciepło, ale musiano znacznie ograniczyć życie towarzyskie i wszelkie podróże, gdyż pani Klara znajdowała się już w dość zaawansowanym stanie odmiennym. Młody hetman towarzyszył żonie na każdym kroku i zabiegał o każdy drobiazg zaspakajając osobiście prawie każdą jej potrzebę. Tak więc Święta upłynęły małżonkom spokojnie, w zaciszu domowym. Zaproszono tylko najbliższych przyjaciół i bardzo wąskie grono znajomych. Starosta i starościna również ograniczyli kontakty towarzyskie i nie przyjmowali zaproszeń. Troszczyli się o zdrowie córki i cierpliwie czekali na wnuka lub wnuczkę. Skończył się kwiecień, minął maj i wreszcie nadszedł czas rozwiązania. Sprowadzono z Kijowa wybitnego medyka i najlepszą akuszerkę. Wszystko odbyło się szczęśliwie i Klara urodziła syna.

Młody hetman nie posiadał się ze szczęścia. Spełniły się jego najśmielsze i najskrytsze marzenia. Cieszył się też bardzo, że ziściło się również marzenie jego najdroższej małżonki, wypowiedziane cichutko jeszcze w lipcu roku ubiegłego. Pamiętał te wydarzenia jakby to było wczoraj. Słyszał jeszcze ten jej przejmujący i chwytający za serce szept. I rzeczywiście jest wymarzony syn, najdroższy syn, którego w skrytości ducha oczekiwał. Starosta i starościna byli również wniebowzięci i cieszyli się szczęściem młodych.

W dwa tygodnie po szczęśliwym rozwiązaniu odbył się w tym samym kościele parafialnym uroczysty chrzest hetmańskiego syna. Ceremonia była wzniosła i wspaniała, celebrowana wspólnie przez miejscowego proboszcza oraz kapelana Księcia Wojewody kijowskiego. Uroczystość zaszczycił również swoją obecnością sam Książe, w otoczeniu wielmożów z jego świty oraz znaczniejszej szlachty. Kościół był wypełniony całkowicie zaproszonymi gośćmi i miejscową ludnością, gdyż takie wydarzenie jak chrzciny hetmańskiego potomka przyciągnęły wielu ciekawych. Po południu wydano na zamku huczne przyjęcie dla Księcia Wojewody, szlachty i wielmożów i refektarz zamkowy zapełniony był ludźmi. Pito szlachetne miody i piwa i rozprawiano o młodej parze, dziecku i innych bieżących sprawach. Panował gwar, zamęt i rozbrzmiewały radosne piosenki. Gośćmi zajmował się starosta, natomiast Osman nie odstępował żony i dziecka, co było bardzo mile widziane przez wszystkich obecnych. Pani starościna też często zaglądała do komnaty młodych ciesząc się ich szczęściem. Nawet w miejscowej gospodzie pito za zdrowie młodej rodziny, gdyż gościnny starosta zamówił dla wszystkich obecnych kwartę piwa i kubek miodu.

Płynęły dni i tygodnie. Młody hetman wrócił do Kijowa i swojej chorągwi, ale cały wolny od służby czas spędzał ze swoją rodziną. Nastało i zbliżało się już ku końcowi lato tego roku, tak obfitego w wielkie wydarzenia osobiste w życiu młodego hetmana i nadal trwała rodzinna sielanka, ale jak to szczęście bywa czasami kruche i nietrwałe, tak też stało się i w tym przypadku. Nad horyzontem politycznym Polski pojawiły się ciemne chmury; nastały czasy niespokojne; nadeszły burze dziejowe; rozgorzały płomieniami wojny. Nie będziemy tu opisywać tych dziejowych wydarzeń, bo nie to jest przedmiotem tej księgi. Zainteresowanego czytelnika odsyłamy do kronik historycznych a my pozostaniemy przy dalszych losach Osmana i jego rodziny.

W obliczu śmiertelnego zagrożenia Korony Polskiej, młody Hetman został wezwany do Kijowa i stanął na czele swojej chorągwi, zaś starosta, pozostając w swoim grodzie, stanął na czele pospolitego ruszenia zmobilizowanego do jego obrony. Starościnę z córką i wnukiem wyprawiono na Podole i ukryto w wioseczce zagubionej w leśnej głuszy, aby spokojnie przetrwali nadciągającą zawieruchę.

Hetman Osman, wraz z całym wojskiem wojewody, wyruszył w pole biorąc udział w wielu potyczkach i bitwach, mniejszych i większych. Jak to bywa na wojnie, młody hetman przechodził różne koleje. W jednej z ważnych bitew wsławił się wielkim męstwem i bohaterstwem. Przykładem dowodzonej przez siebie chorągwi pociągnął do boju pozostałe chorągwie – zagrożone rozgromieniem – i ratując życie samemu panu wojewodzie odniósł pełne zwycięstwo. Wsławił się tym ogromnie i zyskał uznanie całego wojska. Niestety, w następnej bitwie został ciężko ranny i prawie bez ducha wywieziony z pola walki przez wiernie mu towarzyszącego Batmana i jeszcze kilku tatarskich janczarów należących do jego osobistej ochrony. Wierny Batman własną koszulą zatamował upływ krwi ratując swemu panu życie.

Kamraci zawieźli rannego wodza w głąb niedostępnej puszczy i umieścili w chatce bartnika, na którą natrafili przypadkowo w leśnych ostępach; nieopodal płynęła dość spora rzeka. Tam bardzo troskliwie zajęli się kurowaniem swojego Baszy, jak go między sobą nazywali. Stary bartnik, znający tajniki przyrządzania leków z suszonych ziół, leczył młodego hetmana nimi jak i miodem oraz pszczelim woskiem.

Osman przeleżał w gorączce i majakach prawie cztery tygodnie, ale stopniowo zaczął wracać do zdrowia. Mimo to wierni kamraci zwlekali z powrotem nie chcąc narażać słabego jeszcze wodza, tym bardziej że nadchodziła zima. Postanowiono ją spędzić w chacie bartnika, który zresztą nie miał nic przeciwko temu. Tym bardziej, że wojacy hetmana sowicie odpłacali bartnikowi za jego gościnę. Zaopatrywali jego chatę w potrzebny opał, ogacili ją suchymi trawami chroniąc przed chłodem, a i żywności w puszczy nie brakowało. Wytrawni janczarzy celnie strzelali z łuków, sprawnie ubijając upatrzone sztuki leśnej zwierzyny. Śniegu nie spadło zbyt dużo, więc konie także miały czym się żywić.

Powoli zbliżał się koniec zimy. Młody hetman wracał do zdrowia i choć jeszcze blady i mizerny, ale już zaczął się bardzo niepokoić o żonę i syna. Chciałby natychmiast jechać do nich. Ale nie można było opuścić tej kryjówki bez uzyskania wiadomości co się dzieje poza puszczą. Ponieważ przybyli tu w pośpiechu, nie wiedzieli nawet gdzie się dokładnie znajdują się w tej chwili. Wioząc ciężko rannego wodza nie zwracali uwagi na okolice; chodziło o znalezienie bezpiecznej kryjówki dla rannego. Teraz Batman postanowił wysłać na zwiady dwóch bystrych janczarów dla zasięgnięcia języka odnośnie ich miejsca pobytu i sytuacji politycznej w kraju. Wybrani przez niego kamraci niezwłocznie wyruszyli w drogę. Pozostało jedynie czekać na ich powrót. Osman coraz szybciej powracał do zdrowia. Po chorobie pozostały jedynie rozległe blizny, jeszcze dość widoczne: jedna od szabli na twarzy a druga od kolczastej maczugi na lewym barku. Na jego twarz zaczęły powracać rumieńce, ale jej wyraz był zatroskany i smutny.

Minęły dwa tygodnie od wyjazdu janczarów wysłanych na zwiady. Coraz większy niepokój ogarniał starego Batmana, udzielając się zresztą wszystkim. Osman zaczął już przemyśliwać co też będzie należało uczynić jeśli posłańcy nie wrócą. Aż u schyłku wczesnowiosennego dnia zjawili się w końcu zmęczeni wysłańcy. Radość była powszechna, zwłaszcza że zwiadowcy wrócili zadowoleni.

Okazało się że znajdują się w głębi puszczy poleskiej, nad rzeką Horyń. Dowiedzieli się też, że wojna skończyła się zwycięsko i w kraju zapanował spokój. Korzystając z pokoju dokonali więcej niż mieli zlecone i stąd tak długa ich nieobecność. Dotarli na Wołyń, do grodu Zieleńce, gdzie się dowiedzieli że wojewoda poszukiwał młodego hetmana chcąc go wynagrodzić za uratowanie mu życia. Jednakże wobec braku jakiejkolwiek wieści uznano Osmana za zaginionego. Przywieźli też wieści o wielkiej dzielności i wsławieniu się w bojach ich chorągwi. Najważniejszą zaś dla młodego hetmana była wiadomość, że gród Zieleńce ominęły burze wojenne a starosta i starościna, jak również hetmanowa z synkiem, są zdrowi i mają się dobrze; bardzo opłakują stratę młodego hetmana i są niepocieszeni. Wysłani janczarzy, zatrzymawszy się w zielenieckim szynku, rozpuścili wieść że słyszeli, że młody hetman został ciężko ranny ale uszedł z życiem i zapewne kuruje gdzieś swoje rany. Po czym niepostrzeżenie znikli z gospody. Mniemają jednak, że wieści te z pewnością dotarły na zamek i ożywiły nadzieję w serca bliskich mu osób. Po wysłuchaniu raportu wysłańców, Osman pochwalił ich za nadzwyczajne wykonanie poleceń i zaczął naglić do powrotu. Batman jednak radził żeby nie spieszyć się za bardzo i stopniowo zaprawiać się do konnej jazdy.

Wreszcie nadszedł dzień, w którym wspólnie podjęto decyzję powrotu na Wołyń. Osman gorąco dziękując staremu bartnikowi przyrzekł że nigdy nie zapomni mu jego oddania. Bartnik zaś pożegnał go jak syna, ponieważ wielce go polubił przez ten czas. Po wylewnych pożegnaniach poczet wyruszył w drogę, kierując się na południe. Po wielu dniach i popasach ujrzeli przed sobą gród a potem zamek starosty. Wielu mieszkańców grodu ciekawie przyglądało się dostojnie wyglądającemu pocztowi konnych jeźdźców. Wjechali na dziedziniec zamkowy gdzie jakby się domyślając powrotu młodego hetmana wyległa cała służba ze starostą na czele. Osman zeskoczył z konia i podbiegł w kierunku starosty. Jedno spojrzenie i … mężczyźni rzucili się sobie w objęcia. Powstał wielki gwar i zamieszanie co niezwłocznie wywołało na dziedziniec pozostałych mieszkańców zamku. Wyległa cała zamkowa służba, manifestując wielką radość, aż w końcu ukazała się starościna i Klara z jasnowłosym chłopczykiem na ręku. Osman rzucił się w kierunku swojej żony i schylając się nisko objął w uścisku jej kolana.

Nie jestem w stanie opisać co się w potem działo. Pozostawiam to wyobraźni szanownego czytelnika. Dodam tylko, że na zamku oraz w grodzie zapanowała powszechna radość, gdyż wieść o powrocie młodego hetmana rozniosła się lotem błyskawicy. Jeszcze Osman nie nacieszył się żoną i synem – których nie odstępował ani na chwilę – a już wieść o jego powrocie dotarła na zamek kijowskiego Wojewody, który niebawem przybył do zamku w Zieleńcach w otoczeniu swojej świty. Przyjęto go godnie i uroczyście. Na wstępie wyraził swoją radość ze szczęśliwego powrotu młodego hetmana a gdy zasiedli do stolika przy herbacie zwrócił się uroczyście do obecnych z następującymi słowami:

-        Mości panowie, gdy tylko doniesiono mi o powrocie pana Hetmana, natychmiast się tutaj zjawiłem. Chcę wszystkim oznajmić, ciągnął dalej Wojewoda, iż zawdzięczam życie właśnie jemu. Swoim poświęceniem i zagrzewającym do boju przykładem, wraz ze swoją chorągwią, wyrwał mnie z wrogiego pierścienia ratując przed niechybną zagładą. Jego bojowy duch zagrzewał wszystkich i doprowadził do walnego zwycięstwa. To zaważyło na naszych sukcesach. Swoim zapałem zyskał powszechny szacunek i uznanie. Niestety, oddaliwszy się później z niewielkim oddziałem jazdy na rekonesans, został napadnięty przez wrogów i jego poczet został rozbity. Na pobojowisku znaleźliśmy później wielu zabitych wrogów oraz kilkunastu hetmańskich janczarów. Sądziliśmy, iż Hetman został złapany, uprowadzony i gdzieś zdradziecko ubity ...

Wojewoda zamilkł ale za chwilę kontynuował dalej, zwracając się tym razem bezpośrednio do młodego hetmana:

-        Mości Hetmanie, okazało się że żyjesz szczęśliwie i jedynie przelałeś swoją krew dla Korony. W Jej imieniu mogę ci Hetmanie przyrzec, że Ona ci tego nie zapomni i sowicie nagrodzi. Ale tymczasem ja chciałbym cię nagrodzić za uratowanie mi życia. Otóż ofiarowuje ci Mości Hetmanie stanowisko mojego zastępcy i pałac dla Ciebie i Twojej rodziny w moim grodzie Kijowie.

Po słowach tych nastało dość długotrwałe milczenie, po którym odezwał się młody hetman, z bladym jeszcze obliczem. Był wymizerowany po ciężkiej chorobie a powaga chwili jeszcze bardziej wzmogła bladość jego twarzy. Zwracając się do wojewody z ukłonem, powiedział:

-        Wielmożny panie Wojewodo, składam serdeczne dzięki za waszą troskę o moje zdrowie i za łaskawe uznanie moich czynów. Jeżeli zaś chodzi o zaszczyt nominacji na zastępcę pana Wojewody to chcę uniżenie powiedzieć, że nie mogę tego przyjąć. Proszę mi wybaczyć moją śmiałość, nie czynię tego bynajmniej z niechęci czy ze złej woli, ale jestem człowiekiem pochodzącym z dalekiego stepu i życie w tak wielkim grodzie mnie nie pociąga. Wolałbym prosić o zwolnienie mnie ze służby i chciałbym osiąść gdzieś na włościach ażeby w pokoju wychowywać ich dziedzica. To zaś co zrobiłem, to uczyniłem z mojej żołnierskiej powinności a za Koronę – z wiadomych mi powodów – oddałbym wszystką krew!

Młodzieniec umilkł a bladość jego twarzy jeszcze się wzmogła. Wojewoda wzruszył się tą wypowiedzią i można było dostrzec jak łza zabłysła w jego oku. Widać było że coś kalkuluje i nad czymś się zastanawia. Po chwili powiedział:

-        No cóż mości Hetmanie, nie gniewam się na Ciebie za twoją odmowę, rozumiem Cię doskonale. Przemyślę tą sprawę i zadecyduję niebawem o twoim zwolnieniu ze służby i sam dalej podejmiesz troskę o byt Twój i Twojej rodziny, a na razie udzielam ci zwolnienia ażebyś mógł się wykurować i nacieszyć rodziną. Zapewniam cię jeszcze raz, że Korona Polska nie zapomni twoich zasług i właściwie cię nagrodzi.

To powiedziawszy wojewoda podniósł się z miejsca, pożegnał się z obecnymi i odprowadzony do karety przez starostę i młodego hetmana odjechał do Kijowa. Upłynęło kilkanaście sielankowych dni i miesiąc kwiecień zbliżał się już ku końcowi; radość na zamku starosty była pełna. Osman radował się synem stawiającym już pierwsze kroki; spędzał z nim prawie całe dnie i wieczory.

Na początku maja przybył od wojewody posłaniec, przywożąc młodemu hetmanowi wezwanie do Kijowa w sprawie zwolnienia go ze służby. Nie zwlekając, następnego dnia, Osman wyjechał do Kijowa i po przybyciu niezwłocznie zgłosił się w kancelarii wojewody, gdzie dowiedział się że zostanie przyjęty następnego dnia na naradzie. Dziś Książe Wojewoda wizytuje chorągwie w towarzystwie Hetmana Koronnego, który właśnie zjechał do Kijowa. Osman spędził noc w zajeździe i rano udał się na zamek. Tu wprowadzono go do wypełnionej przez wielmożów sali, gdzie powitano go owacyjnie. Niebawem weszli Wojewoda i Hetman Koronny i nastała cisza. Pan Wojewoda rozejrzał się po sali i zagaił w te słowa:

-        Mości panowie, poprosiłem o przybycie was wszystkich waszmościów tu obecnych, ażeby podsumować nasze czyny wojenne. Wszyscy waszmoście wiecie, że nasz Hetman polny zaciężnej chorągwi, tu dziś obecny, zasłużył się niemało na polu walki i ciężko ranny kurował się w puszczy pińskiej. Teraz, w związku ze znacznym uszczerbkiem na zdrowiu, prosi mnie o zwolnienie go ze służby w chorągwi ...

Chwilę przerwał, rozejrzał się i ciągnął dalej:

-        W tym stanie rzeczy oświadczam, iż przychylam się do prośby i daję Hetmanowi zwolnienie ze służby zawodowej. Jednakże pozostawiam mu godność hetmańską i prawo służby w pospolitym ruszeniu. Teraz zaś przemówi Wielki Hetman Koronny i odczyta akt królewski.

Wojewoda zamilkł i ogarniając wzrokiem obecnych przeniósł go na podnoszącego się z krzesła Hetmana Koronnego, siadając po chwili na swoim miejscu. Hetman Koronny wziął leżący na stole zwój pergaminu, rozwinął go i uroczystym głosem przystąpił do odczytywania. Czytał co następuje:

-        My z łaski Bożej Król Polski, składamy dzięki Hetmanowi Polnemu za jego męstwo i poświęcenie dla Korony. Ponadto, w uznaniu jego zasług a także za uszczerbek na zdrowiu, nadajemy mu posiadłość ziemską o wielkości trzech tysięcy włók gruntów, wraz z folwarkiem położoną na północnych rubieżach Rusi Białej, niziny niemeńskiej. Skończył czytanie wypowiadając słowo: Amen.

Osman słuchał tych słów wielce zdziwiony i zaskoczony. Jak w transie przyjmował od obecnych na sali gratulacje i wyrazy uznania. Wojewoda wręczył mu zgodę na zwolnienie ze służby oraz ten królewski pergamin nadający mu ową posiadłość. Uroczystość dobiegła końca; mógł nareszcie ochłonąć z wrażeń i wracać do rodziny i nie zwlekając wyruszył w powrotną drogę do Zieleniec. Zabrał ze sobą wszystkich żyjących jeszcze stepowych kamratów, których wojewoda także zwolnił ze służby, aby nadal pomagali swojemu baszy, teraz już jako dziedzicowi ziemskiemu.

Dotarli do grodu dobrze po północy i wnet cały zamek starosty stanął na nogi. Dowiedziawszy się przywiezionych nowin nikt już nie usnął do rana, wszyscy się cieszyli. Najbardziej cieszył się sam Osman. Stał się właścicielem ziemi która była częścią ziemi jego matki. Wypełnił jej ostatnią wolę. Postanowił najpierw udać się na swoją  posiadłość tylko ze swoimi wiernymi kamratami i objąć ją w posiadanie, a następnie zabrać tam swoją rodzinę. Po kilku dniach wyruszyli w drogę na północ i w ciągu tygodnia dojechali do miejsca przeznaczenia. Zgłaszając się w kancelarii w mieście tamtejszego okręgu, otrzymał przydział dóbr i plany ich położenia. Tam też urzędnik ziemski, pytając Osmana jak ma nazwać to Siedlisko, otrzymał od niego taką oto odpowiedź:

-        Jestem człowiekiem stepu niech więc to będzie "Stepowe Siedlisko".

Urzędnik, który był nieco głuchy, zrozumiał imię Osman jako Stefan i zapisał w dokumentach "Stefankowe Siedlisko". Po otrzymaniu dokumentów, nowy dziedzic udał się z wierną drużyną na świeżo otrzymane dobra, a stanąwszy na wzgórzu ogarnął wzrokiem ziemię i folwark i wyszeptał cichutko wznosząc oczy ku niebu: "Droga mamo, zadośćuczynienie jest pełne. Jestem oto właścicielem cząstki Twojej ziemi! "

Koniec (w tekście oryginalnym)

Dalszy ciąg na stronie: Rozdzialy VIII i IX

 

Zygmunt i Anna z Koźlakowskich Serdakowscy, 1945.

Pytania i komentarze

Indeks

Ogólny spis treści 
ta strona: 
Rozdział VI, Rozdział VII

Słowo wstępne

Przetłumaczone niedawno z rosyjskiego na polski fragmenty obszernej książki M. Dowgielskiego, stanowiące treść tej strony, są niewątpliwie bazą do dalszych poszukiwań ciekawej i oryginalnej historii rodu Serdakowskich. Jeden z egzemplarzy tej kroniki-powieści zachował się w rodzinie Bronisława Serdakowskiego, mieszkającego obecnie w Dębnie Lubuskim, o czym sam Bronisław wspomina w uwagach zamieszczonych po tekście głównym. Pisze on również o tej książce jako o głównym źródle informacji do przygotowanej i wydanej przez niego w roku 2002-gim „Biografii Rodu Serdakowskich”.

Dla mnie, który również grzebie się od lat w przeszłości przodków, relacja ze spotkania dwóch braci pra-pra-dziadów (Eustachego i Michała), opisana w rozdziale IX-tym, jest rewelacją i nie tylko potwierdza fantastyczne opowieści mojego stryja Henryka, ale również odpowiada na dawno nurtujące mnie pytanie: Dlaczego, jak i kiedy moi przodkowie osiedlili się na pińskim Polesiu? Dawniej wiedziałem tylko (ze „Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego”),  że majątek mojego ojca, Otołczyce, odziedziczony został przez jakiegoś Serdakowskiego, ale teraz wiem, że nie został odziedziczony a kupiony przez mojego pra-pra-dziada Eustachego, który schronił się na Polesie na skutek prześladowań Polaków przez carską Rosję po powstaniu styczniowym 1863-go roku.

Od stryja Henryka dowiedziałem się, że nasz ród wywodzi się z krymskich książąt tatarskich i że on sam – jako dziecko – bawił się w Otołczycach pieczęcią z wyrytymi: siedmiopałkową koroną, skrzyżowanymi szablami oraz księżycem w nowiu obejmującym trzy gwiazdy (zobacz tylną okładkę)!

Od Bronisława Serdakowskiego i z książki Dowgielskiego, dowiedziałem się, że moim pra-pra-pra-dziadem (ojcem Eustachego) był oficer francuski, porucznik markiz de Serdain, który, wracając ranny spod Moskwy wraz z rozbitą armią Napoleona, schronił się na polskim dworze w Oszmianie i ożenił z polską panną, dając początek rodowi Serdakowskich. Według Bronisława, ten francuski oficer pieczętował się herbem na którym widniał: księżyc w nowiu obejmujący trzy gwiazdy i że taki herb wyryty jest na istniejącym podobno nadal grobowcu rodzinnym Oszmiańskich i Serdakowskich na cmentarzu w Oszmianie!

Cała – dotychczas znana – historia naszego rodu oparta jest na opowieściach i legendach: tych przekazywanych z ojca na syna i tych opisanych w książce Dowgielskiego. Wiele informacji potwierdza się w innych przekazach, ale nadal brak jest jednoznacznych dokumentów, takich jak: kopie zapisów metrykalnych, fotografie nagrobka Serdakowskich w Oszmianie, czy wreszcie kopie rejestrów francuskich dotyczących służby wojskowej porucznika markiza Edmunda de Serdain i jego udziału w rosyjskiej kampanii Napoleona.

Poszukiwaniami takich i innych dokumentów chcę się zająć w najbliższych miesiącach i latach, mając nadzieję że przepiękna i romantyczna opowieść znajdzie potwierdzenie również w archiwach.

Krzysztof Serdakowski
(potomek Eustachego)

 

Od tłumacza

Uwagi o rozdziałach książki

Autor omawianej powieści, jak należy domniemywać, miał na względzie opisania dziejów zaprzyjaźnionej sobie rodziny i opublikowania jej biografii poczynając od powstania rodów, a szczególnie uwypuklenia dziejów sobie współczesnych, to jest spotkania i wspomnień dwóch braci bliźniaków. Jednakże pisząc swoje dziełko był zmuszony do zbeletryzowania tej historii. Należy przypuszczać, że taka budowa powieści była konieczna z uwagi na obowiązek przedłożenia jej przed wydaniem rosyjskiej cenzurze.

Warunkiem wydania w tamtych czasach jakiejkolwiek książki było uzyskanie pozytywnej opinii panującego wówczas w Polsce rosyjskiego zaborcy i jego nieubłaganej cenzury. Z tego też powodu konieczne było napisanie gloryfikującej Polskę części historycznej w formie powieści romantycznej. Ta część powieści została wydzielona w rozdziałach od 1 do 7.

Tym niemniej swoista treść tej części nawiązuje do wspomnień braci opisanych w pozostałych dwóch rozdziałach. Te rozdziały książki autor poświęca wyłącznie wydarzeniom sobie współczesnym to jest dotyczącym spraw zaprzyjaźnionej rodziny. Rozdziały te stanowią jakby kanwę całej powieści i są niejako odrębnymi częściami tej książki stanowiącymi jej istotne motto. Świadczy o tym umieszczenie przez autora słowa "Koniec" na zakończenie każdego z nich. Dlatego też właśnie te dwa rozdziały są najbardziej cenne dla badacza genezy rodu ponieważ opisane tu są dość szczegółowo istotne wydarzenia związane z opisywanym rodem.

Tłumaczyła z rosyjskiego: mgr historii Violetta Halina Jańczak, zamieszkała w Kostrzyniu nad Odrą (66-470) na ulicy Orła Białego 19b/20

Dyplom nr 113/95 Wydziału Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu Uprawnienia tłumacza nr 17/98 Związku Literatów Polskich Oddział w Poznaniu

Tłumacz przysięgły języka rosyjskiego Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu Nr rejestracyjny: 118/99 Kostrzyń nad Odrą, dnia 13-go sierpnia 2002 roku.

 

Uwagi Bronisława Serdakowskiego
(potomka Michała)

Część I

O pochodzeniu książki "Stefankowe Siedlisko" 

Książka ta – jak sięgam pamięcią – znajdowała się w zbiorze książek rodzinnych w naszym domu w Brożole. Możliwe, że nabył ją lub też otrzymał od dziadka mój ojciec, a także zapewne czytał ją, gdyż świetnie znał język rosyjski. Dziadek mógł tę książkę otrzymać bezpośrednio od jej autora, z którym mógł się przyjaźnić. Można domniemywać, że w owych czasach nakład takich książek nie mógł być wielki.

Ja w dzieciństwie bardzo lubiłem czytać książki i wiele czytałem. Gromadziłem też książki które udało mi się zdobyć. Pamiętam, że takim dostawcą książek był chłopak z Brożoły, o nazwisku Sładkiewicz, sporo starszy ode mnie. Miał on wtedy około czternastu lub piętnastu lat i mieszkał ze swoimi rodzicami w tym samym budynku, w którym mieściła się szkoła podstawowa. On też, wiadomymi sobie sposobami, wykradał książki ze zbiorów szkolnej biblioteki i przynosił mojemu ojcu.

Mój ojciec, widząc moje zainteresowanie książkami i chcąc mi zapewnić możliwość ich czytania, kupował je od tego chłopaka za jakieś kwoty pieniężne. Stąd też wiele książek z naszej domowej biblioteczki książek posiada numer i jest ostemplowanych pieczątką szkoły podstawowej w Brożole. Należy tu nadmienić, że znajdujące się wówczas w szkolnej bibliotece polskie książki w tym wojennym czasie nie były nikomu wypożyczane i wykradzenie ich z biblioteki przez tego chłopca oraz zakupienie przez mojego ojca było sposobem ich ratowania. Pozostałe książki tej szkolnej biblioteki zostały później przez Litwinów spalone. Widział to mój ojciec i żałował, że nie namówił tego chłopca na przyniesienia większej ich ilości.

Wracając do napisanej po rosyjsku kroniki Dowgielskiego, wspomnianej na wstępie, nie potrafię powiedzieć skąd ta książka znalazła się w domowym zbiorze. Jak już nadmieniłem była w naszym domu od kiedy sięgam pamięcią. Wszystkie książki zostały w czasie repatriacji zabrane i przywiezione do Polski, na Ziemie Zachodnie, do pierwszego miejsca zamieszkania naszej rodziny, to jest do Młynisk. Później, przeprowadzając się do Dębna, zabrałem wszystkie książki ze sobą. Większość umieściłem w domowej biblioteczce, natomiast część z nich, z braku miejsca w szafce bibliotecznej, zapakowane zostały w paczki i umieszczone w piwnicy.

Omawianą książkę odnalazłem właśnie w piwnicy. Muszę dodać, że w tam przechowywane były książki o mniejszej – jak mi się wydawało – wartości i co do których nie przejawiałem większego zainteresowania. Ta książka z racji swojej obcojęzyczności nie wzbudzała przez długo mojej uwagi. Odnalazłem ją przez przypadek w marcu 2002-go roku, kiedy to szperając w piwnicy wśród książek, otworzyłem ją na chybił trafił i przeczytałem kilka zdań.

W trakcie czytania stwierdziłem zdumiony, że książka ta zawiera bardzo istotne wiadomości dotyczące naszego rodu. Zagłębiając się dalej, przekonałem się z całą pewnością, że jest to bardzo cenny materiał do opracowywanej przeze mnie biografii. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego mój ojciec przechowywał ją z pietyzmem i przywiązywał tak wielką wagę do zabrania jej ze sobą w czasie repatriacji do Polski.

Książka ta okazała się skarbnicą wiedzy na temat powstania rodu Serdakowskich i rozsypki jego członków po świecie na skutek dziejowych zawieruch. Zapisane są główne wydarzenia i daty i nawet legendarne dzieje praprzodka pochodzenia tatarskiego są szeroko opisane i skomentowane. Po przeczytaniu książki zrozumiałem wiele istotnych szczegółów usłyszanych w dzieciństwie w opowieściach ojca. Musiała ta książka mieć wielkie znaczenie dla niego, gdyż mimo niechęci do Rosjan, zabrał ją ze sobą do Polski.

Tylko część książki dotyczy rodu Serdakowskich. Dokonałem więc selekcji i zleciłem tłumaczenie istotnych dla mnie rozdziałów. Następnie wprowadziłem tłumaczenie do komputera, co znacznie ułatwiło szybkie korzystanie z tekstu.

Bronisław Serdakowski

Dębno, marzec 2002-go roku

Uwagi Bronisława Serdakowskiego
(potomka Michała)

Część II

O książce "Stefankowe Siedlisko", jako głównym źródle powstania

"Biografii Rodu Serdakowskich"

(napisanej i wydanej przez niego w roku 2002)

Czytając książkę Dowgielskiego można się zastanawiać dlaczego autor opisując wydarzenia historyczne nie opisuje bliżej wojen toczonych przez Polskę w tamtych czasach? Nie umiejscawia też dokładniej miejsc akcji, ani wydarzeń w konkretnych datach kalendarzowych, odsyłając czytelnika do wydawnictw historycznych? Analizując książkę można też stwierdzić, że autor omawia jedynie lokalne wydarzenia i umiejscawia w czasie jedynie wydarzenia rodowe.

Wyjaśnienie tego wydaje się być związane z sytuacją polityczną ówczesnych czasów. Otóż autor wydawał swoją książkę w czasach kiedy Polska znajdowała się pod zaborem rosyjskim i stąd jakiekolwiek bliższe opisanie wydarzeń historycznych, czy też dokładniejsze umiejscowienie w czasie lub miejscu, mogłoby spowodować negatywne opinie władz rosyjskich i w konsekwencji publikacja taka nie uzyskałaby zezwolenia rosyjskiej cenzury i nie mogłaby być wydana.

Zastanawiałem się też nad osobą autora książki, który tak wiernie opisuje dzieje naszego rodu. Po przeanalizowaniu wielu publikacji bibliograficznych i przestudiowaniu nazw miejscowości zamieszkiwanych przez litewską szlachtę, doszedłem do wniosku, że autor mógł być bliskim przyjacielem jakiegoś członka rodu Serdakowskich.

Zastanawiając się nad nazwiskiem autora książki: Dowgielskij, doszedłem do wniosku, że tym przyjacielem mógł być litewski szlachcic pochodzenia rosyjskiego o nazwisku Dowgiłło, mieszkający w majątku Dowgiły lub Dobiły. Analizując stare mapy majątków ziemskich na polskich kresach wschodnich, stwierdziłem rzeczywiste istnienie takiej miejscowości. Na jednej z tych map znajdowała się nazwa pierwsza, a na innej druga. Studiowane przeze mnie mapy zostały wydane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w roku 1930-tym i wznowione w roku 1935-tym.

Analizując oryginalną nazwę miejscowości: "Sieło Stiepanczykowo", stwierdziłem, że na dawnych wschodnich terenach Królestwa Polskiego istniały ziemie nazywane Ruś Biała, gdzie mówiono i pisano regionalnym językiem białoruskim. Stąd też mógł zaistnieć fakt zapisania nazwy tej miejscowości – jak sugeruje autor – początkowo jako: "Stefankowe Siedlisko", po białorusku: "Stiepankowe Sieło", które później zmieniono na "Sieło Stiepanczykowo".

Jeżeli chodzi o legendę powstania nazwy Oszmiana, opisaną w rozdziale VIII, to protoplasta rodu był z całą pewnością przodkiem późniejszego dziedzica Oszmiańskiego, pojawiającego się jako jeden z korzeni rodu Serdakowskich. Do tego stwierdzenia skłania mnie treść napisu wykuta na płycie nagrobnej, który według autora książki brzmi: "Tu spoczywa na prochach swoich przodków ... dziedzic tych ziem ... Oszmiański", a także stwierdzenie Michała, że tu: "… leżą szczątki jego pradziadków i dziadków ...".

W rozdziale IX-tym autor omówił, wiernie i ze szczegółami, historię powstania rodu Serdakowskich. Z opisanych wspomnień braci wynika wyraźnie pojawienie się oficera francuskiego na oszmiańskim dworze. Pada słowo "markiz" i stwierdzenie że, "... mundur porucznika spalono …". Do wniosku, że był to oficer francuski, prowadzi wypowiedź jednego z braci: "... wracał Czarnym Traktem po klęsce nad Berezyną …". Jak wiadomo z historii, właśnie w trakcie odwrotu spod Moskwy, przeprawiając się przez rzekę Berezynę, armia francuska poniosła całkowitą klęskę. Tak zwany Czarny Trakt jest oznaczony na mapach Wojskowego Instytutu Geograficznego z lat 1930-35. Był to szlak odwrotu resztek francuskiej armii i przebiegał w odległości około piętnastu kilometrów od Oszmiany, zaś jego nazwa wynikała z tego, że była to żałobna droga resztek rozgromionej i wynędzniałej, tak niegdyś ogromnej i niezwyciężonej napoleońskiej armii.

Chciałbym również nadmienić, że pisząc "Biografię Rodu Serdakowskich", zasugerowałem, że istnieje przypuszczenie o pochowaniu w grobowcu rodzinnym Oszmiańskich prawdziwego Zygmunta Sierakowskiego, przyjaciela Zygmunta Serdakowskiego. Do takiego przypuszczenia skłaniają mnie następujące fakty: Autor omawianej książki w nawiasie stwierdza: "(Z nieznanych powodów wykuto na tablicy nagrobnej imię Zygmunta dwukrotnie)". Wiele mówiący jest też napis wykuty w liczbie mnogiej: "Bóg wezwał was do szeregu". Dalej autor mówi słowami Eustachego, pytającego Michała: "Czy wiesz czemu to jest tak napisane? " i słowami Michała stwierdza: "Byli bardzo młodzi".

Stąd też moje domysły i przypuszczenia, że po egzekucji w Wilnie, Zygmunta Sierakowskiego też tu pochowano. Ze zrozumiałych względów autor nie mógł pisać o tym bezpośrednio, ale coś sugeruje i resztą pozostawia domyślności czytelnika.

Konstrukcję drzewa genealogicznego rodu Serdakowskich (zamieszczoną w napisanej przeze mnie "Biografii …" ) zbudowałem w oparciu o omawianą książkę. Posługując się wypowiedziami braci i na podstawie wyliczeń, ustaliłem imiona dzieci Edmunda i Anny-Izabeli Serdakowskich oraz daty ich urodzin, poza jednym przypadkiem. Mianowicie nie jest dokładnie i jednoznacznie stwierdzone czy jedno z dzieci Edmunda i Anny-Izabeli było dziewczynką czy chłopcem. Chodzi o Marię urodzoną w 1831 roku. W jednym miejscu autor wymienia imię Marian a zaś w drugim Maria. Nie mogłem więc z całą pewnością ustalić, czy Anna-Izabela Serdakowska wyjechała do Galicji z żoną Zygmunta i córką Marią czy też z synem Marianem. Z uwagi na brak w tej chwili jakichkolwiek innych źródeł, ustalenie tej kwestii jest na razie niemożliwe. Być może sprawa ta zostanie kiedyś wyjaśniona po odszukaniu śladów pobytu w Galicji Anny-Izabeli Serdakowskiej, żony Edmunda de Serdain. Wracając do rozdziału VIII-mego: "Epilog - Saga Oszmiany",  jest to chyba legenda, lecz jak twierdzi stara ludowa maksyma: "W każdej legendzie jest ziarnko prawdy". Zatem można przypuszczać że legenda ta rzeczywiście podaje genezę nazwy Oszmiana. Zwłaszcza, że ma to nawiązanie do faktów rzeczywistych, historycznych i geograficznych. W tym stanie rzeczy można przypuszczać, że jest to legenda powstała z ustnych przekazów członków rodu lub osób związanych w jakiś sposób z tymi wydarzeniami i z tą miejscowością, a zebranych i zapamiętanych przez autora omawianej publikacji i następnie w niej opisanych. W rozdziale tym dość plastycznie opisano legendę powstania nazwy szlacheckiego dworu na północno-wschodnich kresach Polski, wynikającej z imienia jej właściciela i z wyraźnym nawiązaniem do jego tatarskiego pochodzenia.

Taką wersję tej legendy słyszałem też w dzieciństwie od mojego ojca, zarówno jak i opowieść o dającym początek rodowi Serdakowskich przodkowi pochodzenia francuskiego, pozostałym w Polsce w czasie odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy w pamiętnym roku 1813.

Bronisław Serdakowski
Dębno, w lipcu 2003-go roku.

Okładka książki Bronisława Serdakowskiego