Wideofilmy

 

Poniżej zamieszczone są teksty, każdy zakończony odpowiadającą mu
diaporamą, wideoramą, lub wideofilmem.

Kliknij na jeden z ośmiu poniższych tytułów, aby przeczytać opowieść i obejrzeć odpowiadające jej wideo.

Spis treści: Byliśmy Tam... - Sahara - 1973; Wspomnienia z Irian Jaya - Indonezja - 1985; Tango w Café Tortoni - Argentyna - 2010; Wyspa Bali - Indonezja - 1985; Tour de Gaspésie - Kanada - 2008; Zawody czarowników - Tanzania - 1993; Safari - Tanzania - 1993; Maroko - 1967-69.




Byliśmy Tam… (1973) - Sahara

Dla wielu z Państwa film z roku 1973-ciego może wydawać się zbyt "retro", za odległy w czasie, aby mógł być ciekawy i aby warto było poświęcić wieczór na jego oglądanie. Na pewno są to uzasadnione i logiczne obawy i nie namawiałbym Państwa na ten seans, gdyby to było tylko zwykłe wspomnienie z dawno odbytej podróży…
Ten film jednak nie jest zwykłym wspomnieniem; jest opowieścią o emocjach trojga Polaków, którzy podjęli trudne wyzwanie dwukrotnego przejechania samochodem tysięcy kilometrów przez bezdroża bezkresnej Sahary, spełnienia marzeń organizatora wyprawy – wytrawnego myśliwego – zapolowania na grubego zwierza w buszu Czarnej Afryki i głębszego osobistego poznania spotykanych po drodze ludzi: Berberów z rejonu Wielkiego Ergu Zachodniego; Tuaregów z okolic Tamanrasset i księżycowych gór Hoggaru; okolic mitycznych miast Agadez, Gao i Timbuktu, oraz czarnych plemion żyjących w tropikalnej dżungli między Niamey w Nigrze i Zatoką Gwinejską… Odwiedziliśmy również rodziny Europejczyków, którzy bądź, jako doradcy afrykańskich Rządów, bądź dla zarobku, bądź… z miłości osiedlili się w różnych miejscach na trasie naszej podróży. Do większości odwiedzonych przez nas rejonów Afryki, a pokazanych w tym filmie, nie można już dzisiaj normalnie pojechać. A już szczególnie do saharyjskich prowincji Nigru, Mali, czy przygranicznych stref pustynnej Algierii, bo grozi to porwaniem przez islamistów Al-Kaidy. Na oglądanych dziś rzadkich reportażach telewizyjnych z tych rejonów, ani pejzaże, ani ludzie nie zmienili się wiele od czasów naszej tam bytności. Film opowiada o trudnościach podróży, pokazuje fantastyczne pejzaże, ale również wprowadza do domów i namiotów napotykanych ludzi, mówi o ich radościach, troskach i życiu codziennym.
Oryginalna taśma filmowa formatu Super-8, marki Kodak, zachowała się wyjątkowo dobrze i teraz została cyfrowo zeskanowana. Film o oryginalnej długości ponad 96-ciu minut, skrócony do niecałych osiemdziesięciu, został na nowo zmontowany, jego kolory, ostrość i format poprawione elektronicznie przy użyciu wysokiej klasy programu komputerowego. Sekwencje filmowe zostały uzupełnione dobrymi fotografiami wykonanymi w tym samym, co film czasie i jakby zatrzymującymi akcję filmu dla lepszego przyjrzenia się okolicy, czy ludziom. Całość została opatrzona efektami dźwiękowymi i muzyką, w dużym stopniu oryginalną, nagraną na taśmie magnetofonowej w czasie kręcenia filmu. Dodany został polski komentarz, nie tylko w formie narracji, ale również odczytane zostały części opowiadań inspirowanych przez przeżycia z tej wyprawy. Cytowane są także w komentarzu legendy i przysłowia, oraz ciekawe opowieści napotykanych ludzi.
Jednym z najważniejszych powodów przygotowania do publicznej prezentacji tego starego filmu jest mój ukłon dla pamięci nieżyjącego już od trzech lat organizatora i głównego finansowego sponsora tej wyprawy, Zbyszka Zakrzewskiego. Mogę śmiało powiedzieć, że dalsze moje podróżnicze awantury oparte były organizacyjnie na tej mojej pierwszej, w której jednak nie mógłbym uczestniczyć bez Zbyszkowego zaproszenia i pokrycia znacznej części przypadających na mnie kosztów. Cześć Ci Podróżniku i prawdziwy Łowco! Oby Twoje wyprawy i polowania w Kraju Cieni sprawiały Ci wieczną przyjemność i satysfakcję!

Krzysztof Serdakowski

Wideoklip z filmu: Byliśmy Tam... - Sahara

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Wspomnienia z Irian Jaya, Indonezja, oryginalne plemię Dani żyjące w wysokich górach (1985)

(...) Wamena, jak wtedy większość miasteczek na Irian Jaya była dostępna tylko z powietrza i wylądowaliśmy na jej lotnisku wczesnym popołudniem. Kiedy wyładowywano nasze walizki ja załatwiałem jeszcze sprawy z miejscową policją, bo wszędzie w Irian Jaya trzeba było się zameldować na policji tuż po przybyciu, natomiast Lucyna pilnowała naszych bagaży. Kiedy już je odciągnęła na bok i czekała na mnie podszedł do niej tubylec, niewielki człowieczek o ciemnej skórze, kołtuniastych włosach, grubych, negroidalnych rysach i… zupełnie nagi. Jedynie jego męski atrybut ukryty był w kotece - podłużnej wysuszonej tykwie od której połowy biegł cienki, pleciony z lnu sznurek uwiązany w pasie. Tubylec zaczął coś mówić do Lucyny po indonezyjsku, pokazując jednocześnie na nasze walizki. Moją biedna żona zastygła w bezruchu, kompletnie zaszokowana… Kiedy podszedłem do nich, tubylec skierował się do mnie i zrozumiałem, że chciał być naszym tragarzem. Byłem również zaskoczony wyglądem tubylca, ale oglądając się dookoła zauważyłem innych podobnie "ubranych" tubylców, ofiarujących innym pasażerom swoje usługi jako tragarze. Ostatecznie zgodziłem się, aby zaniósł nasze walizki przed budynek lotniska, do jednej z czekających tam taksówek, którą pojechaliśmy do misji MAF (Missionary Aviation Fellowship)...

(...) O istnieniu plemienia Dani świat się dowiedział bardzo późno, bo dopiero w czerwcu 1938-mym roku amerykański geograf i eksplorator, Richard Archbold zobaczył ze zdumieniem ze swojej latającej łodzi rozległe ogrody i schludne wioski w dolinie rzeki Baliem w wysokich górach Nowej Gwinei. Nie mógł jednak tam wodować, bo nie znalazł w pobliżu żadnego większego jeziora. Zrobił tylko dużo zdjęć lotniczych i opisał odkrycie w naukowych periodykach poświęconych geografii. Dopiero w roku 1942-gim, w czasie wojny amerykańsko-japońskiej na Pacyfiku nastąpiło osobiste zetknięcie się Amerykanów z tubylcami z plemienia Dani. W Jayapura, stolicy ówczesnej kolonii holenderskiej na Nowej Gwinei, stacjonowały wojska amerykańskie i aby czymś zająć nudzących się żołnierzy zorganizowano wycieczki lotnicze po okolicy. Jeden z takich wycieczkowych samolotów, wojskowy DC3-McDonnell Douglas, rozbił się niedaleko dzisiejszej Wameny i wysłano inny samolot na jego poszukiwania. Z lotu ptaka zobaczono, że nie wszyscy pasażerowie zginęli i zorganizowano akcję ratowniczą. Najpierw zrzucono kilku ludzi na spadochronach, którzy przygotowali, jakie takie lądowisko i mógł na nim wylądować niewielki samolot i zabrać spadochroniarzy i ranną pielęgniarkę, która się uratowała z katastrofy. Oczywiście tubylcy z okolicznych wiosek asystowali przy akcji ratunkowej i nawet pomogli rannej pielęgniarce przeżyć czas oczekiwania na ratunek. Po zakończeniu wojny eksploratorzy z całego świata zaczęli organizować różne ekspedycje do doliny Baliem i powoli dowiadywaliśmy się coraz więcej o tym niezwykłym plemieniu...

Migracje niespokojnego Polaka, tom: Dom Czwarty

Wideoklip z wideoramy: Najciekawsze wspomnienia z Azji SE - Dani, Indonezja

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Tango w Café Tortoni w Buenos Aires, Argentyna

Café Tortoni znajduje się w centrum starego miasta Buenos Aires na ulicy Avenida de Mayo i została założona w roku 1858 przez francuskiego imigranta i nazwana tak samo, jak podobna w tym czasie kawiarnia w Paryżu na boulevard des Italiens. Prawie od początku kawiarnia ta stała się modnym miejscem spotkań nie tylko zakochanych, ale i możnych i sławnych ludzi z całego świata. W roku 1926 otwarto w piwnicy kawiarni osobne miejsce spotkań dla malarzy, muzyków i pisarzy i nazwano je: La Peña. To w tej podziemnej sali można dzisiaj oglądać najlepszych argentyńskich tancerzy tanga, jak również koncerty jazzowe.

Wspomnienie ze spektaklu, który oglądałem w styczniu 2010

Wideoklip z wideofilmu Argentyna 2009-10 - Buenos Aires

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Zaczarowana wyspa Bali, Indonezja - 1985-86

(...) Z Yogyakarty polecieliśmy na kilka dni samolotem na wyspę Bali. Wylądowaliśmy na lotnisku w Denpasar, skąd pojechaliśmy taksówką do turystycznej miejscowości Kuta z tam po wynajęciu małego samochodu terenowego, Samuraj marki Suzuki ruszyliśmy w drogę na północ. Początkowym planem było objechanie wyspy dookoła, ale dojechawszy do miasta Ubud, doszliśmy do wniosku, że ciekawsze będzie dokładniejsze zwiedzenie kilku znanych miejsc we wschodniej i północnej części wyspy, a więc: targu w Ubud, tarasów ryżowych, świątyni śmierci Durga Kutri, świątyni hinduistycznej Besakih i unikalnej i bardzo starej osady Terunyan istniejącej już przed opanowaniem wyspy przez hinduskie królestwo Majapahit w XVI-tym wieku. Przy okazji zobaczyliśmy przypadkowo unikalne balijskie ceremonie i przeżyliśmy wiele unikalnych emocji…!

(...) Po przyjeździe do Ubud wynajęliśmy pokój w przepięknie udekorowanym w balijskim stylu hotelu, otoczonym bardzo egzotycznym, starannie utrzymanym ogrodem. Przez resztę dnia zwiedziliśmy grotę słoniową i rozciągające się wokół niej tarasy ryżowe, budowane przed wiekami przez całe pokolenia, na których mogliśmy oglądać pola ryżowe w różnych stopniach zaawansowania uprawy, jako, że balijski klimat pozwala na wielokrotne zbiory w ciągu jednego roku. Na jednym poletku balijski wieśniak dopiero przewracał ziemię drewnianą sochą zaprzężoną w dwa woły, na innym grupa kobiet sadziła wiotkie źdźbła ryżowych sadzonek, na jeszcze innym, inna grupa wieśniaków, przerywała zbyt gęsto rosnący ryż, brodząc po kostki w wodzie. Skierowaliśmy się w stronę poletek gdzie grupa wieśniaków młóciła wiązki ryżu uderzając nimi o skośnie ustawioną drewnianą platformę. Te wiązki znosiły dzieci z poletka, gdzie niedawno odbyły się żniwa. Ryż ścinają Balijczycy sierpami i wiążą w niewielkie snopki, ustawiając je kłosami do ziemi. Na ryżowych ścierniskach widzieliśmy olbrzymie stada kaczek wyjadających z ziemi opadłe przy żniwach ziarenka ryżu. Na Bali istnieje zawód pasterzy kaczek, którzy pilnują na ryżowiskach tego bogactwa, żywiącego się prawie za darmo i potem doprowadzają do prawowitych właścicieli...

(...) Za lektyką szedł orszak ubranych w rytualne sari kobiet niosących na głowach najrozmaitsze ofiary, głównie z ryżu, kwiatów lotosu, białych orchidei, oraz dzbanków z różnymi potrawami i napojami. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i ruszyliśmy za pochodem. Po około kilometrowym marszu dotarliśmy do miejscowego cmentarza. Na jego skraju znajdował się już przygotowany stos kremacyjny z dwóch rzędów grubych i surowych pni bananowych, na których leżało wzdłuż i w poprzek kilka metalowych rur. Pod rurami, przestrzeń między bananowymi pniami wypełniona była drzewnym chrustem. Obok stosu, na wysokiej palmie zawieszone było około dziesięciu metrów nad ziemią duże wiadro, od którego dna odchodziła gumowa rura, pół-calowej średnicy i już na ziemi łączyła się z rurą metalową zaopatrzoną w kran. Koniec tej metalowej rury ginął w chruście pod stosem. Pogrzebową lektykę ustawiono niedaleko stosu i niosący ją mężczyźni wyjęli z niej wrzecionowatą bambusową trumnę i ułożyli na stosie już bez żadnej szamotaniny. Towarzyszące kobiety przykryły trumnę niesionymi ofiarami i wszyscy zastygli w bezruchu na dłuższą chwilę w czasie gdy towarzysząca pogrzebowi niewielka orkiestra gamelan grała jakąś balijską rzewną melodię. Kiedy orkiestra umilkła dwóch Balijczyków zbliżyło się do stosu i jeden z nich odkręcił kran na metalowej rurze, a drugi cisnął pod stos zapaloną szczapę drzewną… Buchnął płomień i chrust zaczął się palić jasnym ogniem, po niedługiej chwili dym i ogień zaczęły się przenikać złożone na stosie ofiary i bambusowa trumna i jej zawartość również stanęły w ogniu. Ja biegałem dookoła stosu fotografując, a Lucyna stanęła obok grupki miejscowych kobiet i przysłuchiwała się ich komentarzom. Dowiedziała się z nich, że chowano pięćdziesięcio-kilku letnią kobietę, która zmarła na jakąś chorobę pozostawiwszy syna jedynak, na którego wskazywały palcami. Kiedy spaliły się wszystkie ofiary i bambusowa trumna, zobaczyliśmy wyraźnie leżące na brzuchu, płonące resztki ciała kobiety. W tym momencie zapadła na cmentarzu zupełna cisza, jakby wszyscy na coś oczekiwali… I kiedy jedna z nóg kobiety podniosła się sama do góry... (prawdopodobnie na skutek kurczących się pod wpływem ognia ścięgien) rozległ się szmer zadowolenia i orkiestra gamelan zaczęła grać delikatną melodię przy akompaniamencie jakby niebiańskich dzwoneczków… Lucyna usłyszała wtedy komentarz ulgi:
- No tak, jej dusza poszła do nieba, tak jak powinna… Według starych balijskich obyczajów uczestnicy pogrzebu powinni byli zaczekać do całkowitego spopielenia się ciała i później zanieść popioły w urnie nad morze i wysypać do wody, ale te obyczaje już zanikały i prawdopodobnie pochowano urnę w nowym grobie na tym cmentarzu. My jednak postanowiliśmy już wracać do samochodu, bo robiło się późno, a wracając do miasteczka Kuta, gdzie musieliśmy oddać samochód i wynająć pokój w hotelu na ostatnią noc, chcieliśmy jeszcze poszukać jakiejś ciekawej balijskiej rzeźby na zaplanowaną już wcześniej stołową lampę do naszego salonu w Saint-Bruno...

(...) Na targu w Ubud zauważyłem stragan, z apetycznie wyglądającymi kiełbasami. Zaciekawieni postanowiliśmy kupić jedną, ale przedtem Lucyna zaofiarowała się ją spróbować… Była absolutnie niezjadliwa! Zwierzęca kiszka została wypełniona jakąś bardzo tłustą masą, prawdopodobnie mieszanina mąki ryżowej, kawałków słoniny i prawdopodobnie wieprzowego tłuszczu. Oczywiście kiełbasy nie kupiliśmy. Porobiłem oczywiście mnóstwo fotografii i nawet udało mi się sfotografować dwukrotnie przez teleobiektyw głowę pięknej balijskiej dziewczyny; na pierwszej fotografii wyszła zamyślona, z głową lekko pochyloną, ale widocznie zauważyła mnie, czy usłyszała szelest migawki, bo na drugiej fotografii patrzy na mnie z podniesioną głową i szerokim uśmiechem. Są to jedne z najlepszych portretów zrobionych w czasie moich i naszych z Lucyną podróży po świecie...

Migracje niespokojnego Polaka, tom: Dom Czwarty

Wideoklip z diaporamy: Najciekawsze wspomnienia z Azji SE - Bali, Indonezja

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Tour de Gaspésie, Québec, Kanada - Fous de Bassan, 2008

Fous de Bassan (morus bassanus) są ptakami żyjącymi głównie w Ameryce Północnej, a jedna z ich największych, jeśli nie największych na świecie, kolonii (około 150 tysięcy) żyje między kwietniem a październikiem na skałach północnej i wschodniej części wyspy Bonawenture położonej zaledwie o kilka kilometrów od turystycznego miasta Percé, leżącego przy ujściu do Atlantyku rzeki św. Wawrzyńca. Ptaki te należą do gatunku ptaków morskich i rodziny zwanej sulidé, a ta nazwa - po norwesku: sule - znaczy obryzgiwać, ochlapywać. Fous de Bassan żywią się rybami i nurkując z wielką szybkością rozpryskują wodę dookoła. Oryginalnie uważano te ptaki za spokrewnione z pelicanami, ale po dokładniejszych badaniach ornitolodzy stwierdzili, że są bardziej spokrewnione z czaplami i bocianami, ale ostatecznie utworzono gatunek nazwany: suliformes, czyli "ochlapywacze". Te ptaki, o ponad półmetrowej długości, reprodukują się w różnych okresach przez cały czas pobytu na wyspie, wysiadują tylko jedno jajko i często, rozdzielone przez zimę i powrót do cieplejszych stron, pary odnajdują się w roku następnym i wysiadują i wykarmiają następne, wspólne pisklę.

Informacje zebrane w czasie podróży na wyspę Bonaventure latem 2008

Wideoklip z wideoramy: Tour de Gaspésie - 2008, Fous de Bassan - Kanada

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Moja praca w Tanzanii, jako konsultant geodeta dla FAO; przypadkowo sfilmowane zawody czarowników - 1993

W roku 1992 wyjechałem do Tanzanii w charakterze konsultanta geodety dla Organizacji FAO pracującej w ramach Narodów Zjednoczonych. Byłem tam dwukrotnie, początkowo jako wykładowca na uniwersytecie w Morogoro, przekazujący zebranym miejscowym inżynierom z regionalnych ośrodków rolniczych, podległych Ministerstwu Rolnictwa, nowe technologie w dziedzinie geodezji i kartografii, a następnie jako instruktor wdrażający te technologie na zajęciach praktycznych z tymi samymi inżynierami w różnych rejonach Tanzanii. W czasie tego drugiego pobytu, przebywając w rejonie Shinyanga położonym niedaleko jeziora Wiktorii, dowiedziałem się przypadkowo o jakichś uroczystościach trwających już od kilku dni w sąsiedniej wiosce. Zaciekawiony, pojechałem tam w towarzystwie moich studentów i okazało się, że to był ostatni dzień wyborów... miejscowego czarownika. W poprzednich dniach zostali wyeliminowani inni pretendenci, a na ten ostatni dzień zostało już tylko dwóch i z nich miał być wybrany ten najlepszy. Oczywiście miałem ze sobą moją kamerę wideo i od razu zacząłem filmować. Nie podobało się to miejscowym organizatorom wyborów i kilkakrotnie próbowali mi przeszkodzić w filmowaniu, ale stałem w otoczeniu moich studentów, którzy nie tylko mnie zasłaniali, ale również tłumaczyli co gorliwszym atakującym, że ja tu jestem z ramienia organizacji, która daje pieniądze na irygacje pól uprawnych, a na tym wszystkim mieszkańcom wioski bardzo zależało.

Zapiski z agendy podróży służbowych,1992-93

Wideofilm Zawody czarowników - Tanzania - 1993

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Safari w Tanzanii - 1992-93

Już wspomniałem w poprzednim tekście kiedy i po co przebywałem w Tanzanii. Tutaj chciałbym się podzielić moimi wrażeniami z wizyt w Parkach Narodowych tego bogatego w dziką zwierzynę afrykańskiego kraju. Najbardziej znanym tam jest Park Serengeti i do niego udaje się najwięcej turystów z całego świata chąc zobaczyć żyjące w naturalnym środowisku: słonie, żyrafy, bawoły, fakoszery, czyli afrykańskie dziki, lwy i przeróżne gatunki antylop, łącznie z pięknymi impala, będących symbolem Tanzanii, Poza parkiem Serengeti, w Tanzani znajduje się wiele innych, mniej znanych powszechnie Parków Narodowych. Jednym z najbgardziej uczęszczanych po Serengeti jest park Mikumi, przez który biegnie główna szosa do Zambii i dalej w kierunku Afryki Południowej. Innym dużym parkiem jest Ruaha. Znajduje się on na południu Tanzanii w pobliżu miasta Iringa, ale dojazd do niego jest trudny, szczególnie w czasie pory deszczowej, gdyż trzeba przez dziesiątki kilometrów jechać drogami gruntowymi. Największym po Serengeti, ale jeszcze prawie niedostępnym dla turystów jest Park Selous Game Reserve. Leży również na południu Tanzanii, na południowy wschód od parku Ruaha. Wewnątrz tego parku istnieje mała osada myśliwska, do której dotrzeć można jedynie samolotem i udają się do niego prawie wyłącznie turyści bardzo bogaci i zamożni myśliwi. Materiał filmowy i fotograficzny, pokazany w poniższym wideofilmie, pochodzi z parku Ruaha, gdzie spędziłem cały koniec tygodnia latem 1993-go roku.

Zapiski z agendy podróży służbowych,1992-93

Wideofilm Safari w Tanzanii - 1992-93

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Moje pierwsze lata za granicą Polski - Maroko 1967-69

Przez pierwsze dwa tygodnie mojej pracy szef posadził mnie w pracowni technicznej i przydzielił mi jako opiekuna jednego z techników, o nazwisku Mohamed Ben Haddou. Mohamed zaczął wprowadzać mnie w rodzaje prac, które wykonywał nasz Service, nazywający się: Les Aménagements Fonciers - czyli Urządzanie (Zagospodarowanie) Terenów Rolnych). Przeglądałem plany, uczyłem się nowego dla mnie nazewnictwa oraz zasad katastru francuskiego, na którym był oparty podatek ziemski w systemie marokańskim.
W poniedziałek, trzeciego kwietnia, wyjechałem po raz pierwszy w teren w towarzystwie Mohameda. Jechaliśmy terenową półciężarówką angielskiej marki Land Rover siedząc w kabinie obok kierowcy, a za nami, na ławkach zamontowanych po obu stronach skrzyni, siedziało czterech pomocników pomiarowych, zwanych tutaj porte-mires, czyli nosiciele tyczek, lub łat pomiarowych. Ci ludzie prawie nie mówili po francusku, tylko po arabsku, ale dużo z francuskiego rozumieli. Od nich zacząłem się powoli uczyć podstawowych zwrotów arabskich.
W czasie tych pierwszych moich wyjazdów w teren z Mohamedem zdarzył się zabawny incydent, który przyczynił się do wstępnego zaakceptowania mnie przez personel marokański i stworzenia wokół mnie początków aury wszystko wiedzącego "mędrca". Po niecałym roku mojego pobytu miał miejsce drugi incydent, który tę "aurę" potwierdził i przypieczętował, ale o tym odpowiednim czasie.
Ten pierwszy incydent miał miejsce na przedmieściu miasteczka Sidi Slimane, w pobliżu i dookoła którego położona była większość terenów rolnych regionu Gharb. Dojeżdżając do małego mostku na niewielkiej rzeczce zostaliśmy zatrzymani przez dużą gromadę obładowanych osłów udających się z ich właścicielami na pobliski, cotygodniowy, targ. Tłok spowodował przechodzący przez mostek osioł, który się na nim zatrzymał i nie chciał ruszyć dalej. Biedny fellach krzyczał na osła, bił go batem po łbie i tylnych nogach, a osioł stał jak przyrośnięty do ziemi. Z powiększającej się grupy fellachów z osłami podnosiły się coraz to głośniejsze protesty i ponaglenia. Mohamed mi później powiedział, że niektórzy proponowali nawet zabicie krnąbrnego osła i zepchnięcie go do rzeki, wraz z ładunkiem. Staliśmy już tak ponad kwadrans kiedy przyszło mi do głowy, że już słyszałem o metodzie na upartego osła: - jak się osioł zaprze to należy go pociągnąć za ogon! Powiedziałem to po francusku Mohamedowi. Ten popatrzył na mnie z uśmiechem i z powątpiewaniem pokiwał przecząco głową, dodając:
- Jak osioł nie chce ruszyć, trzeba czekać aż mu przejdzie, nie ma innej rady.
Powtórzyłem moją radę z pewnym naciskiem, twierdząc z przekonaniem, że osioł na pewno ruszy.
Oczekiwanie przedłużało się i żadne używane dotąd metody na osła nie skutkowały. Wreszcie, również zniecierpliwiony Mohamed krzyknął po arabsku moją radę do właściciela osła. Ten podniósł głowę i zapytał skąd on to wie. Mohamed powiedział coś i wskazał na mnie. Fellach podrapał się w głowę, podszedł do osła od tyłu i z całej siły szarpnął go za ogon. Osioł zaryczał i ruszył do przodu szybkim truchtem; po chwili droga była wolna! Reszta czekających odgoniła osły na bok i przejechaliśmy naszym Land Roverem między zdumionymi fellachami obserwującymi mnie z uszanowaniem. Sprawa rozniosła się po okolicy i w naszym Biurze. Podobno problem oślich zatorów na wąskich mostkach został w rejonie Gharb ostatecznie rozwiązany, a mnie zaczęto przypisywać specjalne możliwości!

Migracje niespokojnego Polaka, tom: Dom Trzeci

Diaporama Maroko 1967-69

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player


Uwaga!!!

Ta strona potrzebuje trochę więcej czasu niż inne, aby się otworzyły wszystkie jej możliwości. Najszybciej otwiera się na przeglądarce:
MS Explorer.

Diaporamy, wideoramy i wideofilmy

z różnych ciekawych miejsc na świecie

Kliknij na jedną z ośmiu poniższych fotografii aby obejrzeć
odpowiadające jej wideo.

Sahara                Dani

Café                     Bali

        Bassan                Czarownicy

Safari                 Maroko


 

Byliśmy Tam..., 1973

Ulotka na Spotkanie Podróżnicze w Polskim Konsulacie w Montrealu, które odbyło się w dniu 26-go września 2013.


 

Irian Jaya - Dani, 1985

Lucyna wśród wojowników Dani w grudniu 1985.

Dani na targu w Wamena. Widać, że mu zimno, a goły... Tam temperatura w dzień nie przekracza dwudziestu stopni Celsjusza.

Okrągła chata w wiosce Dani. W takiej chacie żyją młodzi małżonkowie i matki z niemowlętami.

Chata podłużna w wiosce Dani. W niej żyją ludzie starsi, dorastające dzieci, oraz często domowe zwierzęta. Chaty w wioskach Dani nie mają kominów, tak jak kurne chaty u Polan.


 

Buenos Aires, Argentyna, 2009-10

Plaza de Mayo na starym mieście w Buenos Aires.

Kolorowe domy w dzielnicy Boca w Buenos Aires - tam narodziło się tango!.


 

Bali, Indonezja, 1985-86

Jedna z niezliczonych świątyń na Bali.

Postacie z mitologii hinduskiej i...staro-balijskiej zdobią wszystkie świątynie i ważniejsze budowle na Bali.

Młócenie ryżu odbywa się bezpośrednio po żniwach, jeszcze na polu ryżowym.


 

Fous de Bassan. Québec, Kanada, 2008

Rocher percé - czyli dziurawa skała, znajdująca się tuż koło miasta quebeckiego Percé, jest wielką atrakcją turystyczną Ameryki Północnej.

Największa na świecie kolonia Fous de Bassan zajmuje przez całe lato północną część wyspy Bonaventure.

Fous de Bassan nie boją się ludzi i można między nimi spacerować.

Fous de Bassan zakładają gniazda na wolnych miejscach, skrupulatnie respektując minimalną odległość około 3/4 metra od najbliższego sąsiada.


 

Tanzania, 1992-93

Nasza dobra znajoma, Marysia Lesińska, przysłała mi w czasie mojego drugiego pobytu w Tanzanii własnoręcznie narysowaną kartkę z pozdrowieniami i następującą sentencją:

Krzysio dostał takiej manii, że chciał tylko być w Tanzanii...

Antylopy Thompsona.

Bawoły afrykańskie.


 

Maroko, 1967-69

Mauzoleum byłego mędrca, lekarza i opiekuna biednych muzułmanów, zwanego Marabutem, znajduje się o kilka kilometrów od Kénitry.

Ciekawa symbolika Islamu sfotografowana w Fezie.

Miejska fontanna arabska w Fezie.

Wyplatacz wiklinowych mebli w Rabacie.

Most na głównej szosie Rabat - Casablanka w roku 1969.